|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BARDZO WAŻNE! Wszystkie zdjęcia są moją własnością i nie zgadzam się na ich kopiowanie bez mojej zgody. Jeżeli skorzystasz z mojego przepisu, podaj źródło, a mnie zostaw komentarz, czy smakowało:)
Moje strony
Najlepsze - bez jaj
Napisz do mnie:
Linki kulinarne
Ozdabianie ciast
Tagi
|
Wpisy z tagiem: róża
piątek, 18 maja 2012
Wiele ostatnio (a właściwie cały czas;)) mówimy o konieczności podawania źródła inspiracji. Czasem "czepiamy" się słusznie, czasem mniej słusznie. Kiedy inspiracja jest ewidentna, wg mnie nie ma co dyskutować. Użycie jakiegoś konkretnego pomysłu, zestawienia smaków czy łatwo identyfikowalnej formy dania, powinno skłonić nas do przyznania, u kogo podejrzałyśmy. (Co ciekawe w czasopismach i telewizji rzadko kiedy ktoś to robi i nikt nie ma o to pretensji. No bo jakże to tak przyznać się, że nie samemu się coś wymyśliło??? I to jeszcze publicznie!?) Z drugiej strony jednak nie można popadać w paranoję. Wszystkiego niemal kiedyś się od kogoś nauczyliśmy. Są klasyczne przepisy, których autorzy przepadli bezimiennie. No bo kto wymyślił pierogi, kotlety, karbonarę czy grochówkę? Skąd wiadomo, że pomidory z bazylią, czy jabłka z cynamonem świetnie do siebie pasują? Tak jakoś... W opracowaniach naukowych, trzeba podać źródło każdej informacji, chyba że pochodzi z kanonu wiedzy podręcznikowej. Tymczasem kuchnia to nie doktorat. Cały bagaż doświadczeń, wszystko co jedliśmy, widzieliśmy i wąchaliśmy to pożywka dla naszej wyobraźni i pasji kreowania. Kuchnia to jedna wielka inspiracja i nikt nie ma monopolu na gotowanie. Publikując przepis - uwalniamy go. Czasem też kilka osób po prostu wpada na te same pomysły niezależnie. Sama miałam tak wielokrotnie. Gdzie jest granica? Hmm, czasem przydałoby się tylko odrobinę przyzwoitości. Blog to jednak słowo pisane. Bywa, że aż zęby zgrzytają i szuflada z nożami sama się otwiera: tak jakoś pomyślałaś? Rzeczywiście?? Tak sobie pomyślałaś??? W sumie nie wiem, czemu o tym piszę? Tak jakoś. Od początku sezonu wiedziałam, że muszę coś zrobić z rabarbarem. Z podstawowego powodu: nie za bardzo go lubię. A jak już wspominałam, obiecałam sobie, że nowe dziecko, to nowy rozdział, nowe wyzwania i nowe smaki też. Więc obowiązkowo sięgam po produkty, których do tej pory unikałam. Myślałam o jakimś deserze lub kruszonce (Crumble jakoś też unikam... czyli też się doczeka;)) Zastanawiałam się nad ryżem na mleku z rabarbarowym musem lub przekładańcu migdałowo-kokosowym... Dzisiejszy deser wymyśliłam sama, jednak wizyty na zaprzyjaźnionych blogach wyryły się w mojej głowie tak mocno, że po prostu muszę o nich wspomnieć, chociaż inspiracja jest żadna, bo w końcu co to za problem pomieszać coś białego z czymś różowym? Jednak desery Doroty, Natalii i Viri są tak piękne, że po prostu warto sobie na nie chociaż popatrzeć:) Dziękuję dziewczyny za Wasze piękne inspirujące blogi! Chociaż szkoda, że ociekają nabiałem;) Mój deser jest prosty jak budowa cepa, jednak ma lekkie tchnienie mojego fisia. Rabarbar aż się prosi o muśnięcie różą! Skąd to wiem? Tak jakoś... Rabarbaróżany fool-mess-pudding kilka łodyżek rabarbaru Grysik ugotować na mleku kozim natłuszczając go oliwą. Kaszkę ryżową przygotować na mleku ryżowym. Zmiksować je razem z cukrami i wodą różaną. Rabarbar pokroić, posypać cukrem, dolać kilka łyżek wody i dusić przez około 10 minut mieszając, żeby się nie przypalił. Ja podzieliłam rabarbar na pół i drugą część wrzuciłam 5 minut później, dzięki czemu uzyskałam rozgotowany mus z jędrnymi kawałkami warzyw. Nakładać do pucharków warstwami lub bałaganiarsko. Podawać na ciepło lub zimno. A tu specjalnie dla Natalii: Kwiatożercą po prostu się jest, a Rabarbar też można zjeść;)
niedziela, 01 kwietnia 2012
Zapraszam do lektury 4 tomu Kwiatowej Książki Kucharskiej, czyli zbioru przepisów na potrawy z jadalnymi kwiatami, które zostały przygotowane przez blogerki kulinarne i nie tylko podczas zabawy Klub Kwiatożerców 2012. Zbiór będę na bieżąco uzupełniać, przynajmniej starać się, w trakcie trwania zabawy. Po szczegóły zabawy, baner i informacje o kwiatach zapraszam tutaj.
Jeszcze więcej kwiatowych przepisów znajdziecie w naszej wspólnej Kwiatowej Książce Kucharskiej z roku 2009, 2010 i 2011. Drodzy Goście, zapraszam do korzystania z kwiatowych przepisów, jednak proszę, żebyście uszanowali ich autorów i nie przywłaszczali sobie zdjęć oraz linkowali do oryginalnego wpisu. BLUSZCZYK KURDYBANEKDziałkowa sałatka z chwastami Grażyna BRATEK Eton mess z bratkami N_żak Na Wielkanoc Cytrynowy sernik z bratkami Crummble BEZ LILAK Majowe naleśniki z serkiem i bzem EwaSidor CZOSNEK NIEDŹWIEDZI (w Polsce jest pod ochroną!) Sałatka z soczewicy i awokado z kwiatami czosnku niedźwiedziego Belgiaodkuchni Hummus kwitnący czosnkiem Pinkcake CUKINIA Risotto z oliwkami miecznikiem i kwiatami cukinii ItaliaOdKuchni Kwiaty cukinii z ricottą i miętą Nóż i Widelec CYTRUSY Spaghetti z cukinią i kwiatami cytryny ItaliaOdKuchni FIOŁEK Lody z syropem fiołkowym Kamila Cukier z płatkami fiołka KuchennyBałagan Mazurek krakowski z fiołkami Szarlotek Ciasteczka z fiołkami Alicja Fiołkowe ciasteczka Ogrody Babilonu Konfitura rabarbarowa z fiołkami Adi Sok z fiołka Adi Kandyzowane fiołki KuchennyBałagan Babeczki z kremem fiołkowym mascarpone
Sałatka z listków fiołka Pinkcake Koktajl Yvette Pinkcake Biała Fiołeniada Pinkcake czyli ja HIBISKUS Hibiskusowy cosmopolitan Wiera Czekoladowe naleśniki z syropem hibiskusowym Wiera Zagadkowe muffinki i wywiad u mnie LAWENDA Ciasteczka lawendowe Alicja Maślane ciasteczka lawendowe Mariszka MAGNOLIA Marynowane magnolie Pinkcake czyli ja:) MNISZEK Mniszki Szarlotek Zielona sałatka z miodem z mniszka Grażyna Miód z mniszka lekarskiego Adi Miód z mniszka Zdrowsza kuchnia Miód z mniszka Bożena Mój mleczny miodek EwaSidor Miód z mlecza/mniszka lekarskiego Sylwia Kwietniowy miodek z pomarańczami Kuszeniesukkuba Domowy syrop na przeziębienie Adi PIERWIOSNEK Chrupiące kanapki z pastą z zielonego groszku Pinkcake PODBIAŁ Roszponka z podbiałęm, rzodkiewką i twarożkiem kozim Renata T RÓŻA Eton mess z rabarbarem, migdałami i płatkami róż OgrodyBabilonu Różane trufelki-jajeczka Szarlotek Mazurek marcepanowo-różany Mirabelka Różany mazurek MałgosiaZ
Mazurek różany z migdałami Ogrody Babilonu Różana tarta ze śliwkami Szarlotek Różany tort z białą czekoladą z koziego mleka Pinkcake Różane pierniczki Pinkcake Fool Mess Pudding z rabarbarem Pinkcake SZAŁWIA Risotto gruszkowo-szawiowe z serem Italiaodkuchni Poszarpańcy z grillowanymi warzywami i kwiatami szałwii Italiaodkuchni STOKROTKI Stokrotkowa sałatka OgrodyBabilonu Owsianka z kwiatami Slyvvia Jajecznica stokrotkowa Epoustouflante Kandyzowane stokrotki CodziennieOdmiennie Omlet stokrotkowy Pinkcake czyli ja:) WARZYWA Curry Aloo Gobhi Jamiego Olivera KuchennyBałagan Kolorowa sałatka brokułowa Dorota Makaron w sosie z brokułów i sera Smaki i zapachy Sycylijskie risotto poprawiające nastrój ItaliaOdKuchni
wtorek, 28 lutego 2012
Aż strach jak ten czas ucieka. Różyczki ostatni raz piekłam trzy lata temu, a nawet się nie spostrzegłam. Nie byłam pewna, czy wyjdą z takiego dziwnego ciasta, ale w sumie niby czemu miałyby nie wyjść?
Owsiane różyczki szklanka mąki
pół szklanki otrębów owsianych zmielonych w blenderze
pół kostki margaryny nieutwardzanej lub masła klarowanego 2 łyżki cukru pudru z wanilią łyżka mleka koziego lub owsianego 2 łyżki oliwy Ze składników zagnieść ciasto. Jeżeli się nie klei, dodać odrobinkę mleka lub oliwy, jeżeli się ciągle lepi - podsypać mąką. Wałkować dosyć grubo i wycinać kółka (np kieliszkiem). Składać po 4 kółeczka w rządku, zwinąć w rulonik i przeciąć go na pół. A najlepiej zatrudnić do tego dziecko;) Już dawno Córcia nie miała tyle frajdy z pieczenia. A najwięcej miała radości, kiedy w piekarniku moje różyczki się porozpadały, a jej nie:) Piec ok. 12 minut w temperaturze 200ºC. Część posypałam różanym cukrem, który niestety w pieczeniu stracił kolor, jednak aromatu nie stracił;) Ciasteczka nieco zapychają i na przyszłość wstępnie bym uprażyła owies na suchej patelni lub dodała jakiegoś mocniejszego aromatu: kawy lub skórki cytrynowej. Można też posypać cukrem pudrem.
Ciasteczka dodaję do akcji otrębowej i wegańskiej:
niedziela, 19 lutego 2012
Jakoś tak to się układa, że na urodziny Córci stawia się i rodzina i koleżanki i wszyscy znajomi, nawet Ci, którzy dziwnie nie mogą dotrzeć na urodziny moje lub W, czy na święta. Więc tydzień urodzinowy jest bardzo intensywny pod względem wizyt i... wypieków. Jednak świeczki palą się tylko raz. Tadaaam! Oto ten właściwy tort urodzinowy mojej Córci. Z płonącą srebrzysto-brokatową szóstką. 6 lat - to już stara baba z niej;) Tort jest dokładnie taki, jakiego sobie zażyczyła: z różami w środku i na zewnątrz, biały, z perłami.
Biszkopt rzucany (szklanka tutaj to 200 ml) 4 jajka Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywno. Stopniowo dodawać cukier, po czym żółtka. Mąki przesiać i delikatnie połączyć z jajkami. Na dno tortownicy (18 cm) położyć papier do pieczenia. Wyłożyć ciasto i piec w temperaturze 160ºC około 40 minut. Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Masa budyniowa do środka 200 g koziego masła lub nieutwardzanej margaryny Mleko zagotować z laską wanilii. Kartoflankę rozrobić w niewielkiej ilości wody i dodać do mleka, gotować kilka minut ciągle mieszając, aż zgęstnieje. Wystudzić. Margarynę utrzeć z cukrem. Dodawać po łyżce wystudzony budyń. Posmarować ciasto po bokach i wierzchu. Poncz sok z połowy cytryny Konfitura różana Masa z białą kozią czekoladą 150 g białej czekolady z koziego mleka (żeby dowiedzieć się, jak ją zrobić, kliknij tutaj) Białą czekoladę roztopić w kąpieli wodnej. Pozostałe składniki utrzeć na gładko, dodać czekoladę i zmiksować. Można dodać resztki masy budyniowej:)
Złożenie tortu Ciasto przekroić na trzy krążki, każdy z nich naponczować. Pierwszy krążek posmarować 2-3 łyżkami konfitury różanej, po czym rozsmarować połowę masy budyniowej. Przykryć drugim krążkiem i czynności powtórzyć. Przykryć trzecim krążkiem ciasta. Cały tort posmarować cieniusieńko masą z białej czekolady. Resztę masy przełożyć do szprycy i wyciskać kółeczka jedno obok drugiego. Na koniec zgodnie z życzeniem Jubilatki porozrzucać tu i ówdzie złote perełki.
Wszystkim dziewczynkom, i tym małym i dużym, tort bardzo smakował, natomiast W stwierdził, że to był najgorszy tort jaki kiedykolwiek zrobiłam: "Bo po cholerę wpychałam tam te jakieś róże?!" Ja nie zweryfikowałam, bo ciasta nie jadłam, ponieważ był to biszkopt, natomiast masę wylizywałam nader chętnie. Wniosek nasuwa się jeden: to jest tort dla kobiet.
Zabawy ze szprycowaniem przy torcie testowym pozwoliły mi odkryć tajemnicę estetycznych różyczek. Moim zdaniem, tkwi ona w małych kółeczkach, na 1,5 do 2 obrotów szprycy (od środka na zewnątrz), a końcówka szprycy nie może mieć zbyt wielu bruzd i powinny być one ostre. Bardzo polecam tą metodę ozdabiania, bo w sumie w prosty sposób da się osiągnąć piękny efekt. Tort z białą kozią czekoladą dołączam do Czekoladowego Weekendu i specjałów Walentynkowych.
wtorek, 31 stycznia 2012
Rogaliki dyniowe to był drugi wypiek, który zabrałam na kinder-party. Zrobiły bezapelacyjną furorę wśród mam obecnych na przyjęciu urodzinowym koleżanki Córci. Dziewczynkom też smakowały, dopóki nie dowiedziały się, z czego zostały zrobione. Dynia jakoś magicznie odstręcza dzieci :P Jeśli chodzi o Hokkaido, to ten gatunek dyni najbardziej mi odpowiada pod względem jakości wypieków, a w dodatku bardzo mi smakuje. Tak więc przedstawiam rogaliki Hokkaido: Rogaliki dyniowe 200 g dyni Hokkaido surowej startej na drobnej tarce w większości ze skórką Wszystkie składniki zagnieść i rozwałkować ciasto podsypując obficie mąką. Wycinać z ciasta trójkąty, smarować je marmoladą, po czym zwijać w rogaliki zaczynając od podstawy trójkąta. Piec 30 minut w 180°C, aż się zrumienią.
Połowę zrobiłam z nadzieniem z konfitury z płatków róży, a połowę z konfiturą z owoców róży i to był absolutny strzał w dziesiątkę! O ile rogaliki marchewkowe lepiej smakują z płatkami róży, to owoce róży doskonale pasują do dyńki. Naprawdę wyjątkowo trafione połączenie - polecam! Fajne by też pasowało nadzienie orzechowe, które doskonale podkreśliłoby smak Hokkaido.
sobota, 14 stycznia 2012
Wreszcie się odrobiłam i to już mój ostatni przepis z tych Świąt Bożego Narodzenia. Zarabiając ciasto zastanawiałam się, czy to przypadkiem nie jest objaw ostrej fiksacji, że różę wpycham nawet do świątecznych pierniczków i pewnie zostanę uznana za niezłą wariatkę. O ile już mnie za taką nie macie :D Tymczasem kochana Szarlotek pokazała swoje pierniczki z różą i poczułam, że jest na tym świecie ktoś, kto mnie rozumie, a przynajmniej jest w równym stopniu zwichrowany jak ja;) Różane pierniczki 300 g mąki Miód podgrzać z tłuszczami i przyprawami. Do gorącego miodu dodać połowę mąki i zamieszać. Po lekkim ostudzeniu dodać różę i wyrabiać dalej z resztą mąki. Odstawić ciasto przykryte ściereczką lub pergaminem w chłodne miejsce do czasu pieczenia. Wałkować podsypując mąką, wycinać i piec ok. 8 minut w 180°C. W ciepłych pierniczkach wykałaczką robić dziurki do przeciągnięcia sznureczków. Ja już snuję kwiatowe plany na nadchodzący sezon, a Wy? :)
środa, 16 listopada 2011
Zapomnijcie, że w ogóle narzekałam przy czyszczeniu owoców róży karbowanej! Dzika róża to jest dopiero wyzwanie. Konfitura z owoców dzikiej róży (Rosa canina, czyli psia róża) 1 kg wypestkowanych owoców dzikiej róży Owoce wypłukać i zamrozić, można też wykorzystać owoce zebrane po pierwszych przymrozkach. Osobiście się waham nad tym, co jest gorsze: czyszczenie owoców przemrożonych, czy nieprzemrożonych? Konfiturę zrobiłam tylko z 1 szklanki owoców, bo chybabym oszalała decydując się na więcej! Z owocami dzikiej róży niezmrożonymi należy postępować tak: Natomiast owoce przemrożone rozpadają się w palcach. Wystarczy lekko ścisnąć i wychodzi cało gniazdo nasienne w całości, niestety zazwyczaj razem z miąższem i w palcach najczęściej zostaje sama skórka:/ Cóż, dla mnie to przygoda i smak folkloru, ale dawniej ludzie w biedzie wykorzystywali każde źródło pożywienia i nie marudzili, że ciężko wydłubać. Szczególnie że owoce dzikiej róży są niezmiernie cennym źródłem witaminy C (do 40 razy więcej niż w cytrusach). Natomiast jako naukowiec jestem cholernie zaciekawiona jak to jest z askorbinazą w dzikiej róży. Znalazłam dwie publikacje dostarczające zupełnie sprzecznych informacji: w jednej stało, że aktywność askorbinazy w róży jest śladowa i nie trzeba się spieszyć, natomiast w druga podawała, że aktywność różanej askorbinazy jest niezmiernie wysoka i dlatego owoce róży natychmiast po naruszeniu ciągłości tkanek trzeba sparzyć, ponieważ spowoduje to zaledwie ubytek 40% witaminy C, zaś bez tego askorbinaza w niecałą godzinę rozłoży 99% kwasu askorbinowego. To w końcu jak jest? Sok jabłkowy (naturalne pektyny) trzeba zagotować z cukrem i do wrzącego syropu wrzucić owoce. Gotować, mieszając przez pół godziny, zbierając szumowiny. Odstawić do wystudzenia. Następnego dnia ponownie gotować, aż skórka owoców zmięknie. Przełożyć do wysterylizowanych słoików i zapasteryzować. Ponieważ jest to przepis przekazywany z dziada pradziada (babci prababci?) dopisuję go do akcji Gotujemy po polsku pod patronatem zPierwszegoTloczenia.pl.
wtorek, 15 listopada 2011
Przepis znaleziony u Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce kucharskiej: "Jedyne praktyczne przepisy konfitur, różnych marynat, wędlin, wódek, likierów, win owocowych, miodów oraz ciast" wydanej w 1885 r. Przepis na galaretę różaną znajduje się na stronie 107 wydania 15 z roku 1983:
A efekt wygląda tak: Galaretka jest do wykonania w czerwcu lub teraz, jeżeli dysponujecie zamrożonym agrestem i zamrożonymi płatkami róż lub domową wodą różaną. Przepis dopisuję do akcji Gotujemy po polsku pod patronatem zPierwszegoTloczenia.pl.
środa, 02 listopada 2011
Ten tort upiekłam jeszcze w lecie (co z pewnością poznacie po stopniu padania promieni słonecznych :D), ale Dorotka swoim tortem kokosowym z czekoladą przypomniała mi, że mój tort wciąż czeka na opublikowanie gdzieś tam w czeluściach archiwum zdjęć kulinarnych. To był tort na wyjątkową okazję. Ponieważ nie chciałam, żeby goście na obiedzie u teściowej jedli kupne ciasta (teściowa nie piecze), więc tort upiekłam ja. Niestety sama nie mogłam go zjeść. Ale wszyscy zapewniali, że wyszedł mi wyjątkowo dobrze:) W sam raz słodki, wilgotny, niemdły i chyba całkiem ładny. Podczas jego produkcji boleśnie wyszła na jaw moja słabość, a mianowicie pieczenie "na smaka". Bo jak piec na wyczucie, kiedy nie można spróbować? Na szczęście wzrok jeszcze mi dopisuje i ilość cukru dobierałam "na oko", a W zweryfikował (pozytywnie) jęzorem.
Biszkopt: 5 małych jajek Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywno. Stopniowo dodawać cukier, po czym żółtka i wodę różaną. Mąki przesiać i połączyć z jajkami. Na dno tortownicy (18 cm) położyć papier do pieczenia. Wyłożyć ciasto i piec w temperaturze 160ºC około 40 minut. Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Masa: 1 szklanka wiórków kokosowych Wiórki namoczyłam na noc w mleku i Malibu. Następnego dnia odcisnęłam z nadmiaru płynu. Czekoladę rozpuścić w ciepłej kąpieli wodnej. Śmietanę ubić i połączyć z przestudzoną czekoladą. Wiórki wmieszać delikatnie w masę. Wstawić do lodówki. Poncz: 100 ml mleka Pokrycie: 200 ml śmietany kremówki
Złożenie: Wystudzony biszkopt przekroić na trzy krążki. Każdy blat nasączyć ponczem. Przełożyć dwa krążki masą. Złożony tort posmarować ubitą śmietaną, boki obsypać strużkami kokosowymi. Na wierzchu nożem wymalować kratkę. Na boki powtykać perełki, na wierzch pomalowane na złoto migdały.
W wyczuł w cieście coś odbiegającego od kokosa, ale nie potrafił zidentyfikować smaku. Nikt z gości nie rozpoznał wody różanej, ale możliwe, że dlatego, że nikt z nich nie znał smaku Malibu. Wszystkim bardzo smakowało, a ja, cholercia, nawet palców ani razu nie oblizałam!
wtorek, 25 października 2011
Uwielbiam róże, ale o tym wiecie. Uwielbiam jeść róże, o tym też wiecie:) Postanowiłam przenieść swoje uwielbienie z kwiatów na owoce i przygotować konfiturę. Przepis jak najbardziej na czasie, bo choć owoce róż już dawno dojrzały, to zbierać je można nawet po przymrozkach. Akurat je zmroziło, więc będą łatwiejsze do obierania. Choć wg mnie przy róży karbowanej nie jest konieczne. I to jest jeszcze jeden powód by lubić róże: plon można zbierać dwukrotnie, najpierw płatki, później owoce.
Konfitura z owoców róży 500 g wypestkowanych owoców róży karbowanej (fałdzistolistnej alias pomarszczonej) Ja jednak obrałam tylko 200 g owoców, bo Mamutek zaczął się drzeć, a resztę mi zjadła na surowo Córcia. Cukru dałam tylko 80 g, ponieważ na takie ilości nie było sensu robić konfitury do długotrwałego przechowywania. Dodałam też odrobinę soku i skórki z cytryny do zaostrzenia smaku, co można pominąć. Najgorszą czynnością jest czyszczenie owoców. Po pierwsze radzę ubrać rękawiczki, bo inaczej przez tydzień będziecie mieć pomarańczowe palce. Każdemu owockowi trzeba odciąć ogonek, wyciągnąć szypułkę, przeciąć go wzdłuż i wyciągnąć nasiona razem z włoskami pokrywającymi wnętrze owocu. Ja owoce po prostu rwałam a pestki wyciągałam końcem trzonka łyżeczki. Szczerze mówiąc jest to jedna z tych czynności, przy których można zwariować! Okazuje się, że można zagotować owoce w całości i przetrzeć przez sito, oddzielając w ten sposób pestki. Dzięki, Małgosiu:) Wodę zagotować z cukrem i do wrzącego syropu wrzucić owoce. Zagotować i odszumować. Odstawić do wystudzenia, po czym przetrzeć przez sito. Ponownie zagotować, dodać cytrynę (w oryginalnym przepisie jej nie było, ale chciałam nieco ożywić smak) i przetrzeć przez sitko. Przełożyć do wysterylizowanych słoików i zapasteryzować. Przepisów na konfitury z owoców róży znam dwa i może w tym sezonie uda mi się przetestować jeszcze i drugi. Szczególnie, że mam chrapkę na dziką różę, czyli psią różę (w moim przypadku, to róża podwójnie psia), która w tym roku wyjątkowo obrodziła.
czwartek, 13 października 2011
Starzeję się. Są takie chwile, kiedy to do mnie dociera. Tak, tak, wiem, mamy tyle lat, na ile się czujemy. Jednak są chwile, kiedy czuję, że mam więcej niż moje dwadzieścia. Fizjologia człowieka jest nieubłagana, mniej więcej do 20 roku życia rośniemy, później się już tylko starzejemy... Uszy już nie drwią bezkarnie z mrozu, a pod płaszcz muszę zakładać dodatkowy sweter Nigdy nie lubiłam pieczonych jabłek. Były dla mnie zaprzeczeniem samej idei jabłkowości. Kwintesencją jabłek jest ich jędrność, donośna chrupkość, świeża soczystość. A po upieczeniu miękkie to, rozmlaskane, ociekające... Starzeję się... A może po prostu dojrzewam? Polubiłam tą aksamitną słodycz rozpulchnionego owocu. po jabłku na łebka (średnio twarde, nie za słodkie, tu akurat młode lobo) Jabłka umyć. Nożykiem wydrążyć gniazda nasienne. Są do tego specjalne wykrawaczki, jednak moim zdaniem, nie są zbyt dokładne i zostawiają za mało miejsca na nadzienie. Nałożyć do środka żurawinę zmieszaną z konfiturą. Żurawinę można wcześniej namoczyć w nalewce (mmmmalinowej) lub innym smakowicie owocowym alkoholu. Jako że z Mamutkiem nie tylko dzielę płyny fizjologiczne, lecz również gotowe jabłuszka, więc cierpię wersję abstynencką. Młoda jest za młoda i tak jak ja za młodu nie lubi pieczonych jabłek. A czemu jabłka na Różowy Tydzień? Czyżby dwa jędrne/sflaczałe jabłuszka z czymś Wam się kojarzyły? Hę?... Ja miałam na myśli tylko to, że różowe są w środku:) Jeżeli tak jak ja, macie już skończone 20 lat, to pamiętajcie, żeby o siebie dbać.
poniedziałek, 10 października 2011
Nie przesadzam. Należę do osób, które odrzuca zapach octu balsamicznego i z tego powodu bardzo długo nie odważałam się po niego sięgać. Jednak dolewam go, zamiast zwykłego octu, do niemal każdego pieczonego przeze mnie ciasta, a już barszczu to nie potrafię sobie wyobrazić bez jego dodatku. Coś w nim takiego jest, jakaś kulinarna magia, która sprawia, że pomimo iż sam jest odstręczająco kwaśny, to nadaje potrawom niespodziewanej słodyczy. RÓŻANY SYROP BALSAMICZNY 3 łyżki octu balsamicznego Składniki gotować do uzyskania konsystencji nitkowatego syropu. Uzyskany syrop wystudzić i napełnić nim wnętrze malin. Takie owocki nadają się jako samodzielny deser drażniący i pieszczący wszystkie kubki smakowe lub jako nadzienie do tartaletek. Pomysł nadziewania malin balsamico widziałam już wiele razy u różnych szefów kuchni, różany syrop balsamiczny jest do gruntu mój. Już nie mogę się doczekać na powtórzenie go z truskawkami:)
czwartek, 22 września 2011
Taki na powitanie słonecznej jesieni... Kiedy po raz pierwszy robiłam sorbet z malin przygotowywany metodą bananową okazało się, że zmrożone maliny są za suche, żeby się dobrze zmiksowały z bananem, więc dolałam do blendera przecier malinowy (maliny + cukier) od cioci. Ale kiedy ponownie nabrałam ochoty na lody malinowe, dolałam syrop z płatków róży. Wyszła... MAGIA! Sorbet malinowo-różany pół banana (zamrożonego w plasterkach) Banana wrzucić do blendera, dodać tyle malin, ile tylko się zmieści, dolać syrop z płatków róż i zmiksować na gładką lodową masę. Zjadać od razu. Kwiatożerna jestem cały czas, poza tym uczestniczę w konkursie Róży Polskiej. A Was ponownie zapraszam do konkursu na nazwę dla mojego napoju z fiołków i lawendy przygotowanego dla Gastronomii na Obcasach.
czwartek, 15 września 2011
Zanim Wam opiszę Poznań, przedstawiam ciasto z tęsknoty. Tęskniłam za tym smakiem... To jest odpowiedź na pytanie, czy ciasto bezglutenowe, bez jajek i bez krowiego nabiału może być wykwintne. Może. I oto jest. EDYCJA: Ze względu na duże zainteresowanie ciastem osób, którym nie mieści się w głowie, że można upiec ciasto bez jajek i ono się nie rozpadnie, podpowiadam, że można zastąpić 50 ml mleka jednym rozbełtanym jajkiem. Gryczane ciasto z różą 2 szklanki mąki gryczanej Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, przecier różany i wymieszać. Przelać do formy 20 x 20 cm wyłożonej papierem (lub tortownicy 20cm) i piec ok. 25 minut w 180°C do suchego patyczka. Ciasto ma raczej zwartą konsystencję, idealną do popołudniowej herbaty. A smak?... Gryka i róża to niesamowity duet. Po prostu wspaniałe ciasto... Nie tylko dla Kwiatożerców;) Ale i dla wielbicieli róż.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Między szaleństwem a geniuszem czasem jest bardzo cienka granica. W zasadzie odróżnia je jedynie efekt.
Te muffinki wyglądają jak zwykłe czekoladowe babeczki, jednak ich wnętrze jest kompletnie zwariowane. To że oczywiście bez jajek, to już szczegół do pominięcia. Piekłam je na szybko przed wyjazdem na corocznego grilla u znajomych. I kompletnie nie mogłam się zdecydować, na co mam ochotę! Córcia jak zwykle chciała czekoladowe, jednak mnie one już nie wystarczają. Nie wiem, co mnie opętało? W amoku wrzuciłam do miski wszystko, co wpadło mi w ręce, a efekt był zaskakujący!
Szalone babeczki 1,5 szklanki mąki Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać tylko do ich połączenia. Nałożyć do papilotek i piec ok. 15-20 minut w 180°C (w foremce z Ikei jest szybciej), aż patyczek będzie wychodził nieoblepiony.
Szalenie dobre! Były jeszcze ciepłe, kiedy wyjeżdżaliśmy, więc zapakowałam je w papier z cukierni pozostały po śmietanowo-nabiałowym napadzie W (Ach! Jak ja mu zazdrościłam tej bitej śmietany!!!) i znajomi się pytali o adres cukierni, która oferuje takie pyszne babeczki :p Adres tej cukierni to: pinkcake.blox.pl :D
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Dawno nie było tu żadnych kwiatków, prawda? Co może zrobić kobieta, która dostanie bukiet róż? Może go zjeść. Szczególnie jeśli to róże w cukrze:)
Czekoladowe babeczki z różą i marcepanem ciasto (lub inne ulubione ciasto muffinkowe): nadzienie: dekoracja:
Zagnieść razem różę, migdały i skrobię. Składniki ciasta zmieszać. Na dno półokrągłej formy muffinkowej (wyłożonej papilotkami) nałożyć po łyżeczce ciasta, na to po kulce nadzienia i zalać resztą ciasta. Piec około 25 minut w 180°C. Po wystudzeniu odwinąć z papilotek, ułożyć do góry dnem (wskazane lekkie podcięcie czubka czyli spodu), zwilżyć powierzchnię sokiem z cytryny i zawinąć w rozwałkowany marcepan. Po wierzchu posmarować odrobinką soku z cytrynowego i wcisnąć krystalizowaną różę.
Coraz szerzej rozchodzą się kręgi kwiatożerstwa:) Do zobaczenia po wakacjach;)
poniedziałek, 11 lipca 2011
W lecie w swoich ogródkach możecie znaleźć między innymi takie jadalne kwiaty: i jeszcze wiele, wiele innych. Lato to czas kwiatowego bogactwa. Nie sposób zebrać na raz wszystkich jadalnych kwiatów kwitnących latem, więc to jedynie sugestia;) Pamiętajcie, że nie wolno zrywać kwiatów do jedzenia na terenach zanieczyszczonych i w pobliżu dróg. Do jedzenia nie nadają się kwiaty z kwiaciarni i sklepów ogrodniczych. Nie jedzcie kwiatów, które mogły mieć kontakt ze zwierzęcymi odchodami. I pamiętajcie, żeby nie jeść kwiatów roślin trujących!
środa, 06 lipca 2011
Produkt niejako uboczny sernika z galaretką różaną, ale tak naprawdę obowiązkowy. Przecież Córcia nie mogła zostać bez deseru, no i nie darowałaby mi niezjedzenia róż;)
Odrobina galaretki różanej przygotowanej na sernik zmiksowana na najwyższych obrotach i wstawiona do lodówki. Tak naprawdę doskonale nadaje się na pełnoprawny deser. Pyszny i niezwykły deser. Córcia nie czuła się pokrzywdzona;) Chyba żaden Kwiatkożerca by nie był :D Tagi:
bez mleka krowiego
bez pieczenia
bez pszenicy
galaretka
jadalne kwiaty
przepisy bez jajek
róża
10:20, pinkcake ,
jadalne kwiaty
Link Komentarze (14) »
sobota, 25 czerwca 2011
Przedstawiam zaległy wpis dżemowy, ale po tym,co pokazała Bea i Polka, moje dżemy wydają się banalne;) Jedyną moją pociechą jest, że natchnął je mój zeszłoroczny wpis z dżemem truskawkowym z kwiatami czarnego bzu. Tak na prawdę, wcale nie jest mi przykro, bo choć proste, dżemy z dodatkiem kwiatów są przepyszne. Robiłam je z wyjątkowo soczystych truskawek, do bezpośredniego zużycia, zwiększając nieco ilość pektyny i zmniejszając ilość cukru do niepełnej szklanki (czyli ok. 160 g). Dodatkowa modyfikacja to przetarcie truskawek przez sito, co normalnym osobom wyda się barbarzyństwem, szczerze mówiąc mnie też, ale Córcia nie lubi truskawkowych grud w dżemie, a co to za przyjemność zrobić dżem, którym nie mogę się podzielić z dzieckiem. Tak więc moje dżemy to były w zasadzie galaretki z owoców, gotowane zaledwie przez pół minuty, tylko żeby pektyna zdążyła chwycić.
Dżem truskawkowo-bzowy - przepis dla normalnych ludzi inspirowany Kathy Brown;) pół kilograma truskawek Truskawki opłukać pokroić w ćwiartki, zasypać cukrem. Kiedy puszczą sok dodać sok z cytryny i w całości kwiatostany dzikiego bzu wolne od małych lokatorów. Dobrze jest je zawinąć w gazę lub w specjalny kulinarny woreczek do przypraw. Gotować do uzyskania w miarę gęstej konsystencji. Wyłowić kwiaty bzu i dodać pektynę. Gorący dżem przełożyć do wypieczonych słoików i zakręcić. Jako nienormalna matka nienormalnego dziecka zanurzyłam kwiatostany w przetartych truskawkach i zostawiłam w lodówce. Potem zagotowałam z pektyną i przełożyłam do słoika już bez kwiatów.
Dżem truskawkowo-różany I pół kilograma truskawek Róże wcześniej roztarłam z cukrem i zmieszłam z owocami przed smażeniem.
Dżem truskawkowo-różany II (natchnęła mnie Bea;)) pół kilograma truskawek Tuż przed przełożeniem do słoiczków dodałam wodę różaną. Każdego dżemu wyszło mi po dwa słoiczki i żadnego już nie ma;) W przyszłym roku może jeszcze zrobię dżem z hibiskusem, tak jak Noblevcia.
czwartek, 23 czerwca 2011
Coś dla nie uczulonych na nabiał:) Dekorację z różowych serduszek okalających sernik podpatrzyłam w zeszłym roku u Natalii - genialny pomysł:) Sernik na zimno z galaretką z płatków róży Spód: Masa: Galaretka: Herbatnikami wyłożyłam ciasno tortownicę. Masło zmiksowałam z połową cukru. Żółtka, które dałam wyłącznie dlatego, że nie miałam co z nimi zrobić, ubiłam na parze z drugą połową curku. Połączyłam masło z żółtkami, wanilią i po trochu dodawałam ser. Żelatynę rozpuściłam w mleku i wystudzoną zmiksowałam z masą serową. Wyłożyłam ser łyżką na herbatniki cieniutką warstwą i wstawiłam do lodówki. Potem dolałam resztę sera. Z płatków róży pomarszczonej (fałdzistolistnej) powybierałam najładniejsze i schowałam do lodówki, a resztę zalałam gorącą wodą i odstawiłam do wystudzenia. Przecedziłam, dodałam cukier i cytrynę. Żelatynę rozpuściłam w łyżce wody i połączyłam z różami. Wylałam na zastygnięty ser. Następnego dnia wyciągnęłam z tortownicy i obłożyłam płatkami róż.
Tylko dlaczego tak musi zawsze być, że jak sobie coś zaplanuję ekstraśnego, to słońce znika i nie mam światła do zdjęć? Ech... |