| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31


Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
ROZKWIASZCZONY BLOG KULINARNY - jadalne kwiaty i pyszne chwasty, słodkości bez jajek i bez mleka krowiego - Małgorzata Kalemba-Drożdż

Wpisy z tagiem: sponsorowane

poniedziałek, 20 marca 2017

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy kolejny rok bawili się razem ze mną w Zielono mi! Na stronie zabawy KLIK możecie obejrzeć, co w tym roku udało nam się zjeść zielonego :)

Ja tymczasem zostałam zaproszona, w sumie bardzo tematycznie, na otwarcie restauracji "Zielonym do góry" w Krakowie przy ul. Lwowskiej 1 (KLIK).

zielonym do góry

Restauracja została pięknie urządzona w drewnie, szkle i roślinach, jest jasno i przestrzennie, a jednak przytulnie. Urzekła mnie sprytnie zaprojektowana, żywa, zielona ściana, pod którą akurat usiedliśmy.

Menu "Zielonym do góry" wydało mi się bardzo odważne. Przede wszystkim dlatego, że jest bardzo osadzone w sezonowych produktach. Na przednówku królują zimowe zapasy i przedstawione nam dania zostały skonstruowane w oparciu o rośliny strączkowe, korzeniowe, przetwory i kiszonki. Co przy obecnych trendach gastronomicznych jest raczej szokujące. Gdzieniegdzie przebijało się dziedzictwo kuchni molekularnej i zabawa konsystencją dania jak np.: w musie z makreli. Ceny dań są przyzwoite, podobnie jak jakość serwowanych win stołowych. Placki z kiszonej cukinii, hummus z podpłomykami są przepyszne. Mój W zakochał się w ognistej zupie z owoców morza z kimchi i docenił jakoś przygotowania mięs. Mnie bardzo smakował gulasz z kiszonych buraków z boczniakami i soczewicą i owsiany żurek. I na 100% zacznę teraz kisić brukselkę :) A lody z kiszonej gruszki to po prostu mistrzostwo smaku! 

Czego mi brakowało? Świeżości. W pełni rozumiem i popieram ideę sezonowej kuchni, która kompletnie zatraciła się w kosmopolitycznym, zglobalizowanym światku restauracyjnym. Ogromnie podoba mi się fiksacja na punkcie kiszonek, jednak rozczarowało mnie, że jedynym świeżym akcentem, jaki znalazł się na naszych talerzach, była odrobina ogórka kiszonego w curry (pysznego notabene). Strasznie brakowało mi surowizny i surówek opartych o te sezonowe korzenie i kiszonki. A skoro szef kuchni decyduje się również na produkty nielokalne jak mango, to przecież można go było tak gruntownie nie zabijać w karmelu. Brakło mi również stricte wegetariańskiego dania głównego - choć jednego! Natomiast wierzę, że menu będzie się rozwijać, a ta sezonowość, którą tak silnie chcą akcentować w "Zielonym do góry" będzie ich największą bronią i zaletą. Zaś szafa do hydroponicznej uprawy ziół nie będzie pełniła funkcji wyłącznie dekoracyjnych. Mam nadzieję, że gdy odwiedzę ich pod koniec wiosny, to rzucą mnie na kolana menu kapiącym świeżością. A gnana ciekawością odwiedzę ich na pewno :)

Na koniec muszę jeszcze pochwalić organizatorów za elastyczność. Bardzo dziękuję za ich otwartość na niespodziewane zmiany i wyzwania, które wiązały się z naszą wizytą. To naprawdę bardzo cenna cecha. Podobnie na pochwałę zasługują młodzi ludzie pracujący na sali: przeszkoleni i sympatyczni. Szczerze im życzę, by "Zielonym do góry" ciągnęło tylko do góry, bo zaczęli świetnie.

Pozdrawiam 
Gosia Kalemba-Drożdż 

niedziela, 17 kwietnia 2016

Dziś zapraszam Was do konkursu z firmą Semco, producentem olejów tłoczonych na zimno.

konkurs troche inna cukiernia

Zadanie konkursowe polega na napisaniu w komentarzu wierszyka, limeryku, mini eseju (objętość limitowana długością pojedynczego komentarza) o tematyce dowolnej niekoniecznie związanej z olejami, jednak utwór musi zawierać słowa: "Olej to".
(Zastrzegam sobie prawo do niepublikowania utworów obraźliwych lub wyjątkowo nieobyczajnych.)

Uczestnicy oświadczają, że mają pełne prawo do dysponowania utworem, w trakcie konkursu nie zbywają się praw autorskich do utworu i każda publikacja dzieła poza potrzebami realizacji konkursu wymaga ich zgody.

Wasze dzieła możecie zamieszczać do niedzieli 24 kwietnia do godz. 23.59. Można zgłaszać kilka propozycji, ale każda powinna być w osobnym komentarzu. Wyniki zamieszczę w ciągu trzech dni, zwycięzca proszony jest o przekazanie danych do wysyłki (na terenie RP) w ciągu tygodnia od ogłoszenia wyników.

Autor najciekawszego wg mnie utworu otrzyma zestaw olejów tłoczonych na zimno z nasion: lnu, wiesiołka i czarnuszki od firmy Semco.

Miłej zabawy!

Wyniki konkursu:

Nie wiedziałam, że mam tylu tak bardzo uzdolnionych czytelników :) Jestem pod ogromnym wrażeniem Waszej twórczości. Wybór był niezmiernie trudny, ale zdecydowałam, że nagrodę przydzielę osobie, która mnie najbardziej zaskoczyła. A w mojej własnej, subiektywnej opinii najbardziej zaskakującą interpretację hasła: "olej to" zaproponowała Matka Polka: "O! Lej to głęboki, strzeż się upadku!"

Proszę o przesłanie danych do wysyłki na maila: pinkcake()gazeta.pl

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję wszystkim za udział w zabawie!

czwartek, 18 czerwca 2015

Ostatnio wpadła mi w ręce książka Hanny Lis i Pawła Lisa "Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków" wydana przez Naszą Księgarnię i muszę Wam powiedzieć, że to bardzo ciekawa pozycja. Obiecywałam sobie, że po otwarciu paczki z książką, tylko zerknę, ledwie ją przekartkuję, a tymczasem przykuła moją uwagę na amen.

Kuchnia Słowian, Hanna Lis, Paweł Lis, Nasza Księgarnia

"Kuchnia Słowian" to próba rekonstrukcji zwyczajów gastronomicznych i przepisów kulinarnych z czasów piastowskich, opierając się na danych spomiędzy VI a XIII wieku. Od strony naukowej informacje w książce poparte są badaniami archeologicznymi, zapiskami historycznymi - głównie relacjami wędrowców z dalekich krain, bardzo rozsądnie - polską tradycją, rekonstrukcjami historycznymi, wiedzą zielarską i etnobotaniczną, a wszystko zobrazowane przepisami wspartymi średniowieczną techniką i współczesnym zmysłem kulinarnym.

Książka jest naprawdę bardzo interesująca. Nie jest to pozycja specjalistyczna, skierowana do fanów rekonstrukcji historycznych, lecz niezmiernie ciekawa opowieść o potrawach, ich składnikach i przyprawach, stosowanych technikach kulinarnych, a także zwyczajach naszych przodków, która może wciągnąć każdego. Co ważne, autorzy wyjaśniają też, skąd wzięli te informacje, nadając książce rys naukowy.

Oprócz głównych wątków, podanych jest też mnóstwo ciekawostek, np,: skąd się wziął rosół, barszcz, że Polanie raczej nie istnieli, a Piast wcale nie był kołodziejem. 

Przepisy kulinarne to główna część książki. Do tego dochodzi prezentacja technik rozpalania ognia, smażenia, wędzenia, różnych sposobów pieczenia, gotowania w glinianych garnkach. Potrawy są proste, sycące, oparte o warunki średniowieczne, ale i dostosowane do nowoczesnych kuchni. Dania swojskie, znane, a jednocześnie egzotyczne tą "egzotyką spod płota". Wiecie o czym myślałam przeglądając przepisy? O Wigilii! Tym jednym dniu, kiedy jadamy tak bardzo restrykcyjnie tradycyjne potrawy. Groch z kapustą, barszcz, zupa rybna, kompot z wędzonych owoców... Toż to czysta pradawna słowiańszczyzna!

Co dla mnie jest szczególnie cennego, to udowodnienie, że rośliny strączkowe były jadane od bardzo dawna, a nie od XVIII wieku, jak próbują to propagować niektórzy wyznawcy paleo. A także podkreślenie, że mięso nie było podstawą wyżywienia naszych przodków. Jako produkt bardzo cenny i raczej trudny do zdobycia było zasadniczo reglamentowane, stąd tak rozwinięte techniki jego konserwacji, zaś zielska i kaszy zawsze było w bród.

Osobiście odczułam tylko jeden zgrzyt, w rozdziale dotyczącym nabiału. Uwaga o kobylim mleku powinna zostać skonsultowana z jakimś rozsądnym dietetykiem. Ale o wiele cięższy kaliber ma dla mnie powielanie tradycyjnego, acz błędnego przekonania, że jajka to nabiał.

Kuchnia Słowian, Lis H, Lis P

Jeśli chodzi o stronę redakcyjną, "Kuchnia Słowian" wydana jest w taki samym stylu, jak "Dzika Kuchnia" Łukasza Łuczaja i "Ziołowy zakątek" Klaudyny Hebdy. Główny tekst poprzedzielany jest felietonami o bardziej osobistym charakterze. Gawędziarski styl snucia opowieści sprawia, że zgrabnie się one ze sobą przenikają.

Bardzo estetyczne, ciepłe tło podkreśla historyczny charakter treści, sztywna oprawa, matowy, gruby papier sprawiają, że można tą książką się delektować, a także bez obciachu podarować ją komuś w prezencie. Książka jest zilustrowana pięknymi zdjęciami. Często fotografie potraw stylizowane na "piastowskiej" zastawie, są przesycone słońcem, o naturalistycznym, ostrym kontraście, co mnie bardzo odpowiada. Długo uważałam blendę za narzędzie całkowicie zbędne i musiałam się tego oduczać, więc tym bardziej się cieszę, że jednak są wydawnictwa, które takie zdjęcia doceniają. Wiele zdjęć z rekonstrukcji historycznych ma charakter reporterski, jednak ich prostota nie narusza spójności całego materiału.

Na koniec nie mogłam nie zauważyć, że w polecanej literaturze, zaprezentowanej w bardzo przystępny sposób, znajdują się "Pyszne chwasty", przez co zrobiło mi się miło :)

Podsumowując, "Kuchnia Słowian" to wartościowa, bardzo ciekawa i ładna książka. Mądra i praktyczna. Do poczytania, pooglądania i używania. Serdecznie i odpowiedzialnie polecam!

Pozdrawiam
Gosia 

piątek, 14 listopada 2014

Dzięki uprzejmości firmy Tesoro Del Mar i Małopolskiemu Apetytowi mogłam uczestniczyć w warsztatach sushi. Tak, znowu sushi, ale tym razem warsztaty miały zupełnie inny wymiar. Od sushi-warsztatów w restauracji Zen różniły się tym, że pod okiem fachowca, tzn kucharza japońskiej restauracji - Łukasza, prześledziliśmy KAŻDY etap przygotowywania sushi łącznie z gotowaniem ryżu i marynowaniem ryby. Dzięki temu zyskaliśmy ogromną przewagę nad sushi restauracyjnym: sami kształtowaliśmy finalny smak potrawy od samego początku jej przygotowywania. Tego typu warsztaty uczą, skąd bierze się konkretny smak. Ponieważ nie znam smaków prawdziwej kuchni japońskiej, tego typu organoleptyczne informacje mają dla mnie nieocenione znaczenie poznawcze.

Gotowanie ryżu (używaliśmy Okomesan) poprzedza delikatne płukanie, by usunąć puder skrobiowy z powierzchni ziaren. Płukać należy od 3 do 7 razy, aby uzyskać warstwę klarownej wody nad ryżem. Dopiero potem można go ugotować w towarzystwie płatów glonu kombu, które śmierdzą jak stare skarpety, ale oddają ryżowi słony smak i aromat morza.

warsztaty sushi, jak zrobić sushi

Prowadzący warsztaty w trakcie gotowania przekazywał nam mnóstwo informacji i ciekawostek dotyczących sushi oraz japońskich zwyczajów. Bardzo fajnie, kompetentnie, nie zostawiał żadnego pytania bez odpowiedzi, nawet jeśli mogła okazać się niewygodna. W dodatku, co mi się bardzo spodobało, kiedy wytknęłam pewną nieścisłość, widać było, że mu ciśnienie skoczyło, ale wkurzył się nie na mnie, tylko na siebie, że nie zwrócił wcześniej uwagi na ten szczegół. Było widać, że Łukasz jest człowiekiem z pasją, że do gotowania podchodzi z wielkim zaangażowaniem, chce być dobry w tym, co robi, a Japonię widział nie tylko w telewizji. Potem przy okazji wyszło na jaw, że gotowanie pokrzyw i pieczenie żołędzi też nie są mu obce, więc tym więcej zyskał w moich oczach :P Koleżanki stwierdziły, że jestem koszmarem każdego prowadzącego, ale przecież ja się nie czepiam, tylko po prostu lubię wiedzieć. Nie zadaję pytań ze złośliwości, tylko dociekliwości. Z resztą osobiście uważam, że pytania od audytorium to zawsze najciekawsza część wykładu, bo dowodzą, że ludzie chcą wiedzieć więcej.

Fajnie było się dowiedzieć, że prawdziwy sushimaster to tytuł przyznawany nielicznym. Aby go osiągnąć, trzeba wiele lat terminować u mistrza, przy czym przynajmniej 6 lat mija wyłącznie na płukaniu ryżu. A tytuł można otrzymać dopiero, gdy mistrz umrze.

I wreszcie ktoś mi wyraźnie powiedział, że sushi znaczy marynowany ryż, którym przesypywano konserwowane w ten sposób ryby. A potem zaczęto wykorzystywać również i ryż, bo sushi to było jedzenie biedaków.

Ugotowany ryż należy ostudzić do temperatury 36 stopni, tak żeby po wzięciu go do ust nie było czuć że jest zbyt zimny lub zbyt ciepły, i zalać octem ryżowym z cukrem. W większości restauracji daje się tego cukru dużo, bo tak smakuje większości Polaków. Na szczęście mogliśmy spróbować, w jaki sposób ryż byłby przygotowany dla Japończyków, i to było to! Ja lubię słodkie, co trudno ukryć ;) ale jak mam ochotę na coś słodkiego, to idę na kremówkę, a nie na rybę.

jak zrobić sushi, rolowanie sushi, jak zrobić maki

Aby przygotować futomaki, czyli grube zawijane sushi, płatki glonów nori oblepia się ryżem od szorstkiej strony. Ponieważ ryż do sushi jest bardzo kleisty, trzeba dłonie zwilżać wodą, w przeciwnym przypadku to dłonie będą obklejone, a nie glony ;) Następnie ryż smarowaliśmy japońskim zielonym chrzanem wasabi, nadziewaliśmy i zwijaliśmy, a potem trzeba je jeszcze pokroić na 6 plasterków.

Do nadziana sushi użyliśmy: słodką marynowaną tykwę, kwaśną marynowaną rzodkiew japońską daikon, świeżego ogórka (którym podobno w Japonii karmi się demony, żeby nie porywały dzieci), awokado, mango i sałatę. Dodatkowo mieliśmy do dyspozycji japoński majonez, kremowy serek oraz wspaniałe ryby. Państwo z Tesoro Del Mar przygotowali nam wspaniałe filety z łososia, halibuta i makreli. Łososia jedliśmy na surowo, halibuta marynowanego w paście miso i smażonego z białym winem, a makrelę na surowo marynowaną w occie. Okazało się, że Tesoro Del Mar dostarcza świeże produkty prosto do prywatnych domów, czego nie omieszkam wykorzystać w najbliższym czasie :)

futomaki, jak zrobić sushi maki

W czasie warsztatów bawiliśmy się też formą sushi. Poznaliśmy nigiri, czyli rybę ściskaną z ryżem przy pomocy dłoni, futomaki – grube rolki, o-maki – kulki, uramaki – odrócone rolki, gdzie ryż jest na zewnątrz nori, temaki, czyli rożki, chirashi sushi – rozrzucone sushi, czyli miseczka ryżu z porozrzucanymi na nim dodatkami.

Oczywiście na każdym etapie widać było, że gotują blogerzy ;)

jak zrobić sushi

Dodatkowo jedliśmy zupę miso, czyli moim zdaniem skrzyżowanie żurku i grochówki, ale o niej będzie osobny post, bo na pewno spróbuję odtworzyć ją w domu.

Bardzo dziękuję za możliwość tak dogłębnego zbadania tematu sushi, za wyśmienicie spędzony czas w fajnym towarzystwie i wspaniałe produkty.

wtorek, 07 października 2014

 Dziś zapraszam Was do malutkiego konkursu z firmą Ruta Urban Garden.

pomidorek z balkonu

Oto jeden z pomidorków Sunusia, chluba naszej balkonowej hodowli. Sadzonki dostaliśmy od mamy kolegi Córci, strasznie fajnej babki, a rzeczony kolega jest bożyszczem Synutka, albowiem ma ukochane przez niego klocki Lego w ogromnych ilościach :) Od początku było wiadomo, że skoro sadzonki pochodzą od nich, to hodowla będzie oczkiem w głowie Synutka. Przez całą wiosnę i lato codziennie doglądał krzaczki i jeszcze do tej pory cieszymy się malutkimi słodziutkimi pomidorkami. W skali makro, plon był raczej marny, ale satysfakcja z własnoręcznej hodowli, zaangażowanie w opiekę nad roślinami, troska o zmiany pogody u 3-letniego brzdąca - to są rzeczy absolutnie bezcenne! No i miałam niepryskane listki pomidora do sałatki (klik), a nawet zupełnie własne chwasty (klik) ;)

A zatem pora na konkurs!
Ponieważ synusiowej hodowli pomidorów towarzyszyła moja rozterka o miejsce na balkonie zajmowane przez kolejną skrzynkę, na którą absolutnie nie ma miejsca, stąd wzięło się pytanie konkursowe:

Jaką roślinę byście posiali/zasadzili mając do dyspozycji tylko jedną jedyną skrzynkę balkonową?

Liczy się ciekawe uzasadnienie :)

Na odpowiedzi macie czas do końca niedzieli. Niezdecydowani mogą zostawić tyle odpowiedzi ile chcą, ale każda powinna być w osobnym komentarzu. Można komentować tutaj albo pod wpisem konkursowym na FB, czyli tutaj.

ruta urban garden, konkurs pinkcake.blox.pl

Nagrody w postaci 2 zestawów nasion (szpinak, aksamitka, nagietek, pomidorki cherry, lubczyk) i ślicznej dyńki funduje oraz wysyła firma Ruta Urban Garden. Firma prowadzi poradnictwo i aranżacje małych przestrzeni pod uprawę, więc może przy okazji znajdzie sposób, żeby zmieścić więcej skrzynek? A przed nami cała zima na planowanie balkonowego ogródka... :)

Miłej zabawy!

Wyniki:
Zwyciężczyniami konkursu zostały:

Anka, kze201.internetdsl.tpnet.pl  2014/10/08 13:08:27
Gdybym miała do dyspozycji tylko balkon i tylko jedną doniczkę, to na pewno rosłaby tam... pokrzywa. Dlaczego? A dlatego, że rośnie wspaniale, przez cały sezon, odrasta od razu, więc można spokojnie rwać jej na zupy, herbaty, pesto i odbudowywać zdrówko po zimie/szykować się na jesień :) 

Niemięsojadka, staticline-31-182-81-68.toya.net.pl  2014/10/10 08:40:03
Nie potrafiłabym się powstrzymać i gdybym miała jedną, jedyną doniczkę (tym razem okrągłą) posadziłabym w niej rozmaryn. Nie dość, że jest symbolem wiecznej miłości (tak tak, jestem romantyczna :)) to pachnie wręcz obłędnie, a dodany do zup...sprawia, że zapominam o świecie i odpływam do krainy szczęścia.. Dla mamy, która zmaga się z RZS mogłabym zrobić napar, sąsiadce zaatakowanej przez depresję zrobiłabym rozmarynowa nalewkę. Zrobiłabym rozmarynową kąpiel, orkiszowe ciasteczka z posiekanymi igiełkami rozmarynowymi, a na późny obiad upiekłabym ziemniaki z dodatkiem tego cudnego zioła. Gdybym nauczyła się robić olejek rozmarynowi, chciałabym, żeby zniknęły mi dzięki niemy zmarszczki, które aktualnie ukrywam pod grzywką ;) I korzystałabym z płukanki rozmarynowej do włosów, może przestałyby tak szybko się przetłuszczać? :) Żeby zaskoczyć gości zrobiłabym masełko rozmarynowe: miękkie masło wymieszałabym z bardzo drobno posiekanym rozmarynem, uformowałabym i siup! do lodówki. Będę nieskromna: smakowałoby każdemu!

Gratulujemy i prosimy o przesłanie adresu do wysyłki (na terenie RP) na maila: biuro@rutaurbangarden.pl

poniedziałek, 15 września 2014

Miałam ostatnio wielką przyjemność uczestniczenia w spotkaniach dotyczących kuchni japońskiej zorganizowanych przez restauracje Zen oraz Tao, próbowania azjatyckich specjałów, a także własnoręcznego przygotowania sushi.

Wybaczcie brak zdjęć, ale po ciemku wyszły mi tak ohydnie, że nie chciałabym nimi nikogo zniechęcać, a obie restauracje są śliczne i smakowite, więc warto je eksplorować na własne oczy i podniebienia. Choć nawet warto zerknąć na ich galerie: TAO (klik) i ZEN (klik).

Restauracja TAO przy ul. Józefińskiej 4 w Krakowie jest przepiękna! Urządzona w kolorach kremowej bieli, drewna i zieleni, tchnie spokojem i świeżością. Pęki lucky bamboo, zielone jabłka i podwieszone pod sufitem origami tworzą cudowny klimat. Niesamowitym atutem jest ganek i ogródek - z altaną, ogromnym lustrem, kanapami, sztuczną trawą i kicającymi króliczkami: Taosiem i Zenusiem. Koniecznie warto odwiedzić TAO, szczególnie z dziećmi (mają trampolinę ;))

Pierwsze spotkanie w TAO upłynęło pod znakiem obżarstwa, sybarytyzmu i wielkiego show. Szef kuchni, pochodzący z Filipin Allan, mistrz szpatułki i widelca poprowadził nas jak prestidigitator między kolejnymi daniami smażonymi na grillu teppanyaki niczym na arenie cyrkowej. Świetna rozrywka - bardzo polecam! Możecie obejrzeć go w akcji na youtubie (klik), ale na żywo jest jeszcze fajniej :) Jeżeli chcecie zaprowadzić gdzieś gości i pokazać im coś widowiskowego, to dania z metalowej blachy grilla teppanyaki świetnie się sprawdzą. Allan ma pogodny charakter, szowmeńskie zacięcie i idzie się z nim dogadać po angielsku.

A podano nam:

Gotowane na parze pierożki shumai ze szpinakiem i tofu, krewetkami lub z kurczakiem i imbirem z sosem z sosu sojowego, octu ryżowego, wina mirin, imbiru i oleju sezamowego. Jak nie lubię tofu, to te wegetariańskie shumai były boskie!

Odsmażane pierożki gyoza z kapustą, marchewką, cebula, shitake, dymka, a także z nadzieniem krewetkowym i wieprzowym.

Następnie warzywa smażone na teppanyaki: grzyby enoki, baby kukurydza, pieczarki, seler naciowy, biała cebula, kiełki mung, grzyby shitake i pędy bambusa w białym winie i maśle czosnkowy - dla mnie to było zdecydowanie najlepsze danie wieczoru.
Japoński smażony ryż z drobno pokrojonymi warzywami; papryką, marchewką, białą cebulą, dymką i prażonym czosnkiem. Okraszony jajkami i sosem z oleju sezamowego, masła czosnkowego i sosu sojowego.
Następnie na grillu teppanyaki wylądowały: łosoś, kurczak i kalmary. Każde z innym sosem, który niesamowicie podkreślał walory potrawy. Te sosy zaiste mają duszę!

Na deser był banan panierowany w panko, flambirowany w brandy i podany z lodami sezamowymi.
Wszystkie posiłki były zestawione z chilijskimi winami Ovieha Negra.

Podsumowując, w Tao spędziłam świetny wieczór na przedniej zabawie i pysznym jedzeniu. Naprawdę pysznym.

 maki sushi

Drugie spotkanie pod znakiem sushi i sake odbyło się w restauracji ZEN przy ul. Św. Tomasza 29 w Krakowie. Na dole restauracji znajduje się bar sushi otoczony pływającymi łódkami, na górze zaś przytulne wnętrza w kolorach ciemnego drewna i wiśni z klimatycznymi japońskimi pokoikami wyłożonymi matami tatami.

Tym razem sami wzięliśmy się za przygotowywanie posiłku. Warsztaty z przygotowywania sushi poprowadził sushi-master Przemek. Super! Spokojnie, fachowo, elokwentnie i bardzo pozytywnie.

Na początek najprostsze treścią, a zarazem najtrudniejsze formą, nigiri, czyli ryż zaprawiony octem, cukrem i solą, owinięty plasterkiem łososia maźniętego wasabi. Przy okazji zawijania poznaliśmy savoir-vivre i tricki przydatne przy spożywaniu sushi. Degustowaliśmy również wino śliwkowe z kruszonym lodem.

Następnie zawijaliśmy maki. Jak się robi sushi maki? Płatki glonów nori obklejaliśmy ryżem do 2/3 wysokości, pomazialiśmy przez pół pastą wasabi, po czym nadziewaliśmy je dowolnie: marynowaną rzodkwią, bakłażanem, paskami tykwy, świeżym ogórkiem, awokado i surowym pstrągiem. Potem trzeba już tylko ciasno zawinąć i pokroić. Świetna zabawa i całkiem ładnie mi wyszły. Maki sushi na zdjęciu to moje dzieło :)

Na koniec zabawne sushi w rożku z nori (temaki), czyli taki jakby japoński streetfood ;) Tym razem bez ryb, lecz ze szparagiem w tempurze.

Kiedy już się najedliśmy, przeszliśmy do kolejnej części imprezy, czyli degustacji sake.  Poprowadził ją przedstawiciel Gekkeikan Sake (klik). Wyjaśnił nam, czym jest sake, jakie są rodzaje i jak ją pić. Próbowaliśmy po kolei: tradycyjnego sake na zimno i na ciepło, sake leżakowanego w dębowych beczkach oraz sake z przewagą polerowanego ryżu. Żadne mi nie smakowało, więc nie obawiałam się o swoją głowę ;) Następnie Nigori - zawiesiste sake niefiltrowane, ono mnie najbardziej ujęło swoją dziwacznością oraz sake musujące Zipang - dość zabawne w smaku i jedyne, które dopiłam. Na koniec podano ekskluzywne sake Horin. Bardzo się cieszę, że mojemu pierwszemu spotkaniu z tym dziwnym alkoholem przewodził fachowiec, bo pewnie nie wspominałabym go tak miło, pomimo iż trunek zupełnie mi nie odpowiada, to przynajmniej nie uciekłam z wrzaskiem, a nawet zaciekawiłam.

Deserem spotkania były trzy ciastka od U lala Cafe (klik) z Pałacu Bonerowskiego przy Rynku Głównym 42: czekoladowa muffinka z zielonym kremem budyniowym, w którym za grosz nie było czuć zielonej herbaty, kruche ciasteczko z solonym karmelem oraz sakiewka filo z owocami egzotycznymi i miętą. Wszystkie słodkie i dobre, choć jedynie sakiewki były dość intrygujące.

W Zen spędziłam kolejny świetny wieczór. Radosny i pełen pozytywnej energii.

Czy znalazłam minusy tych spotkań? Malutki: deser od U lala niepotrzebnie próbował nabrać otoczki inspiracji japońskością. Zupełnie chybione:/ Szef cukierników powinien choć pooglądać obrazki z książki "Japońskie słodycze" Magdy Tomaszewskiej-Bolałek. Ja w trzy sekundy potrafiłabym wymyślić ciekawsze i bardziej pasujące do okazji zestawienia smakowe, a sztuczny barwnik w kremie budyniowym podziałał na mnie jak płachta na byka. Gdyby ciastka zostały przedstawione nam jako "zwykłe" desery, nie czepiałabym się wcale, bo były bardzo smaczne. Tymczasem poprzeczka smakowo-japońska w Zen stała bardzo wysoko, a ja jako pies na dziwne desery stawiam ją jeszcze wyżej.

Podsumowując spotkania z restauracjami Zen i Tao, to było super! Super! Super! Super! Całość obydwu spotkań, jak i każde z osobna, była dla mnie wspaniałym doświadczeniem. Organizatorzy zapewnili wszystko, co obiecali: pyszne jedzenie, świetne trunki, cudownych ludzi i sympatyczną atmosferę. Jedzenie wyjątkowo smaczne, a ludzie je przygotowujący - pełni pasji.

Bardzo dziękuję za zaproszenie, a obydwa miejsca szczerze polecam.
Pozdrawiam
Gosia

Zen Sushi Bar - św. Tomasza 29, Tao by Zen - Józefińska 4, Kraków

czwartek, 03 lipca 2014

Niedawno miałam przyjemność uczestniczyć w zupełnie niezwykłej kolacji, bowiem w restauracji Garaż Food&Wine (ul. Józefitów 8, Kraków) zorganizowano spotkanie degustacyjne z winami Clementa Klura z Alzacji, czego dalekim echem jest poniższa sałatka.

sałatka z bobem i boczkiem

Niezwykłość owej degustacji polegała niejako na odwróceniu ról. Zazwyczaj dobieramy wino, by podkreślić smak potrawy, tutaj mieliśmy sytuację, że to potrawy miały za zadanie podkreślić smak wina. I doskonale to robiły! A całość została okraszona ciekawym, prowadzonym mocno gawędziarskim tonem, wykładem na temat win biologicznych prowadzonym przez pana Mariusza Beretę, właściciela tejże piwniczki z winami.

A zaserwowano nam:

- Cremant d’Alsace AOC Clement Klur i smażone świńskie uszy na zielonej sałatce z ziołami
- Voyou de Katz Clement Klur i przegrzebki z salsą truskawkową
- Pinot Noir Clement Klur i wątróbkę jagnięcą z miętą w syropie z melasy morowej
- Gentil de Katz Clement Klur i parfait z mastyksem, truskawkami i płatkami róż

To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo dania zostały skonstruowane jakby były niekompletne, a dopiero popijanie ich winem tworzyło całą symfonię smaków, co przy "suchym kęsie" było dość rozczarowujące. Natomiast właśnie takie dostała zadanie szef kuchni pani Lena Wrubleska. Osobny wpis zrobię na temat deseru, bo był genialny! Powiem szczerze, że wina samodzielnie też były wyborne. Cremant lekkie i owocowe, podobno jest jedynym musującym winem niesiarkowanym. Voyou orzeźwiające, Pinot Noir głębokie, jakby jeżynowe, zdecydowanie w moim typie. A to ostatnie, Gentil de Katz, absolutnie przepyszne, wytrawne a pełne radosnych, słodkich tonów. Każde z nich świetne, lecz jeśli wypatrzycie wino z kotem a la Szczerbatek, to kupujcie je bez wahania.

Clement Klur, wino z kotem, gentil de katz

Podaną nam sałatkę ze świńskimi uszami postanowiłam przenieść na grunta domowe. Świńskie uszy w restauracji zostały usmażone na skwarki (w sumie to były takie kolagenowe chrupki) i połączone z bobem i zielonymi szparagami w towarzystwie nieprzyzwoitej wprost ilości koperku. No i wymagały podlewania winem, czego w kuchni rodzinnej nie mogłam zastosować, więc przedstawiam moją wariację na temat owego dania.

sałatka z bobem i boczkiem

Sałatka z bobem i smażonym boczkiem

sałata dębowa
ugotowany bób
kiełki słonecznika
kilka gałązek pietruszki, tymianku i koperku
smażony boczek
(truskawki i kwiaty ogórecznika)
sos: oliwa, sok z cytryny, sól, pieprz

Cóż nie da się ukryć, że poszłam daleko od oryginału, bo użyłam boczku zamiast uszu. Siewki słonecznika zastąpiły szparagi - no w końcu one też ledwie wykiełkowały ;) Zaś koperku dałam jedynie symboliczną gałązkę. Już na sam koniec dorzuciłam truskawki, bo jakoś tak mi słodko-kwaśno podpasowały, ale mój mąż jadł bez nich i też był zachwycony daniem. Ale najważniejsza rzecz: skwarki i bób dorzuciłam ciepłe - to naprawdę ważne.

O kwiaty ogórecznika jak zwykle musiałam się bić z Córcią, bo ciężko jej przychodzi oddać kilka na inne talerze ;)

Ogólnie bardzo się cieszę z zaproszenia na to wydarzenie, i bardzo za nie dziękuję organizatorom, bo jeszcze długo będę odczuwać jego reminescencje w swojej kuchni.

środa, 11 grudnia 2013

Razem z firmą Oleofarm zapraszam Was do konkursu, którego przewodnim tematem będzie wymiksowanie się z zimy!

konkurs oleofarm i pinkcake

Nagrodami są:

I nagroda - Sokowirówka Zelmer JE 1000

II nagroda - Blender BOSCH MSM 67170

III nagroda - Waga kuchenna Zelmer KS1400

miejsca IV - X – zestawy soków Oleofarm:
 1 x sok z owoców czarnego bzu sambuVital + 1 x sok z malin malinaVital


Zadanie konkursowe polega na przygotowaniu zdrowego autorskiego koktajlu z wykorzystaniem soków Oleofarm Esencje natury. (Mile również będą widziane koktajle, które nie wymagają użycia blendera.)

Zrób zdjęcie swojego koktajlu (fajnie by było, jeśli na zdjęciu będzie widoczna butelka soku Oleofarm, który został użyty, ale nie jest to wymóg obowiązkowy). Pamiętajcie, że najważniejszy jest ciekawy przepis, a nie zdjęcie.

Blogerzy mogą opublikować przepis u siebie na blogu i wkleić link do przepisu pod tym postem lub na FanPage'u Trochę Innej Cukierni (miło mi będzie, jeżeli wkleicie baner konkursowy - kod poniżej)
Zaś osoby nie prowadzące bloga mogą opublikować swój przepis na FanPage'u Trochę Innej Cukierni lub przysłać przepis w komentarzach dołączając link do zdjęcia w swojej galerii albo przysłać przepis na maila wraz ze zgodą na publikację zdjęcia na fanpage;u Trochę Innej Cukierni.

Każdy uczestnik może zgłosić trzy propozycje. Konkurs przedłużono do 12 stycznia 2014. Ogłoszenie wyników nastąpi 15 stycznia. Kryterium wyboru zwycięzców będzie oryginalność, smak i walory zdrowotne koktajlu. Organizatorem konkursu jest firma Oleofarm. Pełen regulamin dostępny jest tutaj.

soki oleofarm

NIESPODZIANKA!
Na czas trwania konkursu firma Oleofarm przygotowała 15% rabat na wszystkie soki (klik). Wystarczy wpisać w pole z kodem rabatowym hasło „wymiksujsiezzimy” (rabat nie łączy się z innymi promocjami obowiązującymi w sklepie i dotyczy tylko soków).

Soki Oleofarmu są też dostępne w sklepach ekologicznych i na półkach ze zdrową żywnością w delikatesach i marketach.

Ze swojej strony mogę Was utwierdzić w przekonaniu, że warto wziąć udział w konkursie z kilku powodów. Tłoczone soki bez dodatku cukru nie tylko wspomagają odporność w te zimne dni, dodadzą też energii w przedświątecznych przygotowaniach, a i w okresie karnawału przyda się regeneracja;) Lecz wyciągi owocowe mają również wiele innych zalet zdrowotnych, co wykazuję w swoich badaniach, o których kiedyś opowiadałam (klik). Ponieważ jeszcze nie opublikowałam wyników, więc nie mogę zdradzać szczegółów, jednak szepnę, że owoce mają moc...

Smacznego i bawcie się dobrze!
Gosia

Kod banera konkursowego:

<a href="http://pinkcake.blox.pl/2013/12/Konkurs-Wymiksuj-sie-z-zimy.html"><img src="http://pinkcake.blox.pl/resource/Wymiksujsiezzimy200x200.jpg"></a>

 
1 , 2 , 3