| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31


Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
ROZKWIASZCZONY BLOG KULINARNY - jadalne kwiaty i pyszne chwasty, słodkości bez jajek i bez mleka krowiego - Małgorzata Kalemba-Drożdż

Wpisy z tagiem: gadanie

środa, 27 września 2017

Miałam pomysł, żeby do "Smakowitych drzew" dołączyć przepis na mydło z kasztanów i szampon kasztanowy, bo choć nasiona kasztanowca nie są jadalne, to jako surowiec kosmetyczny i leczniczy są bardzo cenne. I właściwie na każdych warsztatach terenowych pada pytanie: "Czy można jeść kasztany" ;) Ale w że musiałam usuwać przepisy, żeby się zmieścić w określonej objętości książki, to zrezygnowałam z tego pomysłu za priorytet stawiając zachowanie jak największej ilości smakowitych przepisów. Ale że pytania się powtarzają, więc oto przepisy z kasztanami.

Nasiona kasztanowca nie nadają się do jedzenia ze względu na wysoką zawartość saponin, czyli glikozydów zmydlających, ale właśnie dzięki nim można się kasztanami umyć. A escyna i eskulina działają przeciwzapalnie, poprawiają krążenie i wzmacniają naczynia krwionośne.

Spotkałam się z różnymi sposobami przygotowania i przechowania mydła kasztanowego. Moim zdaniem nie ma sensu na siłę formować z niego kostek, bo nawet dobrze wysuszone i tak się rozpadnie, a poza tym zapleśnieje. Wg mnie jedyne rozsądne wyjście to pasteryzacja. Po otwarciu słoika, mydło dość szybko zaczyna fermentować, więc sugeruję używania słoików średniej wielkości, by zużyć porcję w ciągu kilku dni. Można też zamrozić rozłupane kasztany i przygotowywać mydło lub szampon na bieżąco. Mydło kasztanowe sprawa, że skóra jest miękka i nawilżona. A na jego bazie można też przygotować szampon.

 mydło z kasztanów, mydło kasztanowe, pasta myjąca z kasztanowca

Mydło z kasztanów

dojrzałe kasztany czyli nasiona kasztanowca 
olejek pomarańczowy
kilka kropli witaminy C i kapsułka witaminy E

Kasztany obrać z brązowych łupin i rozdrobnić. Zalać niewielką ilością wody i postawić na małym ogniu. Gotować, aż zupełnie zmiękną, pilnując by się nie przypaliły. Po wystudzeniu zmiksować w blenderze lub przepuścić przez maszynkę do mięsa, żeby pozbyć się grudek. Można dodać trochę wody, jeżeli jest taka potrzeba. Dodać witaminy i olejek pomarańczowy (lub inny ulubiony). Moim zdaniem zapach skórki pomarańczy dobrze się zgrywa z aromatem ugotowanych kasztanów. Podobnie jak lawenda i róża. Odradzam olejek grejpfrutowy - wtedy powstaje piękna kompozycja o zapachu brokuła :P Raz mi się zdarzyło trochę przypalić kasztany podczas gotowania i mydło miało niesamowicie orzechowy zapach. Można też użyć mocniejszych bakteriobójczych olejków jak: laurowy, drzewa herbacianego, goździkowy.
Przełożyć do średnich słoików o szerokim ujściu (żeby wygodnie było sięgać po mydło) i pasteryzować przez 10 minut.

Mydło ma konsystencję pasty, więc trzeba nabrać porcję i rozprowadzić po dłoniach, spłukać ciepłą wodą.

szampon z kasztanów, szampon kasztanowy, jak zrobić szampon z kasztanów

Szampon kasztanowy

300 g kasztanów
3 szklanki wody 
40 g suszonego korzenia mydlnicy lekarskiej (Saponaria officinalis) i/lub 100  g orzechów piorących (Sapindus mukorossi)
1 łyżka (15 ml) octu winnego lub octowego maceratu rozmarynowego
1 kopiata łyżka (5 g) suszonego nagietka i/lub pokrzywy
naturalny olejek aromatyczny: miętowy, rozmarynowy, różany, lawendowy…

Dodatkowe składniki:
2-3 łyżki (30-50 ml) betainy kokamidopropylowej lub kokoiloizetionianu sodowego (to łagodne detergenty)
4 łyżki (60 ml) gliceryny lub ziołowego maceratu glicerynowego z rumianku, pokrzywy i/lub nagietka
2 łyżeczki (10 ml) nalewki z kwiatów lub nasion kasztanowca, szyszek chmielu, mięty i/lub lawendy albo innych ziół
1 łyżka (15 ml) oleju rycynowego
1 łyżeczka (5 ml) roztworu witaminy B5

mydło z kasztanów, szampon kasztanowy

Kasztany obrać z łupin. Posiekać, zalać 2 szklankami wody i ugotować do miękkości. Wystudzić, zmiksować i przecedzić.

Korzeń mydlnicy lub orzechy piorące (można je pokruszyć tłuczkiem) zalać szklanką wody i odstawić na noc. Następnego dnia zagotować na małym ogniu. Uwaga, płyn może kipieć, więc warto użyć wysokiego garnka. Do gorącego odwaru wsypać wybrane zioła i odstawić do wystudzenia pod przykryciem. Następnie przecedzić.

Połączyć kasztany z resztą składników, można zrobić wersję podstawową lub podkręcić ją dodatkowymi składnikami. Ponieważ gotowane kasztany mają nieco dziwny zapach, warto użyć olejków aromatycznych, które nie tylko wspierają pracę mieszków włosowych, ale też zatuszują tę fasolowatą woń.

Szampon z kasztanów nie pieni się mocno, ale delikatnie myje i pielęgnuje skórę głowy. I jest fajny ;)

Miłych ablucji!

P.S. A tutaj KLIK można obejrzeć moją wizytę w "Pytaniu na śniadanie", gdzie pokazywałam jak zrobić pomadkę ochronną :)

piątek, 12 maja 2017

Moi Drodzy,
mam wielką przyjemność przedstawić Wam moją kolejną książkę kulinarną: "Różane przepisy"!

Różane przepisy

"Różane przepisy. Płatki, listki i owoce w kuchni i domowym SPA"
Małgorzata Kalemba-Drożdż

Informacje: 336 stron, oprawa twarda, ISBN 9788381030274

Można ją kupić z wyprzedzeniem w księgarniach internetowych, na 17 maja jest planowana premiera w księgarniach stacjonarnych. Jest dostępna np.: w Empiku (klik), Pascalu (klik), Gandalfie (klik), Merlinie (klik), nieprzeczytane.pl (klik) i innych.

Różane przepisy książka

W książce zawarłam wstęp o różach, ich historii, znaczeniu, zastosowaniu i właściwościach zdrowotnych oraz 130 przepisów kulinarnych z płatkami róży, wodą różaną, owocami róży a także z listkami krzewów różanych. Przepisy są różne: słodkie i wytrawne, wegańskie, wegetariańskie i mięsne, proste i pracochłonne. Na deser jest króciutki rozdział o domowych kosmetykach różanych.

Różane przepisy książka

Pierwszą recenzję w postaci blurba wystawiła Dorota Świątkowska z Moich Wypieków i serdecznie jej dziękuję za ciepłe przyjęcie książki :)

Różane przepisy książka

Mam nadzieję, że dzięki tej książce pokochacie róże równie mocno jak ja i odkryjecie, ile dobra one w sobie kryją :*

"Różane przepisy" dołączają do mojego bukietu jadalnych roślin :)

Jadalne kwiaty, Pyszne chwasty, Różane przepisy, Małgorzata Kalemba-Drożdż

Pozdrawiam serdecznie
Małgorzata Kalemba-Drożdż

P.S. W sobotę 20 maja będę z moją książką i krótkim wykładem o kwiatach w Warszawie na Targach Designu WZORY :) Zapraszam!

poniedziałek, 20 marca 2017

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy kolejny rok bawili się razem ze mną w Zielono mi! Na stronie zabawy KLIK możecie obejrzeć, co w tym roku udało nam się zjeść zielonego :)

Ja tymczasem zostałam zaproszona, w sumie bardzo tematycznie, na otwarcie restauracji "Zielonym do góry" w Krakowie przy ul. Lwowskiej 1 (KLIK).

zielonym do góry

Restauracja została pięknie urządzona w drewnie, szkle i roślinach, jest jasno i przestrzennie, a jednak przytulnie. Urzekła mnie sprytnie zaprojektowana, żywa, zielona ściana, pod którą akurat usiedliśmy.

Menu "Zielonym do góry" wydało mi się bardzo odważne. Przede wszystkim dlatego, że jest bardzo osadzone w sezonowych produktach. Na przednówku królują zimowe zapasy i przedstawione nam dania zostały skonstruowane w oparciu o rośliny strączkowe, korzeniowe, przetwory i kiszonki. Co przy obecnych trendach gastronomicznych jest raczej szokujące. Gdzieniegdzie przebijało się dziedzictwo kuchni molekularnej i zabawa konsystencją dania jak np.: w musie z makreli. Ceny dań są przyzwoite, podobnie jak jakość serwowanych win stołowych. Placki z kiszonej cukinii, hummus z podpłomykami są przepyszne. Mój W zakochał się w ognistej zupie z owoców morza z kimchi i docenił jakoś przygotowania mięs. Mnie bardzo smakował gulasz z kiszonych buraków z boczniakami i soczewicą i owsiany żurek. I na 100% zacznę teraz kisić brukselkę :) A lody z kiszonej gruszki to po prostu mistrzostwo smaku! 

Czego mi brakowało? Świeżości. W pełni rozumiem i popieram ideę sezonowej kuchni, która kompletnie zatraciła się w kosmopolitycznym, zglobalizowanym światku restauracyjnym. Ogromnie podoba mi się fiksacja na punkcie kiszonek, jednak rozczarowało mnie, że jedynym świeżym akcentem, jaki znalazł się na naszych talerzach, była odrobina ogórka kiszonego w curry (pysznego notabene). Strasznie brakowało mi surowizny i surówek opartych o te sezonowe korzenie i kiszonki. A skoro szef kuchni decyduje się również na produkty nielokalne jak mango, to przecież można go było tak gruntownie nie zabijać w karmelu. Brakło mi również stricte wegetariańskiego dania głównego - choć jednego! Natomiast wierzę, że menu będzie się rozwijać, a ta sezonowość, którą tak silnie chcą akcentować w "Zielonym do góry" będzie ich największą bronią i zaletą. Zaś szafa do hydroponicznej uprawy ziół nie będzie pełniła funkcji wyłącznie dekoracyjnych. Mam nadzieję, że gdy odwiedzę ich pod koniec wiosny, to rzucą mnie na kolana menu kapiącym świeżością. A gnana ciekawością odwiedzę ich na pewno :)

Na koniec muszę jeszcze pochwalić organizatorów za elastyczność. Bardzo dziękuję za ich otwartość na niespodziewane zmiany i wyzwania, które wiązały się z naszą wizytą. To naprawdę bardzo cenna cecha. Podobnie na pochwałę zasługują młodzi ludzie pracujący na sali: przeszkoleni i sympatyczni. Szczerze im życzę, by "Zielonym do góry" ciągnęło tylko do góry, bo zaczęli świetnie.

Pozdrawiam 
Gosia Kalemba-Drożdż 

niedziela, 12 lutego 2017

Drodzy Czytelnicy,

Niestety lekarstwa na głupotę nie znam. Bardzo tego żałuję. A już na pewno nie jest nim lewoskrętna witamina C. Ale mam lekarstwo na niewiedzę. Zatem zapraszam na porcję wyjaśnień o izomerii optycznej i witaminie C.
Tak, zdaję sobie sprawę, że ze względu na uproszczenie języka, osoby obyte z nomenklaturą chemiczną mogą cierpieć ;) Zupełnie rozmyślnie nie zagłębiam się w omawianie asymetrycznych atomów węgla i konfiguracji bezwzględnej. Z założenia chciałam przedstawić to zagadnienie prostym językiem, unikając trudnych słów i wzorów. 

W skrócie chodzi o to, że albo kwas askorbinowy jest lewoskrętny, albo jest witaminą C. Nie da się jednocześnie, bo kwas L-askorbinowy, czyli witamina C, jest prawoskrętny. 

A teraz dłużej:

Zacznijmy od tego, że cząsteczki, z których jesteśmy zbudowani, oprócz tego, że są związkami chemicznymi i mają swoje właściwości chemiczne, czyli zdolność do wchodzenia w różne reakcje, to posiadają także określony kształt. A kształt cząsteczki jest ważny. Dla funkcjonowania żywych organizmów – niezmiernie ważny. Ponieważ cząsteczki aktywne biologicznie dopasowują się do siebie przestrzennie, rozpoznają się po kształcie, ich kształt określa, do czego mogą się przydać komórkom.

Czasami kształt cząsteczek wiąże się z tak zwaną izomerią optyczną.

Popatrzcie teraz na swoje dłonie. Są identyczne? Nie, oczywiście, że nie są. Nie rozdrabniajcie się na linie papilarne, blizny, czy minimalne różnice długości palców. Popatrzcie na ich kształt.

chiralność, izomeria optyczna

Lewa dłoń różni się kształtem od prawej dłoni: lewa i prawa dłoń są dla siebie lustrzanymi odbiciami. I jak weźmiemy rękawiczkę (taką porządną, szytą, a nie dzierganą) to od razu będziemy widzieć, czy jest przeznaczona na prawą, czy na lewą dłoń. Bo lewa i prawa mają swój określony kształt.

Zerknijcie jeszcze na klocki Tetris (obrazek z Wiki). Każdy klocek w przestrzeni dwuwymiarowej ma swój określony kształt, każdy inny. Pierwsze 3 nie mają izomerów optycznych, czyli w lustrze wyglądają dokładnie tak samo. Ale już dwie kolejne pary są dla siebie lustrzanymi odbiciami. Nie dopasujemy klocka S w taki sam sposób jak klocka Z, bo mają inny kształt.

Tetrominoes letter oriented.png

No więc cząsteczki niektórych związków chemicznych takich jak np. cukry (które nasze komórki spalają lub wykorzystują do budowy inny cząstek), czy aminokwasy (z których zbudowane są białka) mają określony kształt i możliwe jest występowanie cząsteczek wyglądających jak ich lustrzane odbicia. Tradycyjnie te lustrzane odbicia oznaczamy L- i D-.

Ważne jest to, że w żywych organizmach nie występują obie lustrzane cząsteczki (izomery), ale tylko jeden rodzaj. Wszystkie aminokwasy budujące białka, to L-aminokwasy, a wszystkie cukry, mają kształt oznaczany D.

Ta asymetria występująca w świecie żywych organizmów jest bardzo ważna. Bo cząsteczka o kształcie D- nie będzie pasowała do enzymów, receptorów, ani białek transportowych przystosowanych do cząsteczki o kształcie oznaczonym L. I na odwrót też nie. Tak jak nie wciśniemy lewego buta na prawą nogę, tak białko, które ma związać D-glukozę, nie rozpozna i nie zwiąże L-glukozy, bo nie będzie pasowała kształtem.

W trakcie procesów chemicznych możemy wyprodukować cząsteczki, które są lustrzanymi odbiciami cząsteczek występujących w żywych organizmach, ale żywe organizmy nie będą mogły ich wykorzystać. Zatem komórki karmione L-glukozą umrą z głodu.

Kształt to jedna cecha. Teraz druga część: aktywność optyczna.

Niektóre cząsteczki potrafią skręcać światło spolaryzowane. Światło spolaryzowane to taka uporządkowana wiązka fal świetlnych, że wszystkie fale drgają w tą samą stronę, a nie chaotycznie we wszystkich płaszczyznach. Jeśli światło spolaryzowane (czyli drgające w jedną stronę) przejdzie przez pojemnik z cząsteczkami aktywnymi optycznie, może zmienić płaszczyznę swojej polaryzacji (czyli drgania będą nadal uporządkowane, ale w inną stronę). Jeżeli cząsteczki skręcą ją w lewo – to tą substancję oznaczamy (-), a (+) jeżeli substancja obróci płaszczyznę polaryzacji w prawo. I teraz uwaga! Kształt L- i D- wcale nie pokrywa się ze skręcalnością światła (+) i (-). To są zupełnie inne cechy. Na przykład D-glukoza skręca światło w prawo, a D-fruktoza w lewo. Oba cukry są D- ale skręcają światło w różne strony.

Tak więc wreszcie dotarliśmy do kwasu askorbinowego. Są możliwe 4 kształty (izomery) kwasu askorbinowego, czyli 3,4-dihydroksy-5-(1,2-dihydroksyetylo)furan-2(5H)-onu: kwas L-askorbinowy, kwas D-askorbinowy, kwas L-izoaskorbinowy i kwas D-izoaskorbinowy. W świecie żywych organizmów występuje wyłącznie cząsteczka kwasu L-askorbinowego. Oprócz zdolności do wchodzenia w określone reakcje chemiczne, kwas L-askorbinowy ma swój kształt, który sprawia, że może zostać wykorzystany przez żywe organizmy. Kwas D-askorbinowy pomimo iż ma takie same właściwości chemiczne, ma inny kształt, więc nie może być używany przez żywe organizmy. Ponieważ kwas L-askorbinowy jest dla nas ważny, a nie potrafimy sami go wytwarzać, został nazwany witaminą C. Żadna inna forma kwasu askorbinowego nie może zostać nazwana witaminą C, tylko L-. A tak się składa, że kwas L-askorbinowy skręca światło spolaryzowane w prawo. Czyli jedyna prawdziwa witamina C, kwas L-askorbinowy, jest prawoskrętna.

Więc proszę nie powtarzajcie głupot, że kupiliście, łykacie, polecacie lewoskrętną witaminę C, bo coś takiego nie istnieje. Witamina C, czyli kwas L-askorbinowy, jest prawoskrętna, a literka L wcale nie odnosi się do skręcalności tylko do kształtu cząsteczki. I tylko osoba nie posiadająca wiedzy może twierdzić inaczej. A Wy wiedzę już macie :)

Poza tym nie dajcie sobie wmówić, że w aptece jest zła witamina C, a tylko dobra witamina C jest polecana przez znachorów, czy inną panią Goździkową. Są takie same. Witamina C, czyli kwas L-askorbinowy dostarczana przez firmy farmaceutyczne jest produkowana z naturalnej D-glukozy przez bakterie fermentacyjne, czyli żywe organizmy. A żywe organizmy nie wyprodukują cząsteczki o złym kształcie, tylko właśnie kwas L-askorbinowy – jedyną prawdziwą witaminę C. Taką samą jak ta izolowana z owoców. Teoretycznie można by produkować kwas D-askorbinowy metodami czysto chemicznymi, ale nikt tego nie robi, bo się nie opłaca. Bakterie są tańsze niż chemikalia. A każdemu handlowcowi chodzi o kasę. Znachorom też...

Na koniec proszę o jeszcze jedną refleksję. Zastanówcie się, czy naprawdę potrzebujecie kupić witaminę C? Bo moim zdaniem niekoniecznie. Ani tej z apteki, ani tej od znachorów. Ani produkowanej przez bakterie, ani tej izolowanej z owoców. Choć są sytuacje, kiedy suplementacja jest przydatna, to nie nabijajcie kabzy szarlatanom, ani farmaceutom bez powodu. Po prostu zmieńcie dietę. Może być to dieta cud. Warzywa i owoce zawierają wystarczająco dużo witaminy C. Nawet te zimowe, jeżeli codziennie zjadamy ich ponad 400 g. Nie trzeba jej z nich izolować i dosypywać w proszku do jedzenia. Poza tym w warzywach i owocach są jeszcze inne związki, które wspomagają i uzupełniają działanie witaminy C, a w tabletkach ich nie będzie. A poza tym na pewno witamina zawarta w owocach i warzywach będzie miała właściwy kształt i skręcalność optyczną ;)

warzywa i owoce

Smacznego! 

Pozdrawiam
Małgorzata Kalemba-Drożdż
(z wykształcenia i zawodu biochemik, jakby komuś nie chciało się googlać, jakim prawem blogerka kulinarna mądrzy się o izomerii związków bioorganicznych)

P.S. Podstawy izomerii związków organicznych i bioorganicznych są opisane w każdym podręczniku do biochemii i chemii np.:
Lubert Stryer, Berg Jeremy M., Tymoczko John L., Biochemia. PWN, dowolne wydanie
Murray R.K., Granner D.K., Rodwell V.W. "Biochemia Harpera", PZWL, 2008, 
Fisher J, Arnold JRP. Chemia dla biologów. Krótkie wykłady. PWN 2008

Natomiast kwestia, czy jest sens przyjmować suplementy jest wyjaśniona m.in. tu:
Martínez ME, Jacobs ET, Baron JA, Marshall JR, Byers T. Dietary supplements and cancer prevention: balancing potential benefits against proven harms. J Natl Cancer Inst. 2012 May 16;104(10):732-9
Bjelakovic G, Nikolova D, Simonetti RG, Gluud C. Antioxidant supplements for preventing gastrointestinal cancers. Cochrane Database Syst Rev. 2008

sobota, 14 stycznia 2017

Bardzo proste i zdrowe trufle. Zazwyczaj trufelki toczy się na okrągło, jednak nie mogłam sobie ich poukładać do zdjęcia, więc stwierdziłam, że przerobię je na sześciany, żeby mi się nie turlały. Co naprowadziło mnie na skojarzenie z bobkami wombatów. Wombaty są przesłodziutkimi torbaczami, takie skrzyżowanie misia z króliczkiem. Prowadzą nocny tryb życia, grzebią nory w ziemi i pociesznie się turlają. Ogólnie są przesłitaśne! A czy wiedzieliście, że wombaty robią kostkowate bobki? :P
Tak, wiem, mało apetyczne porównanie zaserwowałam, jednak ma ono swoje głębsze uzasadnienie ;) Ale najpierw trufle.

trufle wombata, słodka kostka, zdrowe słodycze

Trufle Wombata

garść miękkich daktyli
garść orzechów
ewentualnie szczypta cynamonu lub przyprawy piernikowej

Daktyle wydrylować i zmiksować pulsacyjnie z orzechami i dodatkiem cynamonu. Jeżeli daktyle są zbyt twarde, można je wcześniej namoczyć chwilę w ciepłej wodzie i porządnie odcedzić. Ale zasadniczo lepiej kupić nie kamiennie twarde wydrylowane daktyle tylko mięciutkie z pestkami i sobie je wydrylować. Dla mnie osobiście największą trudnością jest niepożarcie wszystkich owoców w czasie tej czynności :P

Z masy formować trufelki - kulki lub kostki, wedle uznania ;)
Można je jeszcze obtoczyć w mielonych orzechach, kakao lub karobie.

trufle daktylowe, zdrowe słodycze, trufle daktylowo-orzechowe

 

Dlaczego trufle od razu skojarzyły mi się z wombatami? Jakiś czas temu wpadł mi w oczy artykuł o wombacich bobkach, w którym autorzy wysuwali tezę, iż sześcienne bobki wombata są ewolucyjnym przystosowaniem. Celem kostkowatości bobków miało być zapobieżenie ich turlaniu się. Skoro się nie odturlają, to zapach zwierzęcia długo będzie się utrzymywał w danym miejscu i oznaczał terytorium. Artykuł był zilustrowany pięknym zdjęciem stosiku kostek na obalonym pniu drzewa klik. I tu dla mnie pojawiło się kilka problemów. Po pierwsze czemu mały wombat miałby wspinać się na wielką kłodę, żeby grzmotnąć ładnie poukładane bobki, skoro zazwyczaj australijscy farmerzy znajdują je tam, gdzie bywają wombaty, czyli na ziemi? Krótko mówiąc, to zdjęcie to ściema, bo wombaty po fakcie nie bawią się w układanki, tylko biegną dalej. Po drugie, jakoś nie zauważyłam, żeby kozie bobki, baranie, kurze, czy nawet krowie placki gdziekolwiek się turlały. Po trzecie mamy tu do czynienia z najczęstszym błędem rozpatrywania zjawisk ewolucyjnych: założeniem, że mają cel. W ewolucji nie ma celu, możemy najwyżej rozpatrywać skutek i przyczynę. Skutkiem faktycznie mogłoby być unieruchomienie bobków, by znaczyły teren, jednak czy to rzeczywiście taki wielki zysk? A przyczyny? Przyczyny sześciennego kształtu trzeba by doszukiwać w budowie zwieracza, zastanowić się, jakie narządy/mięśnie uciskają ujście jelita grubego wombatów, a nie wymyślać bajki o ewolucyjnym zysku z zapobieżenia turlaniu.

Ot, popatrzcie na zięby Darwina. Przy niedoborze robaczków, zobaczyły ziarenka i szyszki i ot nagle zmienił im się kształt dzioba, żeby mogły się najeść? Serio? A tak to jest przedstawiane w materiałach popularno-naukowych. A tymczasem najpierw były zmiany - mutacje - i rodziły się ptaki z dziwnymi dziobami, którymi kiepsko się łapało robaki. Ale głodny ptak pchał do dzioba wszystko co popadło i nagle się okazało, że dla mutantów szyszki są super wygodne do dziobania. Może dlatego teoria ewolucji ma typu przeciwników? To nie jest kwestia braku dowodów, tylko problem niewłaściwego wytłumaczenia (tak tylko przypomnę, że określenie "teoria" w nauce oznacza nie coś względnego czy domniemanego, lecz wprost przeciwnie: to forma zestawienia wiedzy dobrze udokumentowana, rygorystyczna i logicznie spójna).

Równie denerwujące, co powszechne, jest twierdzenie, że człowiek jest dwunożny, bo dzięki temu było mu łatwiej przynosić łupy i używać narzędzi. Czyli zakładamy, że hominidy najpierw chciały daleko chodzić i mieć wolne łapy, więc dlatego stanęły na tylnych kończynach. Ha ha ha! Ewolucja nie dąży świadomie do uzyskania osobników o określonych cechach! Nie dąży świadomie do uzyskania najlepiej przystosowanych cech, tylko przeżywają osobniki, które po prostu sobie radzą w danym środowisku. Najpierw jest mutacja, a dopiero potem się okazuje, czy taki osobnik przetrwa. Albo nowa cecha rzeczywiście pomaga w przetrwaniu, albo po prostu w nim nie przeszkadza. A jak mutant się spodoba i znajdzie partnera seksualnego, to się rozmnoży i mutacja się rozpowszechni w populacji, nawet jeśli nie niesie ze sobą jakiejś doraźnej korzyści przystosowawczej. Nawet jeśli jest bublem konstrukcyjnym jak nasze kolana, staw skokowy, czy krtań. 

A zmiany dzieją się cały czas. Informacja genetyczna nie jest stabilna, wciąż podlega modyfikacjom. Co rusz w każdym gatunku rodzą się osobniki nieco odmienne. Geny mieszają się, niektóre polimorfizmy się rozprzestrzeniają, inne zanikają. Im większa różnorodność populacji, tym większa szansa, że pod wpływem silnej zmiany środowiskowej w ogóle którykolwiek osobnik przeżyje. Gdyby nie było zmienności genetycznej, to populacja jednakowych osobników doskonale przystosowanych do danych warunków, przy zmianie warunków -  wyginęłaby w całości. Natura nie ma celu, szuka na ślepo i tylko ciągłe zmiany chronią przed totalną zagładą. Tylko różnorodność daje szansę, że w nowych warunkach któraś pula genowa przetrwa. Niekoniecznie najlepsza, bo ogólnie chodzi o to, żeby mutant miał fuksa.

W innym artykule pewien profesor dowodził, że ponieważ obecnie śmiertelność niemowląt prawie nie istnieje, więc ewolucja człowieka stanęła. Absolutnie się z tym nie zgadzam! Po pierwsze wciąż mamy wirusy, jako czynnik, który potrafi silnie różnicować i to naraz większe grupy osobników. Kto wie, czy nie przytrafi się jakaś pandemia, która ostro przetrzebi populację pozostawiając jedynie osobniki odporne na patogen. Albo przeżyją tylko te osobniki, które akurat mieszkają na wyspie, gdzie nie dotrze choroba. Albo wirus indukuje powstanie jakichś nowych cech, a czy te cechy przetrwają, to się dopiero okaże. Brzmi to trochę jak film o zombie, ale tak też to może działać. W naszym DNA jest pełno pozostałości po różnych wirusach, one też mogły mieć wpływ na to, jak teraz wyglądamy.

A po drugie, na ludzi wciąż działają czynniki różnicujące.
W tej kategorii możemy rozpatrywać zanieczyszczenia środowiska, w skali naszego gatunku to zupełnie nowy czynnik, który może modyfikować zdolności rozrodcze H.sapiens. Ostatnio obserwuje się problemy właśnie na tym polu w niektórych populacjach... Wcale nie trzeba rodzić kilkunastu dzieci, by doświadczyć doboru naturalnego poprzez obserwację, które z nich przeżyją, ponieważ uniemożliwienie przekazania genów jest również wybitnym przejawem działania doboru. Geny osobnika, który przy silnym obciążeniu metabolizmu toksynami nie potrafi utrzymać zdolności rozrodczych, wypadają z puli.

No i mamy jeszcze żywność, czynnik oddziałujący na organizm nieustannie i konstytutywnie. Nie sposób wykluczyć presji, jaką jedzenie wywiera chociażby na możliwość zapłodnienia, czy przetrwanie zarodków. Obecnie jesteśmy eksponowani na ogromną ilość różnorodnych substancji mogących oddziaływać na DNA, a które są zawarte w żywności (np.: HCA) lub w naszym otoczeniu (jak plastiki, smog), a które również mogą wpływać na zdolności rozrodcze, immunologiczne lub metaboliczne.

Zatem wciąż wywierana jest presja środowiska na człowieka. Środowisko może indukowac zmiany w DNA, a może też różnicować możliwości przeżycia określonych puli genetycznych. Ewolucja trwa. Oczywiście, że oszukujemy ją, ile wlezie. Choćby dlatego, że partnerzy częstokroć są dobierani wg cech społecznych, a nie biologicznych. Rozrodczość też oszukujemy, ale chyba tylko seksmisja zatrzymałaby kwestie doboru. Choć też w to wątpię...

Znów w jakimś programie telewizyjnym naukowy celebryta rozwodził się, że człowiek będzie ewoluował w kierunku wyselekcjonowania osobników z nadmiernie rozwiniętymi kciukami (do klikania) i oczami (do gapienia się w ekran), z zanikiem jelit i nóg, bo jeść będziemy tylko gotowe pożywki i jeździć wózkami, seagwayami itp zamiast chodzenia. Hmmm... Oczywiście nie można wykluczyć takiego scenariusza, jeżeli takie cechy będą pożądane u partnerów seksualnych, albo przetrwają przez przypadek (np.: w wyniku efektu założyciela po wybuchu bomby), to mogą ulec utrwaleniu w populacji. Jednak moim zdaniem, presja ewolucyjna obecnie wywierana na człowieka przez środowisko kierunkuje nas na konieczność przetrwania w tym całym syfie, który naprodukowaliśmy, smogu, którym oddychamy, chemikaliami, które zjadamy i którymi się otaczamy. Zatem nie przeżyją najmądrzejsi, ani nie najszybsi, ani nie najładniejsi, ani nawet ci o najdłuższych kciukach. Przy toksycznej presji środowiska przetrwają i rozmnożą się te osobniki, które mają odpowiednie enzymy umożliwiające neutralizację, usunięcie lub naprawienie skutków ekspozycji na zanieczyszczenia i wszechobecne toksyny... albo te osoby, które będą miały fuksa i akurat będą w pobliżu bunkra...

No i widzicie, do czego doprowadziły małe słodziutkie wombaty. Do zupełnie luźnych rozważań o ewolucji naszego gatunku :)

A trufle - polecam! Dwa składniki, samo zdrowie :P
Smacznego! 

środa, 21 grudnia 2016

Jak co roku przed Świętami zapraszam Was do konkursu :)

Zadanie polega na odgadnięciu: ile fasolek jest w słoiku?

konkurs świąteczny, konkurs fasolkowy

Cały słoik jest wypełniony fasolą tak, że można go zamknąć i niczego poza fasolą w nim nie ma. Fasola została komisyjnie policzona, a liczba zapisana przez niezależnego jurora (Synusia ;))

Podczas trwania konkursu możecie zgadywać tyle razy, ile chcecie, ale proszę, każdą próbę umieśćcie w osobnym komentarzu. Można również udzielać odpowiedzi pod postem konkursowym na Fejsbuku.
Wygrywa osoba, która poda dokładną liczbę fasolek lub jej najbliższą. Jeżeli dwie osoby podadzą tę samą liczbę, obie dostaną nagrodę (w przypadku większej ilości trafień, spośród nich wylosuję dwie osoby).

Nagrodą tradycyjnie jest moja książka z dedykacją, a zwycięzca sam wybierze, czy chce otrzymać: "Pyszne chwasty", "Jadalne kwiaty", czy "Słodki sposób na alergię".

pyszne chwasty, jadalne kwiaty, słodki sposób na alergię, małgorzata kalemba-drożdż

Konkurs trwa do 06.01.2017 do godz. 23.59. Wyniki zostaną ogłoszone 07 stycznia w kolejnym wpisie.

Bardzo proszę o zgłoszenie się zwycięzcy na maila (pinkcake(a)gazeta.pl) w ciągu dwóch tygodni od ogłoszenia wyników w celu przekazania adresu do wysyłki (na terenie RP). W przypadku braku zgłoszenia, nagroda przechodzi na kolejną osobę, jeżeli druga osoba się nie zgłosi - nagroda przepadnie.

Miłej zabawy!
Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam spokojnych, radosnych Świąt oraz dużo zdrowia w Nowym Roku.
Gosia Kalemba-Drożdż

poniedziałek, 03 października 2016

Jeżeli macie ochotę na chwilę relaksu oraz na okazję, żeby się ze mnie pośmiać, to zapraszam do obejrzenia dwóch programów, w których ostatnio brałam udział jako autorka książek "Pyszne chwasty" i "Jadalne kwiaty".

maja w ogrodzie odc 607

Pierwszy to "Maja w ogrodzie" - w odcinku 607 (można go obejrzeć tutaj KLIK), w którym Maja Popielarska odwiedziła Ogrody Hortulus w czasie Festiwalu Kwiatów Jadalnych, gdzie byłam gościem specjalnym. O Festiwalu pisałam Wam już TUTAJ. A poza tym, jak niezwykłym wydarzeniem był sam Festiwal, muszę też przyznać, że to była prawdziwa przyjemność znów móc spotkać Maję, która jest przemiłą osobą i jej przesympatyczną ekipę (poprzednio przy okazji odcinka 473).

"W dobrym stylu" to program Małgosi Rozenek-Majdan, która zaprosiła mnie do piątego odcinka - już jest dostępny na playerze KLIK. Razem spacerowałyśmy wybierając dzikie rośliny, które następnie przerobiłyśmy na smakowite dania i fajne kosmetyki.

Przy okazji ślę cieplutkie pozdrowienia dla świetnej ekipy, która pracuje na planie i poza nim, żeby wszystko fajnie wyglądało :)  Odcinek można obejrzeć na kanale TVN Style 1.10 o 17.30. i na playerze.

Pozdrawiam serdecznie
Gosia 

środa, 10 sierpnia 2016

Po wpisie na temat roli ognia w rozwoju Homo sapiens (klik), usilnie namawialiście mnie, aby jeszcze rozprawić ze zdrowotnością samego gotowania (bo o smażeniu i pieczeniu, chyba było już dość). Zapraszam na garść przemyśleń.

Czy surowe pokarmy są zdrowsze niż gotowane?

surowe czy gotowane, raw or cooked, co jest zdrowsze ugotowane czy na surowo

Prawda wygląda tak, że pokarmy nie poddane obróbce termicznej powyżej 40 stopni zachowują wszystkie witaminy, które są nam niezbędnie potrzebne do życia. Nieprzetworzone warzywa zawierają więcej włókien błonnika, który dokładnie wymiata toksyny, metale ciężkie, kwasy żółciowe i cholesterol z naszych jelit. Surowe nasiona zawierają wielonienasycone kwasy tłuszczowe, które niestety utleniają się pod wpływem temperatury. Zatem nie prażąc ich – nie tracimy ich właściwości prozdrowotnych.  Witamina E, witamina C, i część witamin z grupy B są niezmiernie wrażliwe na ciepło i każda obróbka termiczna powoduje ich utratę grożąc nam przykrymi skutkami niedoborów. Surowy pokarm dostarcza mniej kalorii, stąd jest zabezpieczeniem przed otyłością - zmorą naszych czasów. 

Teraz możecie zapytać: no ale jak to? Przecież w ogniowym wpisie udowadniałam, że gotowane jedzenie jest potrzebne, że jest łatwiej przyswajalne i uzyskamy z niego więcej białka i prawdopodobnie właśnie dzięki niemu osiągnęliśmy sukces ewolucyjny oraz intelektualny (jako gatunek, niekoniecznie ma to przełożenie na jednostki...;)) 
Tak. I to jest prawda. Nasi przodkowie musieli walczyć z niedożywieniem, dlatego jedzenie pieczone i gotowane ułatwiało walkę z nim. Umożliwiło przetrwanie naszego gatunku i ewolucję mózgu. Ale gotowanie ma też swoją cenę, choć niższą niż tą, jaką musimy płacić za smażenie (odsyłam do wpisu: smak ognia).

Gotowanie ma takie konsekwencje, że ten sam pokarm zawierający węglowodany (skrobię, amylozę, pektyny) po ugotowaniu ma wyższy indeks glikemiczny niż na surowo. Gotowanie zapewnia pęcznienie skrobi, jej łańcuchy rozluźniają się, mogą też częściowo pękać i stają się łatwiej dostępne dla naszych enzymów trawiennych. Stąd trawienie gotowanego jest szybsze, a im łatwiej go trawimy, tym szybciej uzyskamy z niego glukozę, którą możemy wchłonąć do krwi. W chudych czasach to jest ogromna zaleta. Bo po niewielkiej porcji szybko regenerujemy zapasy glikogenu i jesteśmy gotowi do działania. Natomiast w czasach bogatych ma to negatywny wydźwięk, bo musimy uwalniać większe dawki insuliny i rośnie zagrożenie cukrzycą. Tak, to jest cena neolitu i ustanowienia skrobi podstawą wyżywienia. Tego negatywnego efektu próbują uniknąć wyznawcy diety paleo rezygnując z pokarmów skrobiowych.

Zauważcie, że produkty skrobiowe są podstawą wyżywienia niemal wszystkich społeczności. Od prymitywnych plemion Oceanii (przynajmniej jeszcze do niedawna takie były), po wysokorozwinięte cywilizacyjnie państwa, wszyscy jedzą skrobię: ziemniaki, pszenicę, proso, kasze, maniok, komosę, kukurydzę, ryż, bataty, banany, poi. Zaś dietetycy od dziesięcioleci nam wmawiali, że tak jest zdrowo (Cóż, nie jest zdrowo, ale trzeba być bardzo bogatym, by móc sobie pozwolić na unikanie skrobi – ale to znów inna historia). Ponownie wrócę tutaj do roli ognia i garnka w ewolucji człowieka (klik), bo wszystkie te produkty wymagają gotowania, lub roztarcia, zmieszania z wodą i upieczenia na kamieniu. Nie możemy się żywić surową mąką i ziarnami zbóż, bo są zbyt ciężkostrawne. Kwasy fitynowe w nich zawarte utrudniają wchłanianie mikroelementów, ale częściowo degradują pod wpływem temperatury. Zatem mamy kolejny plus dla gotowania: wzrost dostępności mikroelementów.

Wchłanialność mikroelementów po obróbce termicznej rośnie również dzięki temu, że pokarm staje się miększy. Łatwiej go przeżujemy, czym zwiększamy powierzchnię pokarmu dostępną dla trawienia. Frakcje błonnika zmiękną, mniej zmęczymy szczęki i jelita. To akurat łatwo obejść, i dokładne roztarcie (zmiksowanie) produktów też ułatwi pozyskanie mikroelementów. Co szczególnie się przydaje np. w przypadku nasion, co ludzkość wykorzystuje od tysięcy lat, a w przypadku liści od niedawna - przygotowując zielone koktajle. Chociaż znów trzeba uwzględnić, że wiele spośród mikroelementów występuje w postaci związanej z białkami, zatem, od strawienia protein będzie zależała biodostępność związków mineralnych. Ergo – ugotowane wchodzi łatwiej. Zwykłe zielsko staje się przyjemnie lekkostrawne, jeżeli wrzucimy je do zupy i możemy go zjeść więcej (zysk w mikroelementach i białkach) niż bylibyśmy w stanie zjeść na surowo. Spróbujcie zrobić takie doświadczenie na przykład na rukoli, jarmużu czy szpinaku - ile zielska dacie radę zjeść w kremowej zupie, ile w koktajlu, a ile w sałatce?

(Dygresja: podobno obecnie w dietetyce obciachem jest używanie określenia mikroelementy, a nawet i związki mineralne. Bardziej pożądane jest wyrażenie: "pierwiastki". Moim zdaniem nie ma powodu, by na siłę walczyć z tradycyjną nomenklaturą, a poza tym pierwiastki, o których mówimy, nie występują w formie atomowej czystych pierwiastków, tylko zawsze w związkach chemicznych, więc ta forma jest z gruntu nieprawdziwa. Niech ci będzie Jątek – ja zostaję przy mikroelementach, nawet jeśli to obciach.)

W przypadku niektórych pokarmów gotowanie jest wręcz koniecznością, jak np. roślin strączkowych czy ziemniaków, które na surowo są dla nas niejadalne. Podobnie wiele dzikich roślin po obgotowaniu traci drażniące właściwości i można je bezpiecznie zjeść.

Zdenaturowane mięso jest łatwiej przyswajalne niż surowe. Jego strawienie nie wymaga aż tak niskiego pH soku żołądkowego, jakie występuje u mięsożerców nieznających ognia. Ludy prymitywne zazwyczaj na surowo jadają jedynie tkanki miękkie zabitego zwierzęcia: wątrobę i krew. To zazwyczaj nagroda dla łowcy, resztę mięcha się wędzi, suszy i piecze, by starczyło na dłużej i dla całej osady. Pewnie, że można obejść denaturację termiczną i zastosować denaturację chemiczną np. marynując mięso w kwaśnej zalewie, ale to triki stosowane w nielicznych kulturach azjatyckich zazwyczaj w kontekście ryb, czyli najdelikatniejszego z mięs. Ale da się bez ognia? Da się. Surowe mięso jest dla nas zbyt twarde, nasze zęby go nie rozszarpią, szczęki nie przeżują - gotowanie omija ten kłopot. Choć np.: Indianie wymyślili patent z siodłem, ale to już czasy nowożytne, bo konie poznali dopiero po "odkryciu" Ameryki, więc w rozpatrywaniach ewolucyjnych się nie liczy :)

Ciekawym mięsem jest jajko, którego białka (w sensie przeźroczystej części) nie powinno się zjadać na surowo, ponieważ zawiera białko (w sensie proteiny) awidynę, która w sposób nieodwracalny wiąże witaminę H. Żeby jajka nie zabrały nam całej puli tej witaminy w posiłku, trzeba je najpierw zdenaturować. A jednocześnie ścięte żółtko staje się bardzo trudno strawne, więc lepiej je spożywać w formie płynnej lub przynajmniej kremowej (więc jajko na miękko lub molet jest najlepszym wyborem). 

Dawniej panował pogląd, że każdemu człowiekowi należy się przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie. Ciepłe jedzenie wcale nie jest zdrowsze, niż ugotowane i wystudzone jedzenie. Temperatura posiłku się przydaje w zimie, to oczywiste, że tak, przecież trzeba ułatwić sobie walkę z mrozem i zagrzać się również od środka. Ale kluczowym zagadnieniem o znaczeniu odżywczym jest nie sama temperatura podania, lecz fakt uprzedniej obróbki termicznej i zwiększenia przyswajalności składników pokarmowych. Ciepły pokarm ma pozytywne właściwości organoleptyczne. Lubimy ciepłe (przynajmniej większość ludzi lubi). Dlaczego więc nam smakuje? Smaki ciepłych pokarmów są bardziej intensywne, bo bodźce pochodzące wspólnie od różnych rodzajów receptorów (termicznych i chemicznych) są wzmacniane. Od tego tylko krok do nauczenia mózgu, że jeżeli jedzenie jest ciepłe, to znaczy że pokarm był ugotowany/upieczony i jest bardziej odżywczy. Lubisz ciepłe - wygrywasz w grze ewolucyjnej. Ale nawet ugotowane i wystudzone pokarmy mają swoją zaletę, np.: ziemniaki stają się źródłem opornej skrobi, która stymuluje wzrost bakterii jelitowych fermentujących do kwasu masłowego (butyrylobakterii). A kwas masłowy okazuje się czynnikiem zmniejszającym ryzyko nowotworów jelita grubego.

Negatywna strona obróbki termicznej ujawnia się natomiast w przypadku witamin. Nasz organizm potrzebuje tych związków, żeby w ogóle funkcjonować. Kiedy czytam, że dzięki witaminom ma się ładne paznokcie i cerę, nie wypadają włosy itd., to mam ochotę gryźć pazury i rwać włosy z głowy (polecam dietę cud:)). Biochemia dostarcza zupełnie inną perspektywę. Witamina C i E oraz flawonoidy są przeciwutleniaczami, wspólnie chronią nas przed wolnymi rodnikami i stanami zapalnymi. Witamina A jest składnikiem białka światłoczułego w komórkach siatkówki, więc zapewnia nam możliwość widzenia, ale też reguluje podziały komórkowe. Cała gama witamin z grupy B pełni funkcje koenzymatyczne. (Już wyjaśniam: Wszystkie reakcje metaboliczne, jakie zachodzą w naszym organizmie, przebiegają szybko i sprawnie dzięki specjalnym białkom – enzymom. Dla działania niektórych enzymów są potrzebne dodatkowe malutkie cząsteczki (koenzymy), żeby te reakcje w ogóle mogły zachodzić. Te malutkie cząstki powstają właśnie z witamin z grupy B.) Tiamina, ryboflawina, pirydoksyna, kwas pantotenowy, biotyna, nikotynamid, kwas foliowy, kobalamina – ich nazwy brzmią strasznie, ale są naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Potrzebujemy witamin, żeby nasze komórki mogły prawidłowo funkcjonować: uzyskiwać energię, gospodarować zasobami, bronić się przed toksynami, naprawiać uszkodzenia. Witaminy uczestniczą w kluczowych reakcjach metabolizmu. A komórki sprawne metabolicznie, to zdrowe ciało i sprawny umysł. Zdrowe i piękne ciało. Witaminy są składnikami naszego ciała, których nie potrafimy sami wyprodukować. Musimy je zjeść, a niestety one w większości źle znoszą temperaturę.

Dygresja: Wyjątkiem, który akurat całkiem nieźle znosi gotowanie, są karotenoidy (żółte, pomarańczowe i czerwone barwniki roślinne, które w większości dla nas są prekursorami witaminy A). W dodatku karotenoidy są łatwiej przyswajalne w towarzystwie tłuszczów (koniecznie!), więc w tym przypadku sos wygrywa z pomidorem. 

Nie tylko witaminy, ale też wielonienasycone kwasy tłuszczowe zawarte w ziarnach i orzechach bardzo nie lubią wysokiej temperatury. A niezbędne wielonienasycone kwasy tłuszczowe pełnią w naszym organizmie funkcje hormonalne regulując pracę układu krążenia i systemu odpornościowego: regulują przepuszczalność naczyń krwionośnych, lepkość krwinek, odpowiedzi immunologiczne, w tym alergiczne, oraz stany zapalne itd.

Z tych oto powodów tak ważne jest, żeby jeść surowe, nieprzetworzone termicznie pokarmy. Owoce, warzywa, orzechy i nasiona. I trzeba jeść ich dużo! Gotowane pożywienie to była, i nadal powinna być, tylko część diety hominidów, uzupełnienie jej. Surowy pokarm jest dla nas niezbędny, bo to on stanowił podstawę wyżywienia naszych przodków w czasach, kiedy kształtował się nasz gatunek. Surowe w naszej praprzeszłości było łatwo dostępne, rosło tuż pod ręką, więc nie musieliśmy wytwarzać mechanizmów nakazujących jego szukanie. Jedzenie surowego nie przyprawia nas o taką euforię jak jedzenie smażonego czy pieczonego, ale nie oszukamy biologii i potrzeb wynikających z fizjologii. Choć szczerze trzeba przyznać, że mocno próbujemy łykając tabletki z suplementami. Co zazwyczaj jest kompletnie pozbawione sensu, bo suplementy mają beznadziejnie niską przyswajalność i nigdy nie dostarczą nam wszystkich niezbędnych składników. (Z resztą ich funkcją miało być uzupełnianie diety w wyjątkowych przypadkach, a nie zastępowanie zdrowej żywności na stałe. Tylko jakoś o tym zapominamy...)

Minus surowego pokarmu to trudność jego trawienia. Problemy z surowym pokarmem dotykają przede wszystkim osób z dysfunkcjami układu pokarmowego. Dotyczy to dzieci, których układ pokarmowy jest jeszcze niedojrzały i nie funkcjonuje sprawnie. Pierwsze pokarmy, które podajemy dzieciom po diecie czysto mlecznej, to zupki. Przypadek? Niestety brakuje narzędzi do oceny, kiedy matki przestały podawać dzieciom pokarm przez nie wstępnie przeżuty na rzecz pokarmu ugotowanego. Czy to miało wpływ na rozwój gatunku?
Odejście od surowizny obserwujemy też w przypadku osób starszych, których organizm już nie działa prawidłowo. Ciężko też na samym zimnym pokarmie przetrwać srogą kilkumiesięczną zimę, choćby z tego powodu, że nic zimą nie rośnie i jesteśmy zdani na zapasy i przetwory (dawniej głównie suszone, wędzone lub fermentowane)... Surowego unikają też osoby ze schorowanym żołądkiem, wątrobą, nerkami, trzustką... (Ale ile z tych osób choruje dlatego, że unikało surowych warzyw?... Tak na marginesie, czy Wy też odnosicie czasem takie wrażenie, że tradycyjna polska dieta oparta na bułach i smażonym mięsie jest wprost idealnie skomponowana dla rozwoju firm farmaceutycznych?)

Dieta RAW nie jest najlepszą z diet, bo utrudnia zdobywanie białka i energii. Brak gotowania wyklucza z diety szereg przydatnych produktów, jak choćby rośliny strączkowe, i zazwyczaj wiąże się z rezygnacją z jedzenia jajek i mięsa ponieważ RAW upodobali sobie weganie (o witaminie B12 jest tutaj KLIK). Spokojnie mogą sobie na RAW pozwolić osoby chcące zrzucić nadmiar ciała i które niewiele się ruszają. Natomiast karmiącej naturalnie kobiecie, czy osobie ciężko pracującej fizycznie będzie raczej ciężko wytrzymać na samej surowiźnie. Po prostu na wege-RAW ciężko nadążyć z zapotrzebowaniem białkowo-kalorycznym. Bo gotowanie to duży plus dla dzieci, osób starszych i niedożywionych. Jednakże niejedzenie surowych warzyw jest dla zdrowia jeszcze gorsze, bo ogranicza nasze zdolności metaboliczne, przeciwutleniające, naprawcze i detoksyfikacyjne na skutek braku witamin, błonnika, kwasów tłuszczowych wielonienasyconych.

Podsumowując wątek:
Czy gotowane jest zdrowsze niż surowe? Niekoniecznie, ale jest bardzo przydatne.
Czy surowe jest zdrowsze niż gotowane? Zazwyczaj tak, ale ciężko na nim wyżyć
.
Jak zwykle prawda i zdrowie, leżą w równowadze: dużo surowego, trochę gotowanego, a smażonego jak najmniej! No i nie zapominajmy o kiszonym! Kiszonego też potrzebujemy :)

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24