|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BARDZO WAŻNE! Wszystkie zdjęcia są moją własnością i nie zgadzam się na ich kopiowanie bez mojej zgody. Jeżeli skorzystasz z mojego przepisu, podaj źródło, a mnie zostaw komentarz, czy smakowało:)
Moje strony
Najlepsze - bez jaj
Napisz do mnie:
Linki kulinarne
Ozdabianie ciast
Tagi
|
Wpisy z tagiem: jajka
sobota, 19 maja 2012
Ostatnio W poprosił mnie o upieczenie muffinek na imieniny, z jajkami, masłem itd... Ale w międzyczasie się pokłóciliśmy, więc nic dziwnego, że babeczki się mi kompletnie nie udały. (Tak szczerze mówiąc to zapomniałam dodać sody:P Ale to nasuwa mi przemyślenie, że skoro jajka nie wystarczą do upieczenia pulchnych muffinków, to już lepiej piec bez nich;) Oszczędność cholesterolu i energii, bo bezjajeczne krócej się pieką:)) Postanowiłam przerobić te nieudane muffinki na gnieciuchy czyli bajaderki vel ziemniaczki, a skoro w między czasie się pogodziliśmy to i nie dziwota, że wyszły wspaniale;) O bajaderkach miałam tylko mętne przekonanie, że to rodzaj utylizacji zapleśniałych resztek w cukierniach:/ Wiedziałam, że powinno się do nich dodać dżem i masło. Zrobiłam więc szybką przebieżkę po blogach i dowiedziałam się jeszcze o bakaliach, alkoholu i mleku. No dobra, pozbierałam co miałam w lodówce i zrobiłam pierwsze w życiu ziemniaczki.
Gnieciuchy, bajaderki, ziemniaczki czy jak je tam?... porcja czekoladowych muffinek (czyli około 750 g) Muffinki rozgnieść widelcem. Zagrzać mleko z masłem do jego rozpuszczenia. Wymieszać z muffinkowymi okruszkami, konfiturą, cukrem, bakaliami i whisky. Zagnieść na jednolitą masę. Formować kuli z porcji nabranej łyżeczką i obtoczyć w orzechach lub wiórkach kokosowych. Wstawić do lodówki do stężenia. Wyszło mi 30 sztuk.
Choć jest to wyrób na mleku i jajkach, jest w sumie łatwy do przerobienia dla alergików. Trzeba tylko zastąpić mleko krowie - kozim lub owsianym, a masło - margaryną lub masłem kokosowym. W wersji dla dzieci oczywiście alkohol trzeba by zastąpić mlekiem. No i trzeba by mieć porcję nieudanych muffinek bezjajecznych, co jest raczej nie możliwe, bo jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby nie wyszły :D P.S. A chrupiące paczuszki trafią do pań: Wybrałam jedyną słuszna metodą, tzn karteczkami z wypisanymi imionami losowanymi przez niepiśmienne dziecię. Ponieważ miałam wybrać jedną, która mi się najbardziej podobała, oczywiście nie umiałam się zdecydować. Więc spośród 4 komentarzy, które mi się najbardziej podobały wylosowałyśmy 1, a pozostałe 3 trafiły z powrotem do puli. Poproszę o przesłanie adresów do wysyłki na maila: pinkcake()gazeta.pl Będę czekać tydzień, jeżeli ktoś się nie zgłosi, to wylosuję następną osobę.
sobota, 28 kwietnia 2012
Szykujecie się pewnie na długi weekend, a właściwie na długi week majowy. Rozglądajcie się bacznie, bo wszędzie można znaleźć pyszne kwiatuszki;)
Stokrotkowy omlet 2-3 jajka (lub 8 przepiórczych;)) Na patelni rozgrzać masło (lub oliwę) i poddusić na nim stokrotkowe listki i posiekaną cebulkę. Jajka roztrzepać w miseczce z solą i pieprzem. Wylać masę jajeczną na patelnię, dorzucić pokrojone pomidory i stokrotki. Smażyć na małym ogniu, aż jajka się zetną.
Takie śliczne, że szkoda ich nie zjeść;) A przy okazji bardzo proszę: oddajcie swój głos :) Udanej majówki!
sobota, 14 kwietnia 2012
Muszę przyznać, że listki fiołka smakują wybornie. Przypominają mi nieco roszponkę, choć są mniej orzechowe, a bardziej słodkie i dużo delikatniejsze. Smakują mi też o niebo bardziej niż liście stokrotek, a szpinak to ma się do nich jak drezyna do ferrari. W dodatku są niezmiernie zasobne w witaminę C. Jako napar hebaciany, liście fiołka są mdłe, jednak na surowo są bardzo apetyczne. Świeżo zebrane młode liście fiołka wonnego trzeba opłukać i osuszyć. Dodać ugotowane na twardo jajko (kurze lub przepiórcze) oraz posiekaną młodą dymkę. Polać oliwą i odrobiną soku z cytryny. Na okrasę dodać nieco kwiatów fiołka, soli morskiej i pieprzu. Mmmmmmm.... Wyborne śniadanko:) Dodaję do Zielnika, Jadalnych roślin i Kwiatożerców:
niedziela, 25 marca 2012
Podobnie jak Wy, ja też po naszej Zielonej zabawie nabrałam zielonego rozpędu;)
Sałata jako łąka, kukurydza jako żwirek, pomidory, papryka i jajka jako kwiatki, kalafior jako zarośla i ogórek jako gadzina z marchewkowym ozorem.
Krokodyle bardzo lubię, ich idea pochodzi z Kuchni Pełnej Cudów, są proste do zrobienia. Niestety powtarzam się, ja nie mam takiego zacięcia i wyobraźni jak Kinga, która ma mnóstwo prześwietnych pomysłów jak z jedzenia stworzyć cuda! Zajrzyjcie do niej koniecznie:)
poniedziałek, 19 marca 2012
Podczas gdy Wy świetnie się bawicie w zielone (bardzo mi miło:)), ja cały weekend spędziłam w pracy i padam na pysk. Jednak żeby nie odpaść z powszechnej zieloności wygrzebałam zdjęcie jeszcze z przed przeprowadzki i z czasów przedMamutkowych, pysznej zielonej sałatki obiadowej. A przypominam, że osoby, które nie wyrobią się dziś z dodaniem wpisu, mogą przysłać mi linki do swoich dań na pinkcajkowego maila;)
Brokuły, awokado, zielony ogórek strugany wzdłuż, listek sałaty lodowej, orzechy i jajka (teraz użyłabym przepiórczych), trochę oliwy i gotowa pyszna alternatywa dla zupy. Bardzo dziękuję za Wasz udział w Zielono mi... A brokuły to subtelne nawiązanie do zbliżającej się...
czwartek, 23 czerwca 2011
Coś dla nie uczulonych na nabiał:) Dekorację z różowych serduszek okalających sernik podpatrzyłam w zeszłym roku u Natalii - genialny pomysł:) Sernik na zimno z galaretką z płatków róży Spód: Masa: Galaretka: Herbatnikami wyłożyłam ciasno tortownicę. Masło zmiksowałam z połową cukru. Żółtka, które dałam wyłącznie dlatego, że nie miałam co z nimi zrobić, ubiłam na parze z drugą połową curku. Połączyłam masło z żółtkami, wanilią i po trochu dodawałam ser. Żelatynę rozpuściłam w mleku i wystudzoną zmiksowałam z masą serową. Wyłożyłam ser łyżką na herbatniki cieniutką warstwą i wstawiłam do lodówki. Potem dolałam resztę sera. Z płatków róży pomarszczonej (fałdzistolistnej) powybierałam najładniejsze i schowałam do lodówki, a resztę zalałam gorącą wodą i odstawiłam do wystudzenia. Przecedziłam, dodałam cukier i cytrynę. Żelatynę rozpuściłam w łyżce wody i połączyłam z różami. Wylałam na zastygnięty ser. Następnego dnia wyciągnęłam z tortownicy i obłożyłam płatkami róż.
Tylko dlaczego tak musi zawsze być, że jak sobie coś zaplanuję ekstraśnego, to słońce znika i nie mam światła do zdjęć? Ech...
wtorek, 17 maja 2011
Chociaż W nie cierpi takich imprez, to nacisk opinii publicznej jest zbyt duży i w końcu musiał urządzić w pracy imieniny. W sumie to połaczone z pępkowym:P A ja za głośno nie marudziłam na konieczność pieczenia mu ciasta, ponieważ nie zamierzam przegapić okazji do upieczenia czegoś z dużą ilością bitej śmietany;) Na codzień nie bardzo sobie mogę na to pozwolić, no bo kto by to zjadł? Poza tym duża blacha też wpada w depresję, że niepotrzebna, odrzucona... Ograniczyłam się więc tylko do cichego burknięcia: "A co to moje imieniny?" i zabrałam się za obmyślanie przepisu, który by wszystkim smakował;) Ciasto karmelowo-kawowe Ciasto: 3 szklanki mąki Wszystkie składniki wymieszać łychą, wylać na dużą blachę wyłożoną papierem, piec w 180°C przez ok 40 minut. Przełożenie: 250 ml śmietany kremówki Śmietanę ubić ale nie na całkiem sztywno. Dodać masę karmelową i ubić do połączenia się mas. Wierzch: 250 ml śmietany kremówki Ubić śmietanę z symboliczną ilością cukru, bo pierwsza masa wprost zabija słodkością. Na ponczowanie użyłam gorzkiej kawy z łyżeczką ektraktu waniliowego. A na wierzch nożem zeskrobałam gorzką czekoladę. Wyobraźcie sobie, że mój kochany Mąż nie zapomniał przynieść mi malusieńkiego kawałka ciasta, którym wszyscy w pracy się zachwycali, żebym wiedziała, co narobiłam;)
wtorek, 10 maja 2011
Córcia oglądała jakąś dobranockę, w której dzieci piekły ciasto marchewkowe i natychmiast przybiegła, że ona też chce. Jednak okazało się, że marchewki nie starczy na całą dużą blachę, żeby wykorzystać mój wypracowany przepis, a poza tym w domu nie ma mąki. Phi, dla chcącego nic trudnego, marchewki uzbierała się pełna szklanka i miałam zakitraszoną mąkę gryczaną. I tak powstało ciasto. Chyba najlepsze marchewkowe ciasto jakie jadłam;)
Gryczane ciasto marchewkowe 1 szklanka tartej marchewki (na drobnych oczkach, ale nie na miazgę) Jajka ubić z cukrem, dodać olej. Marchewkę zmieszać z sypkimi i połączyć z jajkami. Wylać na blaszkę 20x20 cm wyłożoną papierem i piec w 180 °C przez 25-30 minut. Rozchodzący się w czasie pieczenia zapach działał na mnie bez mała tak, jak woń Belli na Edwarda;) Omal nie wgryzłam się w piekarnik! Nic na to nie poradzę - uwielbiam grykę i ubóstwiam marchewkę. Na dodatek to uwielbienie jest dziedziczne, więc z Córcią nie pozwoliłyśmy by ciasto zbyt długo leżało :P Ale co tam, Tatuś też się załapał:) A kto potrzebuje wegańskie ciasto machewkowe, to zapraszam po przepis tutaj.
sobota, 09 kwietnia 2011
- Kto ty jesteś? Nie mogłam się powstrzymać:) Z okazji Waniliowego weekendu dam Wam odpocząć od kwiatków;) Baczny obserwator zauważy, że w Trochę Innej Cukierni przepisy bez jajek przeplatają się z jajecznymi. Już żegnałam się z alergią na jaja, jednak po francowatym szczepieniu na odrę objawy wróciły i długo trwał powrót do tego, co już raz udało się osiągnąć. Po pierwsze moje dziecko uczulają wyłącznie żółtka. Dlatego też denerwuje mnie gadanie, że przy alergii na jajka, można jeść żółtka, bo uczulają wyłącznie białka. A guzik! U nas jest odwrotnie, więc ja tylko mogę poradzić: sprawdźcie sami. Tymczasem po okresie całkowitego odstawienia jaj, wysypka uczuleniowa raz była, raz jej nie było i długo mi zajęło rozszyfrowanie przyczyn. Okazało się, że Córcię obsypuje po zjedzeniu żółtek, ale tylko w towarzystwie kotów. No, kota można dostać! Kocia sierść zazwyczaj nie wywołuje u niej żadnych przykrych dolegliwości, jajka już też w zasadzie nie, ale jeśli zjadła jajko i jednocześnie, trochę wcześniej lub trochę później dotykała kota, to skóra jak tarka gwarantowana :/ W zasadzie mogę z dużym prawdopodobieństwem określić, kiedy Córcia będzie się widziała z jakimś kotem. Czemu więc ciągle piekę bez jajek? Ano z przyzwyczajenia:) Ciastom bez jajek niczego nie brakuje, więc sobie przeplatam w zależności od tego, czy akurat w domu są jaja, czy też nie;) A mleko? Krów dalej nie lubimy... A dziś chyba już ostatnia zaległa propozycja urodzinowa. Absolutnie przepyszne muffinki! Babeczki waniliowo-cytrynowe na białkach 1,5 szklanki mąki Suche składniki zmieszać, dolać płynne, wymieszać. Przelać do papilotek. Piekłam ok. 25 minut w 180°C. Papilotki samostojące (dzięki Poleczko:)) ustawiłam zbyt blisko siebie i niektóre babeczki rosnąc się połączyły, ale w smaku absolutnie genialne:)
niedziela, 20 marca 2011
Nie za bardzo rozumiem, czemu Zielono mi zniknęło z Durszlaka, ale w każdym razie zabawa nadal trwa i dzisiejsze wpisy prześlijcie mi po prostu na maila. Chyba podobnie jak w zeszłym roku nasze zaklinanie wiosny przynosi rezultaty;) Mnie się strasznie marzyły wypieki z pandanem, jakie pokazywała np.: Komarka czy Szarlotek, jednakże pandan dostępny w Polsce jest farbowany tartazyną i żółcienią chinolinową - błeee! Skoro się upieram, żeby nie kupować sztucznie farbowanej żywności, to tym badziej nie będę jej farbować sama, więc taki "pandan" dla mnie odpada. W końcu jednak poszłam po rozum do głowy i się chwilę zastanowiłam (myślenie w końcu nie boli;)). Pandan jest zielony, pandan to roślina, rośliny są zielone dzięki chlorofilowi, a chlorofil to przecież ja mam! Uznałam, że upiekę muffinki po prostu z dodatkiem chlorofilu, czyli naturalnego zielonego barwnika. Skoro zielenina z pandanu wytrzymuje pieczenie, to i wizolowana zielenina też powinna.
Muffinki wyszły przepyszne (chlorofil nie zmienia smaku), chociaż wszyscy goście i domownicy mieli pewne obawy z sięgnięciem po pierwszą;) W sumie nie zdziwiło mnie pytanie, czy przypadkiem nie zrobiłam ich z brokułów :D Naturalnie zielone muffinki waniliowe 2 szklanki mąki Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać. Nałożyć do papilotek, piec ok. 25 minut w 180°C do suchego patyczka. Przed podaniem namalowałam jeszcze kwiatuszki;)
Jedną zieloną babeczkę oderwałam sobie od ust, żeby zrobić jej zdjęcie w dziennym świetle. I w końcu wyszło słońce! Zmrok i flesh nieco przekłamują kolory, a ta zieleń byla taka śliczna:)
Ach, jak mi zielono! :)
piątek, 18 lutego 2011
W zimie róże nie kwitną. Zimą róże śpią. Ale ich aromat tylko leciutko drzemie zamknięty w słoikach. Wystarczy odkręcić nakrętkę, zamknąć oczy i głęboko westchnąć, by przenieść się w krainę wonnych ogrodów i brzęczenia pszczół...
Potrzebowałam ciasta na skromne spotkanie przy herbacie: prostego lecz ciekawego. Serniko-brownie - vel czekosernik, który przecież dobrze znacie - zrobiłam w mojej odsłodzonej wersji (nieco mniej radykalnej niż wg własnego gustu), lecz wzbogaciłam tym razem smakiem róży. Różana konfitura uatrakcyjniła, i tak doskonały, smak ciasta nadając mu lekko cierpkich akordów, eleganckiego aromatu i kwiatowej słodyczy. Takie moje skromne kwiatowe czary... :) Sernikobrownie z konfiturą różaną 2 tabliczki gorzkiej czekolady Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić. Masło ubić z 3 jajkami i brązowym cukrem, zmiksować z czekoladą i mąką. 3/4 masy rozsmarować po blaszce 20x20 cm wyłożonej papierem. Utrzeć ser z cukrem i 2 jajkami. Wylać masę serową na masę czekoladową. Przykryć resztą masy czekoladowej pomiędzy nią nakładając równomiernie porcje konfitury różanej. Piec w temperaturze 170ºC przez 50 minut. Studzić w otwartym piekarniku.
Różany sok spod płatków wciekł pomiędzy warstwy sera tworząc pokłady absolutnie nieziemskiej rudy różanej esencji. Słodkie smużki lata w samym sercu lutej zimy. Krótko mówiąc: NIEBO W GĘBIE! Różane serniko-brownie to moja propozycja na Czekoladowy Weekend, który darzę ogromnym sentymentem. I pozdrawiam serdecznie wszystkich Kwiatożerców;) To już naprawdę niedługo!
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Makaroniki to podobno hit sezonu;) Ale nie jestem pewna, kto to ustala:P
Poprzednio makaroniki mi nie wyszły. Podobno są strasznie trudne do upieczenia i wdepnęłam sobie sama na ambicję, żeby jednak je upiec tak, jak powinny wyglądać. I wyszły. Wcale nie są takie uciążliwe do zrobienia, jeżeli tylko doda się wymaganą ilość cukru, czego nie zrobiłam poprzednio. Jeszcze musiałbym popracować nad ich wielkością, bo w większości zrobiłam je zdecydowanie za duże;) ok 100 g białek (3 sztuki) Białka należy podsuszyć, ja zbierałam pojedyncze białka i zostawiałam je w lodówce w miseczce (najdłużej jedno czekało 4 dni), a potem wyjęłam rano i zostawiłam na stole. Migdałów nie mieliłam dodatkowo, tylko połączyłam z przesianym cukrem pudrem. Białka ubiłam na sztywną pianę ze szczyptą soli, dodając pod koniec drobny cukier. Do piany trzeba wsypać migdały z cukrem pudrem i pomieszać łyżką tylko tyle, żeby się połączyły. Nakładać krążki masy na blachę wyłożoną papierem. Niepotrzebnie zaczęłam ją maltretować workiem cukierniczym, o wiele lepiej nakładało mi się po prostu szprycą bez założonej końcówki, co polecam. Przygotowane blachy odstawić na 1 godzinę do obeschnięcia. Piec w piekarniku nagrzanym do 160°C przez 12-15 minut. Odstawić do wystygnięcia i dopiero wtedy ściągać. Można przekładać dowolnymi masami, przecierem z róży, czekoladą, nutellą etc. Ale wiecie co? Wcale mi te makaroniki nie smakowały, wolałam takie jak wtedy. To po prostu upieczony lukier! Jedzenie tak potwornie słodkich ciastek nie sprawia mi wcale przyjemności. Po jednym miałam dość. Kiedy cukier atakuje układ nerwowy, nie ma czasu na rokoszowanie się smakiem, wydobywaniem subtelnych migdałowych akordów. A skleić te ciasteczka jeszcze czymś słodkim? - to już można paść na miejscu. Przełożyłam tylko kilka sztuk niskocukrowym przecierem różanym. Taaa, makaroniki... Równie dobrze mogłabym sobie pochrupać cukier w kostkach, a wg mnie nie o to chodzi.
Umiem, wiem jak je zrobić, wyszły, przypuszczalnie nigdy już do nich nie wrócę. Ale co róża, to róża :D
piątek, 14 stycznia 2011
To ciasto już kiedyś piekłam, jednak przepis okazał się źle przetłumaczony albo cóś. UWAGA! Królowa Elżbieta Matka wyraziła życzenie, aby przepis na jej ulubione ciasto był sprzedawany w celach charytatywnych, absolutnie nie dawany za darmo. Więc jeżeli chcecie korzystać z poniższego przepisu to pamiętajcie o złożeniu datku na jakiś pożyteczny cel:) Do posiadanego przepisu wprowadziłam zmiany, bo tamto ciasto było za suche, no i nie wyobrażam sobie jedzenia czegoś tak potwornie słodkiego! Do pieczenia użyłam cudownego nierafinowanego dark muscovado z uprawy ekologicznej fair trade, w który - za żałośnie niską cenę - zaopatrzyłam się podczas Mikołajkowych wyprzedaży. Mam tylko nadzieję, że cukier był fair równiez wobec mnie i wszystko, co zostało na nim napisane, jest prawdą:/ A ponieważ w tym czasie niemal w każdym sklepie napotykałam wyprzedaże, to mam zapas ciemnego cukru na jakieś 8 miesięcy;) Ulubione ciasto Królowej Matki - daktylowo-orzechowe 227 g daktyli bez pestek Posiekane daktyle zalać gorąca wodą z sodą. Kiedy się rozmoczą i wystygną - zmiksować wraz z płynem. Zmiksować resztę składników, dodać zmiksowane daktyle i dokładnie połączyć. Wylać na blaszkę 20x20 cm wyłożoną papierem. Piekłam 25 minut (zamiast 40 ale może w keksówce piekłoby się dłużej). Gorące ciasto posypałam orzechami i polałam polewą. Wstawiłam do wystudzenia w uchylonym piekarniku. To prawda, że ciasto jest najlepsze dopiero następnego dnia. I jest naprawdę pyszne. Mocno mulaste, ale jednak nie potwornie ciężkie, okropnie słodkie ale ma niezaprzeczalny uzależniający urok. Przy czym pilnowałam, żeby dzieci nie dostały brzegów, gdzie ściekło najwięcej polewy;)
poniedziałek, 22 listopada 2010
Czyli lepiej zjeść, niż zostać zjedzonym.
Ogólny zamysł został podrzucony na GP w okropnym wątku, lecz moje wykonanie jest diametralnie inne, bo minimalistyczne: bez masy cukrowej lub czekolady plastycznej, więc jakość też wyszła niestety minimalistyczna:/ Ciasto czekoladowe - odradzam biszkopt, bo nie udźwignie wykrojenia paszczy - lepiej murzynek lub zwykłe czekoladowe ciasto ucierane. Przełożenie zrobiłam z konfitury wiśniowej, bo jakoś nikt nie miał ochoty na ciężkie torcisko. Na wierzchu miała być po prostu polewa z gorzkiej czekolady, ale niestety garnuszek z czekoladą wpadł mi do kąpieli, nad którą miała się roztapiać:/ W związku z tym odlałam wody, ile się dało, dodałam łyżeczkę cukru pudru, sporo ekstraktu waniliowego i oleju, po czym rozkręciłam na coś w rodzaju masy, którą następnie wycisnęłam z końskiej strzykawki formując loczki. Oczy, zęby, jęzor to marcepan z dodatkiem czerwieni buraczanej lub kakao. Marcepan okazał się strasznie suchy, więc w czasie zagniatania dolałam ciapkę oleju i soku z cytryny. Do tego jeszcze był las świeczek...
środa, 20 października 2010
Chciałam Wam przypomnieć, iż w październiku to ja gospodarzę Weekendowej Cukierni:) Cieszę się bardzo, że już tak wiele osób zdecydowało się na rogaliki marchewkowe. Prawda, że są niesamowicie piękne, prościutkie i pyszne? Na ciasto buraczane odważyła się na razie tylko jedna osoba;) Ale jedna Wiosenka wiosny nie czyni. Teraz ja się za nie wzięłam. Ale wiecie co? Nie ma się czego bać. To po prostu mocno czekoladowe ciasto, buraka wcale nie czuć. Wcale a wcale! Takie brownie tylko zamiast kostki masła dajecie buraka;) Jednak muszę zweryfikować nieco oryginalny przepis. Czekoladowe ciasto buraczane z moimi modyfikacjami Na polewę: Wykonanie ciasta: Jajka ubić z cukrem i olejem do uzyskania kremowej masy. Następnie delikatnie połączyć masę jajeczną z ekstraktem waniliowym, przesianą mąką, sodą, proszkiem do pieczenia i mielonymi migdałami. Ze startych buraków odcisnąć nadmiar soku (lepiej za bardzo się do tego nie przykładać lub całkiem olać:)). Dodać je do ciasta wraz z roztopioną czekoladą i dokładnie wymieszać. Przełożyć masę do blaszki lub tortownicy (22 cm - to stanowczo za duża forma, sugeruję mniejszą np keksówkę) z dnem wyłożonym papierem i piec w piekarniku nagrzanym do 180°C przez 50-60 minut do suchego patyczka. Ja piekłam tylko 40 i już miało stanowczo dość, ale miałam płaską formę, więc trzeba po prostu pilnować. Jeżeli ciasto zbytnio się rumieni od góry, można je przykryć folią aluminiową. Mnie się "zrumieniło" od spodu;) Upieczone ciasto odstawić na chwilę, po czym wyjąć z formy i ostudzić na kratce.
Naprawdę fajne ciasto czekoladowe. Osobiście wolałabym coś bardziej buraczanego;P Jak np moje buraczkowe:D Ale i tak jest to smaczne ciasto i do tego bardzo baaardzo czekoladowe, więc spokojnie możecie je piec.
poniedziałek, 20 września 2010
Nie wiedziałam, co mi z tego wyjdzie, ale postanowiłam zużyć MOJĄ WŁASNĄ cukinię i kwiaty, które na potęgę kwitną pomimo niskich temperatur, a już mi się nieco przejadły smażone zarówno kwiaty jak i placki cukiniowe. Myrdu-myrdu, a coś na pewno wyjdzie. Najwyżej zakalec :P 1,5 szklanki mąki 3 kwiaty cukinii (chłopięce) Orzechy posiekałam raczej grubo. Wszystko pomieszałam, przelałam do kwadratowej formy, na wierzch powciskałam płatki kwiatów cukinii. Piekłam około 45 minut w 180°C. Bardzo dobre było:) Ale koniecznie jeszcze muszę kiedyś wrócić do zeszłorocznego przepisu na orzechowe ciasto cukiniowe, bo tamto ciasto wprost powaliło mnie z nóg.
środa, 01 września 2010
Pierwszy dzień w przedszkolu minął a ja już jestem wkurzona. Okazuje się, że będzie jeszcze gorzej niż w zeszłym roku. Pani Dyrektor zakazała noszenia zupki w termosie bo "sanepid, kręcił nosem" oraz soków w butelce. Zupy jeszcze mogę zrozumieć, ale na pytanie: co sanepid ma do zarzucenia hermetycznie zamkniętemu sokowi w butelce, odpowiedziała, że przecież powinien być trzymany w lodówce (Litości!). Ponadto sanepid szczególnie miał zarzuty do jogurtów stojących na blacie. Ale czyje to były jogurty, skoro Córcia takowych nie może jeść? Najwidoczniej obrywamy za wygłodniałe nauczycielki... Tak więc zgodnie z wytycznymi dyrekcji do przedszkola będziemy nosić dwa pojemniki z kanapkami i dziecko będzie cały dzień o suchym pysku. Trzymajcie mnie, bo będę bić i gryźć! A tymczasem w ramach odstresowania zapraszam na muffinki z cukinii i marchewek. Ciasta warzywne to żadna nowość:) Piekłam już marchewkowe, buraczkowe, ziemniaczane, dyniowe, cukiniowe, wielowarzywne. Naszła mnie ochota na zużycie resztek cukinii i zrobienie z niej muffinek bezjajecznych, takich jak w zeszłym roku, ale w końcu zdecydowałam się na upieczenie z ciasta z jajkami. W dodatku okazało się, że resztka cukinii jest zdecydowanie za mała na sensowne pieczenie, więc dołożyłam marchewki i powstały babeczki z cukinii i marchewki;) A już ze mnie taka beznadziejna gospodyni, że brałam się za pieczenie a w domu nie miałam dość zwykłej mąki. Więc uzupełniłam braki domielając kaszę gryczaną w blenderze;)
1 szklanka startej cukinii i marchewki orzechy laskowe i włoskie Białka ubiłam z połową cukru, dodałam żółtka. Warzywa zmieszałam ze składnikami sypkimi i olejem. Dodałam posiekane orzechy laskowe. Połączyłam z jajkami i nałożyłam do papilotek. Na wierzchu ułożyłam połówkę orzecha włoskiego. Piekłam w 180°C przez ok. 25 minut (do suchego patyczka).
Ale wiecie co? Mam wrażenie, że ciasta bez jajek są lżejsze;) Musze znowu takie upiec!
czwartek, 19 sierpnia 2010
Oto deser dla zaawansowanych i zapalonych kwiatożerców:) Gdyby zobaczyła go pewna primabalerina prychnęłaby jeno na nowozelnadzkie czy też australijskie (bo ciągle się kłócą, kto był pierwszy) truskawki. W końcu kwiaty są bardziej eteryczne niż owoce:) Torcik Pavlova z jadalnymi kwiatami begonii 4 białka kwiaty begonii wiecznie kwitnącej (zużyłam ok. 30 sztuk, czyli z dwóch dorodnych krzaczków) Białka ubiłam na sztywno, pod koniec ubijania dodając cukier. Wyłożyłam pianę (oj warto zainwestować w szprycę) w kształt koła na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. (Z części zrobiłam kilka małych bezików, dla Córci). Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180°C i od razu przestawiłam temperaturę na 120°C. Piekłam ok. 1,5 godziny i studziłam bezę w uchylonym piekarniku. Potem jeszcze dosuszałam w 80°C, ponieważ chciałam, żeby beza była solidnie sucha. Śmietanę ubiłam z cukrem pudrem i wanilią. Nałożyłam na ostudzoną bezę i obłożyłam begoniami. Begonie są cudownie kwaśne, jak cytryny, więc doskonale równoważą słodycz bezy i śmietany. Są też fajnie chrupiące. I wspaniale kontrastują kolorystycznie z paterą mojej Teściowej;) Z tym przepisem Was zostawiam i życzę udanego gotowania, kiedy ja będę leniuchować:) Buziaki!
czwartek, 05 sierpnia 2010
W prosił o ciasto. Takie zwykłe z owocami. Uznałam, że może warto zrobić ciasto na jajkach, bo dawno nie robiłam żadnej lekkiej próby prowokacji na żółtka. Jednak nie znałam żadnego przepisu na ucierane ciasto na oleju, bo w lodówce miałam tylko 2 łyżki margaryny, więc nie wchodziła w rachubę. Przegrzebałam internet i żadne ze znalezionych ciast mi się nie spodobało. W dodatku miałam ochotę na owsianą kruszonkę. Zazwyczaj w cieście bez jajek, dodając jajko zastępowałam nim olej i na odwrót. A co jeśli jajkiem zastąpię mleko? Pokombinowałam i wyszło mi przepyszne leciutkie ciasto ucierane na oleju, ale W... W był niezadowolony. Bardzo niezadowolony. Ech! A najlepsze jest to, że każda uwaga padała po kolejnym kawałku ciasta i tak grymasząc i utyskując W zjadł 3/4 ciasta. Wg mnie ciasto wyszło pyszne. A ta kruszonka świetnie pasowała. Polecam bardzo! :) 1,5 szklanki mąki ok. 400 g wiśni 2 łyżki migdałów Wiśnie wydrylować - ja przekrawałam każdą na pół i z takich wyciągałam pestki. Zostawić na sitku do odcieknięcia. Na prawdę bardzo smaczne ciasto, ale następnym razem dla W zrobię bez kruszonki. Nie udał mi się tym razem owsiany przemyt... Córcia zjadła jeden kawałek i jej nie obsypało, więc nie jest źle;) Ale nie będę się rozpędzać.
sobota, 24 lipca 2010
Muffinki z wiśniami pieczone tym samym sposobem co babeczki z borówkami ale tych jakoś nie wybrzuszyło ;)
1,5 szklanki mąki wiśnie Suche składniki zmieszać, dolać płynne, wymieszać. Przelać do papilotek. W każdą babeczkę wetknąć po kilka wydrylowanych wiśni. Piekłam ok. 25 minut w 180°C. Dodatek dozwolonego mięcha sprawia, że rumienią sie ładniej niż pieczone z ciasta bezjajecznego. Nie kwitnące - ale wiśnie. |