|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BARDZO WAŻNE! Wszystkie zdjęcia są moją własnością i nie zgadzam się na ich kopiowanie bez mojej zgody. Jeżeli skorzystasz z mojego przepisu, podaj źródło, a mnie zostaw komentarz, czy smakowało:)
Moje strony
Najlepsze - bez jaj
Napisz do mnie:
Linki kulinarne
Ozdabianie ciast
Tagi
|
Wpisy z tagiem: niesłodkie
poniedziałek, 24 października 2011
Tyle czekałam na Festiwal Dyni, że w efekcie przegapiłam zaproszenie Bei. Niestety sezon chorobowy w przedszkolu w pełni rozkwitu i kolejny weekend upłynął nam pod znakiem gorączki. Tymczasem sięgnęłam po przepis wyszperany przez Dorotę na bułeczki z marchewką i płatkami owsianymi. Uznałam, że zamiana warzywa na owoc im nie zaszkodzi i powstały pyszne bułeczki dyniowe.
Bułeczki z dynią i płatkami owsianymi 300 ml letniej wody Wodę wymieszać z drożdżami, solą i 2/3 mąki. Wyrabiać na delikatnie omączonej powierzchni przez kilka minut. Dodać płatki i olej, dalej wyrabiając. Dodać dynię, resztę mąki i wyrabiać , aż ciasto przestanie być klejące, stanie się gładkie i elastyczne. Uformować kulę, odłożyć przykryte ściereczką w ciepłe miejsce do podwojenia objętości (ok. godziny). Po tym czasie ciasto wyjąć, krótko wyrobić, podzielić na 12 części. Z każdej uformować bułeczkę, oprószyć mąką, odłożyć na blachę (oprószoną wcześniej mąką). Przykryć lnianą ściereczką, odłożyć w ciepłe miejsce na 30 minut do wyrośnięcia. Wyrośnięte bułeczki włożyć do piekarnika nagrzanego do 200ºC. Piec około 15 minut do złotego koloru. Przełożyć na kratkę, do wystudzenia.
Polecam:)
poniedziałek, 19 września 2011
Tak jak obiecałam dziś będzie służbowo, czyli o kwiatach i przepisach, które przygotowałam na potrzeby warsztatów Gastronomii na Obcasach dotyczących kwiatowych inspiracji w potrawach. Przy okazji chciałam jeszcze raz podziękować za zaproszenie mnie do udziału w tym przedsięwzięciu. Czuję się niezmiernie dumna, że znalazłam się w tak doborowym gronie. Przygotowałam 4 przepisy na pełny kwiatowy obiad: Kwiaty na warsztaty dostarczyła firma Koppert Cress wchodząca na polski rynek. Za wyjątkiem fiołków i lawendy, które przywiozłam sama. Zdjęć samych potraw niestety nie robiłam, bo gotowałam, a nie pstrykałam, na szczęście dzięki uprzejmości Pań z Agencji Wydawniczej Egros, możecie je obejrzeć. Natomiast jeżeli chcecie zobaczyć z bliska konkretne kwiatki, odsyłam linkami do stron ich dostawcy. Zaczęłam od końca, czyli od napoju, ponieważ wymagał najmniej wysiłku i mogłam jednocześnie cały czas gadać o kwiatkach:) Bardzo nieskromnie przyznam, że połączenie fiołków i lawendy jest po prostu wspaniałe! Odkryłam je w tym roku i postanowiłam wykorzystać na warsztatach. To odkrycie to był zdecydowanie przebłysk geniuszu, którego udało mi się tym razem nie przegapić;) Napój dedykuję Gastronomii na Obcasach. Teraz by trzeba wymyślić jakąś chwytliwą nazwę i ochronić patentem:) Napój fiołkowo-lawendowy 4 litry wody gazowanej Zagotuj półtorej szklanki wody z 1 szklanką cukru, dodaj wanilię przekrojoną wzdłuż na pół. Gorącym syropem zalej 4 łyżki lawendy i odstaw pod przykryciem do wystudzenia (zrobiłam to 1,5 godziny przed rozpoczęciem warsztatów). Wyciśnij sok z cytryn, dodaj syrop fiołkowy i przecedzony syrop lawendowy. Całość zalej wodą mineralną. W wersji dla dorosłych połowę wody mineralnej można zastąpić białym winem.
Napój bardzo wszystkim smakował. Wg mnie był zdecydowanie za słodki, bo zamiast planowanych 6 litrów wody wlałam tylko 3, ale też przez to smak kwiatów był o wiele bardziej intensywny (na te ilości kwiatów, optymalnie byłoby właśnie 4-4,5 litra). Bardzo mi się podobała reakcja pana Pawła, kucharza prowadzącego poprzednie warsztaty, który rozentuzjazmowany wrzasnął: ALE CZAD! Zrobiło mi się bardzo miło, że taka zwykła kura domowa może czymś zaskoczyć profesjonalistów obytych z wszelakimi nowinkami kulinarnymi:) Danie główne zawierało dekorację z kwiatów zharmonizowanych smakowo z całością. Penne w groszkowym pesto z kwiatami fasolki Makaron 1 kg Ugotuj groszek i ostudź go (hartując zimną wodą). Do blendera wrzuć groszek, czosnek, zioła, sok z cytryny, orzechy i zmiksuj, dolewając tyle oliwy, by uzyskać gładką konsystencję. Dopraw do smaku solą i pieprzem. Ugotuj makaron, odcedź, zmieszaj z sosem i startym serem. Danie udekoruj kwiatami fasoli świeżymi, marynowanymi lub gotowanymi na parze przez 1-1½ minuty.
Ale... makaronu było 800g, parmezanu w ogóle nie mogłyśmy znaleźć, więc go w sosie nie było i danie było czysto wegańskie. Nie było też w ogóle mięty, a zamiast pęczków bazylii były tylko jej siewki. Oliwy do uzyskania odpowiedniej konsystencji weszło około 250 ml. Natomiast najgorsze było to, że użyty groszek nie był mrożony tylko ze słoika, stąd zamiast oczekiwanej radosnej zieleni wyszedł kolor zgniło-bury :/ Sos był smaczny, pomagająca mi Sylwia doskonale go doprawiła (dziękuję i jestem ogromnie ciekawa jak sobie poradziłaś z cedzeniem?:)), jednak ten beznadziejny kolor nie pozwolił mi osiągnąć zamierzonego efektu zielonej łączki z liliowymi kwiatkami, a to o to właśnie chodziło :( Kolejny był deser, który wymagał użycia miksera i niestety było to urządzenie dla mnie zbyt skomplikowane;) Tak swoją drogą ten sprzęt Kenwooda był niesamowity, bo to mikser, w którym od razu można gotować! Na szczęście zaraz przybiegło kilka osób do pomocy i wspólnymi siłami udało się ubić śmietanę :P Mus jaśminowy śmietana kremówka 36 lub 40% 1200 ml (był 1 litr) W winie zanurzyłam 1 opakowanie kwiatów jaśminu i rozdziabałam je widelcem. Dodałam skórkę zeskrobaną z 1 pomarańczy i 1 cytryny. Odstawiłam na 1,5 godziny. Zrobiłam to przed warsztatami, przykryłam miseczką z jaśminem miseczkę z lawendą. Surowego jaśminu nie powinno się gotować, bo robi się gorzki. Natomiast w takiej instalacji para z powoli stygnącego syropu lawendowego, delikatnie ogrzewała wino przyśpieszając ekstrakcję - wyobraźcie sobie te zapachy na zapleczu! Śmietanę trzeba lekko ubić z cukrem, absolutnie nie na sztywno. Odcedzić wino jaśminowe, zmieszać z sokiem wyciśniętym z pomarańczy (mógłby też być czerwony grejpfrut). Delikatnie trzepaczką połączyć śmietanę z winem. Niestety nakładanie wyszło mi mało elegancko i większość pucharków była ukidana. Dekorowałam świeżymi kwiatami jaśminu - była to ozdobna odmiana drobnokwiatowa wielopłatkowa - dziki jaśmin ma 5 długich płatków (nie mylcie też z naszym polskim jaśminowcem, który ma 4 płatki i się go nie je!). Miały być obtaczane cukrem, ale już kompletnie nie było czasu.
Ten deser jaśminowy, stworzony przeze mnie na bazie klasycznego syllabubu, bardzo wszystkim przypadł do gustu. Ja niestety ze względu na śmietanę nie spróbowałam ostatecznego rezultatu, jednak smakowałam sobie wino jaśminowe;) Ostatnia była sałatka. Planowałam, że będzie ona zadaniem do przygotowania przez osoby z widowni, jednak zgłosiły się tylko dwie panie i to one się zmagały z doborem kwiatów do awokado, koziego twarogu i rukoli (pierwotnie miały być kiełki jak tu z fiołkami).
Oczywiście każda odpowiedź była dobra, ja obstawiałam kwiaty Lippi, czyli Dushi buttons (Phyla dulcis) ze względu na ich zaskakującą słodycz doskonale równoważącą ostrość koziego sera. Panie również tak wybrały, dodając jeszcze aksamitki wąskolistne dla ich urody. Planowałam, że będą 4 małe porcje sałatki, każda z inną kwiatową kombinacją, ale w sumie sałatki było za dużo i chyba rzeczywiście była zbędna w pokazie. No ale zakładałam, że ma ze mną gotować 6 osób i to one w ramach konkursu postarają się nie tylko o dobór kwiatów ale i prezencję. Tu wersja ze słodkawymi kwiatami Baroony Blossom (zdjęcie GNO):
Poza tym na warsztatach wystąpiły jeszcze następujące jadalne kwiaty: Sechuan buttons, czyli Acmella oleracea, które na serio dają wrażenie lizania baterii;)
Jak widzicie wszystkie przepisy są proste, nie wymagają mega umiejętności kulinarnych, wyższych technologii ani składania 14 różnych składników pośrednich. A mam nadzieję, że zrobiły dobre wrażenie:) Powiedziano mi, że na zakończenie mogę sobie spakować trochę kwiatów do domu (byle coś zostało na następny dzień;)), ale oczywiście w zaaferowaniu tego nie zrobiłam (Ożesz!), chwyciłyśmy tylko z Córcią po storczyku na zagrychę;) I to tyle. Było super! Jeszcze raz dziękuję i mojemu Wydawnictwu i Organizatorom za niesamowitą okazję uczestniczenia w warsztatach i zaprezentowania mojego hobby. Teraz tylko pozostaje czekać na ukazanie się książki:)
piątek, 22 lipca 2011
Zaprosiłam pewne bardzo sympatyczne małżeństwo na kolację.
Jednak tuż przed kolacją ich zamordowałam. Skończyli w towarzystwie koziego sera jako sałatka prawie grecka :) Zamordowane pomidory, kozi ser, oliwki, sałata lodowa, żółte pomidorki koktajlowe, pomidorki zebry, bazylia, oliwa, czarna sól, kapelusz nasturcjowy i ogóreczniki. Nie dość, że mordercy to jeszcze przy okazji Kwiatożercy! ;)
niedziela, 17 lipca 2011
Wiecie co się dzieje, kiedy pozwala się 5-latce rozbijać kotlety? Niestety zostaje mnóstwo poszarpanych kawałeczków mięsa. Też je opanierowałam, usmażyłam i mieliśmy obiad i na następny dzień;)
Sałata, panierowane okrawki kurczaka, szczypior z młodej dymki, listki bazylii, ocet miętowy, oliwa, sól, pieprz i bratki z parapetu. Do tego były grzanki z pomidorami. To już chyba ostatnie bratki w tym sezonie...
wtorek, 28 czerwca 2011
Nazwa może niezbyt adekwatna, bo chodzi raczej o jedzenie resztkowe, ale chwytliwa :D Ostatnio mam wrażenie, że dom wali mi się na głowę, weekendowe wypady do pracy są istnym zbawieniem. Te parę godzin wolności, kiedy W przejmuje stery, nie trwają jednak zbyt długo - zdradza mnie własna fizjologia, zew natury na równi z tęsknotą przyzywają mnie do domu. Ale jakżesz to jest proste! Z resztą stadka już muszę się nagłowić i nieraz załamuję ręce w bezadności nad odwiecznym pytaniem: co dziś na obiad??? W jeden taki dzień, kiedy z zakupów wróciłam z pustymi rękami, powstało spaghetti z wegańskim pesto i kwiatami cukinii. Bo cukinia na naszym balkonie kwitnie jak szalona! Polecam bardzo - jedna doniczka, a tyle uciechy;)
Klasyczne pesto robi się z bazylii, oliwy, czosnku, orzechów piniowych i pamezanu (lub pecorino), ja sera użyć nie mogłam, a ochotę na pesto miałam. I zrobiłam je z takich składników: migdały i orzechy laskowe - resztki z innych zastosowań - posiekałam i uprażyłam na patelni i dla zagęszczenia... ziemniaczek z poprzedniego dnia;) Myślałam raczej o użyciu brokuła lub bobu, ale jakoś młode warzywa nie są u mnie w stanie poleżeć do przetworzenia, bo zżeram nawet resztki. Dodałam jeszcze pieprzu i chilli i zmiksowałam. Kwiaty cukinii poszarpałam na płatki i wrzuciłam do makaronu tuż przed cedzeniem. Spaghetti zmieszałam z pesto, dodałam kwiaty, odłożone migdały, listki bazylii i już. Trochę za mało oliwy dałam i pesto było zbyt gęste, ale danie na tym nie ucierpiało za bardzo :P
I przy okazji okazja dla kwiatkojadów:)
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Co zrobić, kiedy kompletnie brakuje pomysłu na jakąś ciekawą sałatę do obiadu? Dodać kilka kwiatków z balkonowego ogródka i fajny sos.
Mieszanka sałat, bratki i sos malinowy: oliwa, ocet malinowy, miód, sól, chilli.
środa, 18 maja 2011
Tak sobie skomponowana sałatka na obiad zamiast zupy. Ostatnio często jadamy sałaty na obiad. Po pierwsze dlatego iż zaczął się sezon na sałaty gruntowe, a po drugie z sałatką jest mniejsze ryzyko, że coś rozgotuję lub przypalę. Na co niestety mam ogromne szanse tkwiąc nieustannie uwięziona pod Małym Ssakiem;) Bratki kupione z sadzonek niewiadomego traktowania (pryskanie, nawożenie etc) można uznać za jadalne, kiedy przynajmniej trzy razy zbiorzecie z nich pełen plon kwiatów na bukiety (przydają się na przykład na imieniny;)) lub na dekorację stołu:
Dopiero po trzecim kwitnieniu można zacząć zbiory spożywcze. Jeżeli macie własne sadzonki, wystarczy poczekać, aż porządnie rozkwitną. Częste ścinanie kwiatków powoduje, że roślina wypuszcza wciąż nowe pąki. W mojej sałatce oprócz bratków znalazły się: rukola Ach, piękne jest życie Kwiatożercy! :)
środa, 11 maja 2011
Salatka, w której zastąpiłam wszystkie składniki oprócz ziemniaków :P Sałatkę styryjską już kiedyś prezentowałam, bardzo ją lubię, jednak nie wiem, jak nazwać to, co mi wyszło, ale też było pyszne. ziemniaki - tu bez zmian Sałatka bardzo smaczna i dobra do zapakowania na piknik. Albo na nasiadówkę na placu zabaw, albo do pracy na lunch;)
sobota, 16 kwietnia 2011
Tak, wiem, kanapki to nudne śniadanie. I tak, wiem, że co roku usiłuję Was przekonać w ten sam sposób, że tak nie musi być;) (No chyba, że jada się je tylko w weekendy, wtedy na pewno nie są nudne;)) Podajcie swojej rodzinie lub ukochanemu takie śniadanie, a przekonacie się, że wcale nie będą znudzeni, czy rozczarowani kanapkami. P.S. Pamiętajcie, że nie wolno jeść bratków z kupionych sadzonek. Musicie mieć albo własne, albo poczekać ze zrywaniem do końca maja. Zawsze przecież można zastąpić je stokrotkami:)
wtorek, 05 kwietnia 2011
Panie i Panowie - WIOSNA! Jeden z moich ulubionych zestawów: kozi twaróg, awokado, ukochane kiełki słonecznika i fiołki. Do tego kapka oliwy. Ffffiołki moje kochaną pachną nieziemsko mocno i słodko - fiołkowo, smakują owocowo malinowo-poziomkowo i wyglądają tak: Kwiaty ciemnofioletowe, grzbieciste, dwa płatki u góry, największy z wyraźniejszym prążkowaniem skierowany w dół. W środku wyraźny stożkowaty żółty słupek. Dno kwiatowe skierowane do góry pod łukowato wygiętą łodyżką. Czyż można im się oprzeć? . . . Poza tym idealnie nadaje się na śniadanie.
czwartek, 17 marca 2011
Zielono mi... czas zacząć! A cóż jest bardziej zielonego niż sałatka? Ta sałatka to jedna z wielu goszczących na naszych talerzach, najczęściej zamiast zupy:) Ich skład (i kolory) waha się w zależności od tego, na co mam ochotę, co wypatrzę w sklepie lub co akurat jest w domu. Nabrałam Was z tą różą? Na jedzenie róż jeszcze jest za wcześnie. Piękna różowa róża jest zrobiona z dorodnego plasterka łososia;) A cała reszta zielona, czyli tak jak ma dzisiaj być! Udanej zielonej zabawy Wam życzę! :)
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Wieczory są wciąż bardzo długie i trzeba je czymś zapełnić. W takie dni bardzo polecam domową plastelinę, czyli krótko mówiąc masę solną. Jest szybka, prosta, tania i zupełnie nietoksyczna, w odróżnieniu od tego, co można kupić w sklepie. Oczywiście można też lepić i rzeźbić w marcepanie, ale wtedy od nadmiaru dzieł mogą boleć brzuchy;) Za to masa solna jest doskonałym treningiem przed zdobieniem w marcepanie. Domowa plastelina: 1 szklanka mąki naturalne barwniki: kurkuma, chlorofil lub sok z buraka, którym zastępujemy część wody. Najprościej jest barwić właśnie burakiem i coponiektóre dziewczynki mogą być nieziemsko zachwycone lepieniem w masie solnej o kilku odcieniach różu:) Poza tym buraki się świetnie ze wszystkiego spierają:D Na brązową masę można odżałować trochę kakao. Mąkę mieszamy z solą i po trochu dolewamy płyn zagniatając ciasto. "Profesjonalne" masy solne - z jakich plastycy robią świąteczne aniołki - zawierają glicerynę, która nadaje masie lepszą plastyczność i zapobiega wytrącaniu się kryształków soli. W warukach domowych doskonale tą rolę przejmuje olej. Po uzyskaniu właściwej konsystencji można lepić, wałkować, formować, wycinać foremkami itd. podsypując mąką. A potem wysuszyć w piekarniku. Początkujących w lepieniu dzieci radzę nie rozpieszczać kolorowymi masami i ku spokojowi świętemu rodziców polecam na początek raczej białą masę solną. Niech maluchy trenują wyobraźnię i po prostu ćwiczą paluszki, a gotowe wypieki można ślicznie pomalować nierozcieńczonymi plakatówkami, po czym jeszcze raz podsuszyć.
Domowa ciastolina: 2 szklanki mąki Składniki podgrzewamy na małym ogniu aż uzyskamy plastyczną masę. Ciastolina jest bardziej elastyczna i miększa. Zastosowania ma jak ciastolina kupna, z tym, że tak chemicznie nie śmierdzi jak tamta. Podobno masa nie wychodzi bez dodania kwaśnego winianu potasu (czyli cream of tartar), ale to nie prawda, tylko potrzebny jest inny zakwaszacz. Ja osobiście i Córcia również, wolimy lepienie z plasteliny. Może dlatego, że jest bardziej zwarta i bardziej przypomina marcepan ;P
Najprościej jest barwić burakiem i coponiektóre dziewczynki mogą być zachwycone lepieniem w masie solnej o kilku odcieniach różu:)
piątek, 26 listopada 2010
Olej aromatyzowany każdy zna i wtyka weń zazwyczaj zioła, paprykę, czosnek, suszone pomidory etc. Dziś prezentuję olej cytrynowy. Leciutki, aromatyczny, w sam raz do sałatek, pieczenia mięs i ciast. Pachnie zabójczo, wszysycy myślą, że to syrop cukrowy;)
Cytyny niby były ekologiczne, jednak i tak je wymyłam, sparzyłam, wyszorowałam. Skórki obrane cieniusieńko, bez białych części, zalałam na tydzień olejem. W podobny sposób można uzyskać ekstrakt cytrusowy, jeżeli skórki zaleje się wódką. A wiecie co jest najśmieszniejsze? Wcale nie miałam na celu zastosowań kulinarnych, tylko przygotowałam materiał dla studentów na ćwiczenia:) Ale woleli inne maceraty i cytrynowy sobie został osierocony... I w ten sposób mam propozycję na Cytrusowy Tydzień. Zaś jutro zapraszam na konkretne zastosowanie oleju cytrynowego...
środa, 24 listopada 2010
To fioletowy kalafior! Juz kiedyś do niego wzdychałam i wreszcie upolowałam;) Smakuje prawie tak samo jak biały, różyczki mają nieco inny pokrój, dłuższe łodyżki. Córcia jak zwykle z kalafiorem wyżarła połowę różyczek na surowo;) Niestety po ugotowaniu, pomimo dodania cytryny, kalafior zrobił się... - niebieski;) Większość fioletu wylądowała w wodzie i wyglądało to tak, jakbym gotowała go w nadmanganianie potasu :P Co jest tylko dowodem, że warzywa najlepiej gotować na parze, bo biały kalafior też zawiera mnóstwo flawonoidów (polifenolowych barwników roślinnych o działaniu przeciwutleniającym), tylko że są bezbarwne i nie widać jak lądują w zlewie. Następnego dnia upiekłam jego resztki z innymi warzywami, z dodatkiem oliwy, soku z cytryny i ziół prowansalskich. Lawendowo-liliowy kalafiorek zrobił się bardzo ciemny, purpurowo-fiołkowy, ale że było już ciemno to zdjęcia wyszły brzydko, więc tu tylko mieszanka na surowo:/
środa, 03 listopada 2010
Trzy tajemnice kuchni francuskiej już dawno przestały być tajemne, choć dla mnie ze względu na swój charakter pozostają niedostępne. Czasem uda mi się natrafić na program "Kuchnia francuska - po prostu". Lubię go, choćby z tego względu, iż prowadząca wygląda, jakby nigdy w życiu nic nie ugotowała i tak się pieści z jedzeniem, że aż mnie skręca:P Poza tym fajnie jest dowiedzieć się różnych ciekawostek. Dwukrotne smażenie frytek już jest opatrzone, bo Belgowie i Holendrzy robią tak samo, ale że Francuzi mają specjalny sposób na smażenie idealnej "obślinionej" jajecznicy, to już coś nowego (też przepis nie dla mnie, bo nie będę brudzić 4 naczyń na jajecznicę;)). Wypatrzyłam jeszcze przepis na wspaniałą nalewkę, no i brukselkę. Brukselka - warzywo, którego nie lubię ja, ani nikt mi znany. W programie zostało zaprezentowane w sposób, jakiego jeszcze nie widziałam. Wiem, że mało wiem o kuchni i gotowaniu, więc pewnie nie raz wyważam otwarte drzwi. Może znacie, może nie, ale oto brukselka po francusku. Boczek pokroić w kosteczkę i podsmażyć na chrupiące skwarki. Do gotowych skwarek dodać brukselkę rozdzieloną na pojedyncze listki. Może we Francji sprzedają bardziej rozchylone brukselki, ale z naszymi trzeba się nieźle natrudzić;) Podsmażyć chwilę, żeby ledwie się zblanszowały i nieznacznie zmiękły. To najlepsza brukselka jaką jadłam. Wcale nie czuć tego typowego zgniło-brukselkowatego posmaku. W zasadzie to była jedyna brukselka, jaka mi naprawdę smakowała:)
wtorek, 02 listopada 2010
Małe danie, którego Wam nie pokazałam w sezonie, a którym wygrałam zestaw serów w konkursie Pozytywnej Kuchni:) Właśnie pochłonęłam ostatni serek i przy okazji chciałam podziękować fundatorowi nagrody, że w zestawie nie było zielonych ani niebieskich serów pleśniowych, bo było by to dla mnie utrapienie a nie nagroda :P 1 camembert naturalny Przygotować sos winegret z oliwy, octu i soli. Pokroić ser i truskawki, dodać fiołki, pieprz i polać sosem. Danie pasuje mi akurat kolorystycznie do poniższych wieści: Nasza rodzinka powiększyła się w międzyczasie o nowego członka. Oto Karolinka. Właściwie to jest Karolek, ale Córcia się uparła na Karolinkę i już! Ja się nie zamierzam kłócić, a Karolince chyba to nie przeszkadza, bo Córcię lubi, a na mnie się stroszy. Ale przynajmniej nie muszę dla niej gotować;)
niedziela, 24 października 2010
"Monsoon wedding" bardzo mi się podobał, chyba dobrze oddawał indyjski klimat bez tej całej Bollywoodzkiej szmiry. W każdym razie, organizator wesela w porze monsunowej wcinał aksamitki, co jak wiecie, działa na mnie jak wabik na rybę :P Niestety do tej pory nie znalazłam nigdzie przepisu z aksamitkami (poza sałatką), ani indyjskiego, ani meksykańskiego, gdzie również są jadane, na przykład w ciasteczkach. Ciekawostką jest, iż w Indiach aksamitki to kwiaty radości, zaś w Meksyku to kwiaty na Święto Zmarłych. Tak czy siak, jest to przepis inspirowany kinem. Kwiaty aksamitki smażone w tempurze (filiżanka mąki pszennej, filiżanka mąki kukurydzianej, prawie dwie filiżanki wody, sól) nie nadają się na samodzielne danie ze względu na bardzo intensywny smak przypominający grejpfrutową skórkę. Ale jako dodatek do dania głównego lub do gęstych jogurtowych dipów mogłyby już z powodzeniem funkcjonować. Może nawet fajnie by smakowały na słodko? Radzę też po smażeniu odciąć dna kwiatowe, które są niezmiernie gorzkie. Aksamitki są fajne, bo kwitną ciągle nawet pomimo pierwszych i drugich, a nawet trzecich przymrozków:)
środa, 06 października 2010
Zdumiewająca jest czasem konwergencja ludzkich pomysłów. Tego samego dnia, zupełnie niezależnie, ugotowałyśmy z Wegetarinką coś niemal identycznego. Tyle że u niej była to wariacja na temat Muttar Paneer a u mnie po prostu cóś na obiad. A ponieważ w wyniku dyskusji nad głupio napisanym artykułem, wyszło, że powszechnie wiadome jest, iż kobiety nie potrafią gotować, nie potrafią przyprawiać i są niechlujne, to ja potwierdzam, ponieważ doskonale się wpisuję w te powszechnie panujące standardy. Nigdy nie uczyłam się gotowania, nigdy nie wiem, jakich przypraw wypada użyć i absolutnie nigdy nie przejmuję się przepisami. No i komlpetnie nie mam fantazji w kwestii przygotowania obiadów. Cebulę podsmażyłam na oliwie do smażenia, potem dodałam marchewkę, chlapnęłam bulionem i poddusiłam. Dodałam namoczoną soczewicę (zawsze mnie rozbraja, jak po pół godzinie w wodzie puszcza kiełki) i dusiłam, aż się zrobiło. Dodałam pieprz, pieprz ziołowy, ostrą paprykę, szczyptę curry i sól, tak jak mi pasowało. Na koniec dodałam groszek z puszki. Zamierzałam danie uzupełnić pomidorową passatą, tak jak to robię zazwyczaj, ale że na pierwsze danie zrobiłam zupę pomidorową, to stwierdziłam, że dziś soczewica może być bez pomidorów. Ponieważ uparłam się na to całe tofu, dodałam twarde tofu, które wcześniej niechlujnie posiekałam i pieczołowicie pokryłam grubą warstwą curry. Niestety niewiele to dało, bo i tak tona przypraw nie zamaskowała znienawidzonego smaku. Szybko przełknęłam ochydne wegetarianskie mięso i rozkoszowałam się michą soczewicy. No a że szefami kuchni zazwyczaj nie są kobiety? Cóż, jak ze wszystkim, szef kuchni jak nie musi rodzić dzieci, to może robić karierę. A mężczyźni, jak powszechnie wiadomo, od tego pierwszego się wykpili.
piątek, 01 października 2010
Od zawsze uwielbiałam filmy z Clintem Eastwoodem. Mając jakieś 15 lat zrozumiałam, że to dlatego, że bardzo przypominał mi ojca. Wysoki, burkliwy twardziel. Zawsze pozytywny bohater, choć szorstki i chwilami wręcz antypatyczny. Jak mój Tata. Miał wyjątkowo wredny charakter, ale nie był złym człowiekiem. Brzydził się kłamstwa, krętactwa i kolesiostwa. Taki nasz Brudny Harry bez Magnum 44.
Tata uwielbiał książki, niemal codziennie czytał kolejną. Zaś dom i piwnicę zawalały stosy śrubek, alternatorów, oporników, części samochodowych, samych najpotrzebniejszych narzędzi itp. Nie dość, że Brudny Harry, to jeszcze MacGywer. Jak to dobrze, że nie wiedział jak się wychowuje dziewczynki, pewnie nie umiałabym nic naprawić ani chodzić po drzewach. Mówił, że jedyne, czego nie można zabrać człowiekowi, to wiedza. Zawsze w dniu swoich urodzin zabierał nas na lody. Zazwyczaj spędzaliśmy wakacje nad morzem. Przez wiele lat mojego dzieciństwa jeździliśmy na ten sam nadmorski kemping schowany w gęstym sosnowym lesie. Wędrowaliśmy do lodziarni mieszczącej się tuż obok latarni morskiej. Ale niezależnie od pogody i miejsca, w którym przebywaliśmy, zawsze szliśmy na lody. Do tej pory co roku chodzę na lody. Kiedyś jedząc tradycyjne lody nad brzegiem morza patrzyłam na rozbawioną Córkę, zrozumiałam nagle, dlaczego Tata z wakacji zawsze wracał ze spalonymi słońcem plecami. Brzuch blady a plecy czarne jak z Afryki. U dzieci grzebiących cały dzień w piasku to normalna opalenizna, ale u dorosłego faceta? Tata nie mógł wystawiać twarzy do słońca, ponieważ cały czas musiał mieć na oku swoje dzieci bawiące się nad brzegiem Bałtyku. Człowiek inaczej patrzy na świat, kiedy sam zostaje rodzicem. Rozumiem teraz złości i nerwy mojego Taty. Potrafię pojąć jego bezsilność i frustracje, kiedy nagle został sam z dwiema małymi dziewczynkami. Nawet gorzej niż sam. Musiał ubierać, pilnować, czesać długaśne warkocze, co rano pakować kanapki do szkoły, a nie potrafił tego robić. Wielki mężczyzna, który nagle musiał ogarnąć cały świat dziecięcych potrzeb i nikt nigdy go do tego nie przygotował. Tata nie umiał też gotować, a gotował dla nas codziennie. Opanował przygotowanie tylko kilku potraw: pomidorowa z przecieru, niemożebnie rozcieńczona grochówka z torebki, bitki, gulasz, kotlety, rosół i ogórki ze słoika, to praktycznie jedyne jedzenie z mojego dzieciństwa. Pamiętam po dziś dzień jego pierwsze podejście do smażenia naleśników - wyszły grube jak racuchy! Na deser umiał przygotować piszingiera lub galaretkę, na święta piekł piernik kętrzyński, oczywiście z torebki. Nasze ostatnie wspólne wakacje były wspaniałe. Było super, pomimo ciotki wariatki i jątrzącego kleszcza u Psiny. Jak zwykle wzięliśmy za mało książek. Jednak ja miałam wewnętrzny żal, że dopiero nowotwór nauczył mojego ojca, że można życie brać na spokojnie. Że nie trzeba się pieklić i czepiać o byle co. Dlaczego nie pojął tego wcześniej? 1 października miałam jechać zapisać się na ćwiczenia z fizyki. Nie pojechałam. Dziś na obiad zupa grochowa z torebki. Nie jadłam jej ponad 11 lat.
czwartek, 23 września 2010
Wciąż się okazuje, że nie mają znaczenia dobro i zło, prawda i fałsz. Podobno dzieci, które kłamią, będą w przyszłości lepiej zarabiać. W takim razie, czy mamy uczyć swoje dzieci kłamstwa, żeby rozwijać ich zdolności kognitywne? Co powinien zrobić naprawdę kochający rodzic: uczyć cwaniactwa, żeby dziecko lepiej sobie radziło w życiu pełnym piranii i rekinów, czy wychowywać na porządnego człowieka, który godnie przeżyje swój czas. Czy dawać dzieciom wiarę w uczciwe życie, czy tylko pokazać jak zagarniać, kopać i wygryzać? Dawniej, dawno temu, wierzyłam, że w każdym człowieku można znaleźć coś dobrego. Kilkakrotnie boleśnie się przekonałam, że nie warto. Cóż z tego, że znajdę jakąś dobrą cechę u drania? Nie przestanie być draniem. Dalej jestem zbyt naiwna i dlatego nie potrafię zrozumieć, ile tej podłości ludzie naprawdę potrafią okazać... Nie potrafię. I za każdym razem okrutnie się zdumiewam. Jak lepiej wychować dziecko? Czy skuteczniejszy jest przykład pozytywny czy negatywny? Na kogo wyrośnie moje dziecko? Na kogo wyrosłam ja? Jak mocno potrafi kochać ktoś, kto za wzór relacji miał odrazę, wstręt i namiastki nienawiści? Jak bardzo nie cierpi kłamców, dziecko osoby, która w całym życiu nie powiedziała zdania prawdy? Choć często nie z własnej winy, lecz by konfabulacjami wypełnić luki wyżartej pamięci. Co jest dobre, a co jest złe? Co jest słuszne, a co nie? Przebaczenie jest dobre, zemsta jest zła. Nie chcę się mścić, ale nie potrafię wybaczyć. Jestem więc złym czy dobrym człowiekiem? A może nie ma dobrych ludzi? Może pojawiają się jak tęcza w środku nocy. Nigdy nie zamierzałam się mścić, choć za takie sk...stwo miałam ogromną ochotę. Nie potrafię wybaczyć też zdrady, kłamstw, oszustwa. Nie mogę zapomnieć rozszalałej hipokryzji. Może kiedyś... Nie umiem. Można komuś zabrać rodzinę, dom, pieniądze. Więzy krwi nie są najważniejsze. Dom jest tam, gdzie para otwartych ramion, ciepłe oczy i rozrzucone zabawki. Pieniędzy wystarcza. Jesteśmy zdrowi, jesteśmy razem. Ale jak wytłumaczyć dziecku, dlaczego ludzie są źli? Dlaczego macocha Kopciuszka znęcała się nad nią, dlaczego tamten pan chciał skrzywdzić chłopczyka, dlaczego ukradli wujkowi rower, dlaczego zastrzelili mamę Bambiego, dlaczego wróżka zaczarowała Różyczkę? Co to był ten czarnobiały film w wiadomościach? No może, do licha, ktoś to wreszcie wytłumaczy też mnie! A przecież to dopiero sam czubek zła, na które dziecko natknie się w swoim życiu. Jak nauczyć wiary w sens dobra? Staram się. Nie ze wszystkich sił, nie wypruwam żył, żyję z dnia na dzień, dając tyle, ile mam, nic ponadto. Na pewno mogłabym być lepsza. Nie jest problemem, że prawie nic na świecie nie jest tylko białe i czarne, tylko że ja nadal nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego, i po co, ludzie są tacy źli.
Dla osób zainteresowanych czarno-białym daniem, w skład sałatki wchodzą: czarne oliwki, kozi ser, białko jaja i pieczone buraczki marynowane w occie balsamicznym. Czarny pieprz, biała sól i przejrzysta oliwa. |