|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BARDZO WAŻNE! Wszystkie zdjęcia są moją własnością i nie zgadzam się na ich kopiowanie bez mojej zgody. Jeżeli skorzystasz z mojego przepisu, podaj źródło, a mnie zostaw komentarz, czy smakowało:)
Moje strony
Najlepsze - bez jaj
Napisz do mnie:
Linki kulinarne
Ozdabianie ciast
Tagi
|
Wpisy z tagiem: tort
niedziela, 22 kwietnia 2012
Tort na jakże dla nas ważną okazję. Bardzo prosty, wręcz minimalistyczny. Zdecydowanie moja rodzina woli właśnie takie torty. Bez mas, przekładania, co jest dla mnie lepsze, bo szybsze i prostsze, a jednocześnie przy ich przygotowaniu nie odmawiam sobie odrobiny poczucia humoru dając ujście swoim fiu-bździu potrzebom twórczym.
Tort na pierwsze urodzinki Synusia był kwadratowy (bo tortownicę zajął sernik), w związku z tym zabezpieczyłam jego kanty specjalnymi nakładkami. Dowcip polega na tym, że Synutek potrafi wszelkie zabezpieczenia rozbroić w ciągu kilku sekund. Takie łapkowe ze szwedzkiego sklepu przetrwały najdłużej, bo aż 3 godziny:/ Do tych z tortu tez zaczął się dobierać ledwie je założyłam:D
Torcik karobowy z wiśniami 2 kubki mąki (kubek 300 ml) Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać tylko do ich połączenia. Przelać do blaszki 20x20 cm wyłożonej na dnie papierem, na wierzchu poukładać wiśnie. Piec ok. 25 minut w 180°C do suchego patyczka.
Po wystudzeniu ciasto przerzucić do góry nogami. Lukrem napisać imię szanownego jubilata. Kanty tortu zabezpieczyć marcepanowymi nakładkami. Żeby uformować takie łapki, trzeba utoczyć kulkę, spłaszczyć ją, naciąć nożem, po czym te nacięte kawałki wydłużyć i rozpłaszczyć. Uważam, że z okazji urodzin można odstąpić od zasad i dać niemowlakowi pociamkać coś słodkiego, więc Mamin-Synutek zjadł sobie trochę własnego tortu. Bardzo mu smakował. Nam też:)
niedziela, 19 lutego 2012
Jakoś tak to się układa, że na urodziny Córci stawia się i rodzina i koleżanki i wszyscy znajomi, nawet Ci, którzy dziwnie nie mogą dotrzeć na urodziny moje lub W, czy na święta. Więc tydzień urodzinowy jest bardzo intensywny pod względem wizyt i... wypieków. Jednak świeczki palą się tylko raz. Tadaaam! Oto ten właściwy tort urodzinowy mojej Córci. Z płonącą srebrzysto-brokatową szóstką. 6 lat - to już stara baba z niej;) Tort jest dokładnie taki, jakiego sobie zażyczyła: z różami w środku i na zewnątrz, biały, z perłami.
Biszkopt rzucany (szklanka tutaj to 200 ml) 4 jajka Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywno. Stopniowo dodawać cukier, po czym żółtka. Mąki przesiać i delikatnie połączyć z jajkami. Na dno tortownicy (18 cm) położyć papier do pieczenia. Wyłożyć ciasto i piec w temperaturze 160ºC około 40 minut. Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Masa budyniowa do środka 200 g koziego masła lub nieutwardzanej margaryny Mleko zagotować z laską wanilii. Kartoflankę rozrobić w niewielkiej ilości wody i dodać do mleka, gotować kilka minut ciągle mieszając, aż zgęstnieje. Wystudzić. Margarynę utrzeć z cukrem. Dodawać po łyżce wystudzony budyń. Posmarować ciasto po bokach i wierzchu. Poncz sok z połowy cytryny Konfitura różana Masa z białą kozią czekoladą 150 g białej czekolady z koziego mleka (żeby dowiedzieć się, jak ją zrobić, kliknij tutaj) Białą czekoladę roztopić w kąpieli wodnej. Pozostałe składniki utrzeć na gładko, dodać czekoladę i zmiksować. Można dodać resztki masy budyniowej:)
Złożenie tortu Ciasto przekroić na trzy krążki, każdy z nich naponczować. Pierwszy krążek posmarować 2-3 łyżkami konfitury różanej, po czym rozsmarować połowę masy budyniowej. Przykryć drugim krążkiem i czynności powtórzyć. Przykryć trzecim krążkiem ciasta. Cały tort posmarować cieniusieńko masą z białej czekolady. Resztę masy przełożyć do szprycy i wyciskać kółeczka jedno obok drugiego. Na koniec zgodnie z życzeniem Jubilatki porozrzucać tu i ówdzie złote perełki.
Wszystkim dziewczynkom, i tym małym i dużym, tort bardzo smakował, natomiast W stwierdził, że to był najgorszy tort jaki kiedykolwiek zrobiłam: "Bo po cholerę wpychałam tam te jakieś róże?!" Ja nie zweryfikowałam, bo ciasta nie jadłam, ponieważ był to biszkopt, natomiast masę wylizywałam nader chętnie. Wniosek nasuwa się jeden: to jest tort dla kobiet.
Zabawy ze szprycowaniem przy torcie testowym pozwoliły mi odkryć tajemnicę estetycznych różyczek. Moim zdaniem, tkwi ona w małych kółeczkach, na 1,5 do 2 obrotów szprycy (od środka na zewnątrz), a końcówka szprycy nie może mieć zbyt wielu bruzd i powinny być one ostre. Bardzo polecam tą metodę ozdabiania, bo w sumie w prosty sposób da się osiągnąć piękny efekt. Tort z białą kozią czekoladą dołączam do Czekoladowego Weekendu i specjałów Walentynkowych.
sobota, 18 lutego 2012
Długo nie mogłam wydobyć od Córci decyzji, jaki by chciała tort na urodziny. Raz miał to być tęczowy, innym razem tort z barbie, kiedy indziej marzyła o kucykach i kwiatkach. W końcu zadecydowała, że chce... różany. Serio, bez żadnej mojej podpuchy:) Ma być różany w smaku i różany z wyglądu. Wrzuciłam w gugle rose cake, żeby wybrała konkretny pomysł, drżąc ze strachu, że jeszcze będę musiała lepić las marcepanowych róż. Na szczęście wybrała coś prostszego. Jednak dla pewności sobie potrenowałam;) Z doborem ciasta i masą poszłam po najmniejszej pysznej linii oporu:)
Tort czekoladowy 1,5 szklanki mąki Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać. Przelać do tortownicy 18-20 cm, piec ok. 25 minut w 180°C do suchego patyczka. Masa czekoladowa- możecie również użyć np.: musu awokado lub musu śliwkowego. 100 g przetartych owoców lub margaryny bezmlecznej nieutwardzanej (może być taka do smarowania) Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej razem z wanilią. Utrzeć kostkę margaryny lub owoce z dodatkiem cukru pudru, dodać przestudzoną płynną czekoladę i zmiksować razem. I tu pojawiła się niekomplementarność moich wymagań z rzeczywistością stacjonarnego miksera - 200 g masy ledwie się rozsmarowało po ściankach, a czekolada wlewana do metalowej misy momentalnie zastygała i grudki potem zatykały mi szprycę. Dobrze, że to tylko tort na próbę;) Przy okazji stwierdziłam, że nie mam odpowiedniej końcówki do szprycy, takiej z małą liczbą bruzdek, więc sobie taką zrobiłam. O!
Absolutnie nie wkładajcie ciasta do lodówki, bo stwardnieje i straci aromat - ale jak się zagrzeje, to odzyska z powrotem;) Jeżeli użyjecie mleka roślinnego, przepis będzie wegański. No i jest czekoladowy:)
sobota, 11 lutego 2012
Któraś feministka (jeżeli kojarzycie, to poproszę o nazwisko) powiedziała, że kobieta rodząc dziecko - umiera. Moim zdaniem to bzdura, kobieta po urodzeniu dziecka nie umiera, musi po prostu zmienić plany. Cały świat trzeba sobie urządzić od nowa. Jeśli człowiek tego nie rozumie, to później są żale, frustracje i nieszczęścia. Rodząc dwójkę dzieci nie przestałam być sobą, w dalszym ciągu mam swoje myśli, swoje marzenia i swoje pasje. Tylko mam na nie mniej czasu. Są matki, które nienawidzą swoich dzieci, przeklinają ten dzień, kiedy dały się wrobić. Są matki, które kochają, jednak nie lubią swoich dzieci (bo to wredne bachory), są matki, które mają szczęście (albo wysoki poziom oksytocyny). Zauważyłyście, że w innych językach dzieci są rodzone, a w polskim się rodzą? U nas matka nie ma nic do gadania. Matka Polka to zupełnie porąbany układ. Presja społeczna - to dopiero zabija kobietę, a może raczej to zabija w niej człowieka.
Są kobiety, które nie rodzą i są z tego dumne, bo nie ominął je ani jeden dzień ich życia. Bo nie chcą być niewolnicami ewolucji i instynktownej potrzeby przekazania swojego DNA. Nie zazdroszczę kobietom bezdzietnym z wyboru, ale i w pełni je rozumiem. Mają czas na podróże, pracoholizm, sukcesy, fiu-bździu. A co omija nie-mamy? Z dziećmi nie ma się nawet grama bezdzietnej wolności. Zaplanujesz wycieczkę na weekend? Dziecko dostanie gorączki. To nic pojedziemy za tydzień. Po tygodniu w przedszkolu, znowu na weekend jest gorączka. Chcesz wyjść z domu? Nawet nie na miasto, tylko do sklepu. A kto zostanie z dziećmi? A soczek, mleko, przekąska przygotowane? O kupka wyszła. Zabierzesz dzieci ze sobą? W zimie to dopiero wyzwanie: pajacyk, śpiochy, kubraczek, kombinezon, czapka, szalik, kocyk i już leje się z ciebie strumieniami. Spieszysz się do pracy? O, i masz włosy obrzygane. Chciałaś nowe buty, a tu szczepionkę trzeba kupić. Chcesz pospać w niedzielę, a guzik, bo zły sen był i o wpół do 4 rano trzeba robić owsiankę, kawusię i pogadankę. Masz projekt do oddania na wczoraj, myślisz, że posiedzisz nad nim w nocy? Nie, nie, do 3 w nocy co pół godziny będziesz przerywać, żeby nadstawić gruczoły, o 4 już nie odróżniasz liter, a o 7 trzeba szykować termosik do przedszkola. Tak... Ale omija je też największy ładunek emocji, jaki może unieść człowiek... Tylko ten czas. Czas, którego nie ma. Który znika jak pożarty przez wielkiego potwora. Potwora o imieniu DZIDZIUŚ! Ale niemowlęctwo trwa krótko. Wiem, że wróci kiedyś czas, kiedy będę miała czas. Przynajmniej trochę więcej. Będę znowu mogła robić fiu-bździu np.: motyle z lukru. Tymczasem czasu nie mam, więc trudno, chowam dumę do kieszeni i korzystam z gotowców. Po to żeby sobie zrobić tort na mój dzień matki.
Ciasto świętojańskie 1,5 szklanki mąki Suche składniki trzeba zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać metodą muffinkową tzn. tylko do połączenia składników. Przełożyć do wysmarowanej i obsypanej bułką tartą tortownicy 18-20 cm i piec ok. 30 minut w 175°C, aż patyczek będzie wychodził nieoblepiony. Masa orzechowa do środka 0,5 kostki masła lub nieutwardzanej margaryny Kaszę ugotować na mleku. Wystudzić. Margarynę utrzeć z cukrem. Dodawać po łyżce wystudzoną kaszę i orzechy. Posmarować ciasto przecięte na dwa krążki i wstawić do lodówki. Masa waniliowa na wierzch 0,5 kostki masła lub nieutwardzanej margaryny Mleko zagotować z laską wanilii. Kartoflankę rozrobić w niewielkiej ilości wody i dodać do mleka, gotować kilka minut ciągle mieszając, aż zgęstnieje. Wystudzić. Margarynę utrzeć z cukrem. Dodawać po łyżce wystudzony budyń. Posmarować ciasto po bokach i wierzchu. Nadmiar masy zamrozić - przyda się:) Motyle opłatkowe do dekoracji nieco bardziej efektowne niż motyle wycinane osobiście z opłatka, a w dodatku gotowe.
Niemowlęctwo tak uciążliwe, to dopiero początek... Małe dziecko - duży kłopot? Duże dziecko - jeszcze większe kłopoty. A dwójka dzieci? Dwójka dzieci to dopiero jest zabawa!
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Ciasto z letniej szkoły pieczenia Kasi wypatrzyłam u Zauberi i bardzo mi się spodobało. Wykonałam go z licznym modyfikacjami, niektórymi niezamierzonymi. Margaryny Kasi nie użyłam z oczywistego powodu - zawiera mleko. Torcik bardzo mi się chciało zrobić, bo chciałam poużywać mojego nowego miksera do mieszania, a nie tylko jako tarkę;) Miał to być mój tort urodzinowy, ale że cały ten dzień do późnego wieczora spędziłam w pracy, to torcik w końcu piekłam w czasie Świąt. Zmniejszyłam ilość masy, żeby tort dopasować do mojej tortownicy (18 cm), jednak i tak musiałam podwyższać brzegi folią introligatorską, bo nie zmieściłaby się cała galaretka.
Tort z kaszy manny kostka margaryny lub masła Kaszę ugotować na mleku, ciągle mieszając, żeby się nie przypaliła. Wystudzić. Margarynę utrzeć z cukrem. Dodawać po łyżce kaszę, ciągle ucierając. Masę podzielić na dwie części, do jednej dodać łyżkę kakao, a do drugiej wanilię. Ja tego nie zrobiłam, ponieważ okazało się, że ostatnią łyżkę kakao wytrzepałam z pudełka do upieczenia spodu, a w święta sklepy nieczynne... Dno tortownicy (u mnie 18 cm) wyłożyć papierem do pieczenia, na to położyć spód ciasta, nasączyć go syropem z brzoskwiń. Na ciasto wyłożyć połowę kaszy, rozmrożone maliny i drugą warstwę kaszy. Z brzoskwiń odlać 1/2 szklanki syropu, wymieszać z żelatyną i odstawić do spęcznienia. Brzoskwinie zmiksować z sokiem z cytryny. Napęczniałą żelatynę rozpuścić na palniku i wymieszać ze zmiksowanymi owocami. Masę brzoskwiniową przełożyć na kaszę i odstawić do lodówki by stężała. Gotowy torcik udekorować kiwi. Ale uwaga, jeżeli nie zjecie od razu całego tortu, to kiwi zeżre żelatynę, więc lepiej udekorować innymi owocami.
Przepis wymaga jeszcze podrasowania bardziej do mojego gustu. Najgorzej wypadła warstwa brzoskwiniowa, która pomimo dodania cytryny była nieco mdła. Ponadto polecam trzymanie się sugestii, żeby rozdzielić masę na dwie warstwy: waniliową i kakaową, bo taka jedna gruba warstwa jest po prostu nudna i tylko maliny ją rozbudzały. No i biszkopty by się przydały, ale kompletnie nie miałam czym bezjajecznym ich zastąpić, ani nawet pomysłu innego nie miałam.
niedziela, 27 listopada 2011
Choć tort to może zbyt szumne określenie, to właśnie taką funkcję pełniło to ciasto. W sumie to tylko na tyle miałam siły i czasu, bo Młody Bandyta nieźle daje w kość, ale Jubilat nie narzekał na brak masy i lasu świeczek;) Ciasto z malinami upieczone na rocznicę bardzo nam smakowało, więc postanowiłam je powtórzyć, tylko tym razem z malinami mrożonymi i sosem czekoladowym.
Czekoladowe ciasto z malinami: 1,5 szklanki mąki 2 garście mrożonych malin Suche składniki trzeba zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać metodą muffinkową tzn. tylko do połączenia składników. Dodać maliny, przełożyć do wysmarowanej tortownicy 18-20 cm i piec ok. 30 minut w 175°C, aż patyczek będzie wychodził nieoblepiony. Po wystudzeniu ciasto polałam grubo sosem czekoladowym jako polewą. Na wierzchu ułożyłam z malin ogromną liczbę lat Jubilata i podałam dodatkowy sos do polewania ciasta na talerzykach. Sos czekoladowy (dokładny opis pod linkiem):
środa, 02 listopada 2011
Ten tort upiekłam jeszcze w lecie (co z pewnością poznacie po stopniu padania promieni słonecznych :D), ale Dorotka swoim tortem kokosowym z czekoladą przypomniała mi, że mój tort wciąż czeka na opublikowanie gdzieś tam w czeluściach archiwum zdjęć kulinarnych. To był tort na wyjątkową okazję. Ponieważ nie chciałam, żeby goście na obiedzie u teściowej jedli kupne ciasta (teściowa nie piecze), więc tort upiekłam ja. Niestety sama nie mogłam go zjeść. Ale wszyscy zapewniali, że wyszedł mi wyjątkowo dobrze:) W sam raz słodki, wilgotny, niemdły i chyba całkiem ładny. Podczas jego produkcji boleśnie wyszła na jaw moja słabość, a mianowicie pieczenie "na smaka". Bo jak piec na wyczucie, kiedy nie można spróbować? Na szczęście wzrok jeszcze mi dopisuje i ilość cukru dobierałam "na oko", a W zweryfikował (pozytywnie) jęzorem.
Biszkopt: 5 małych jajek Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywno. Stopniowo dodawać cukier, po czym żółtka i wodę różaną. Mąki przesiać i połączyć z jajkami. Na dno tortownicy (18 cm) położyć papier do pieczenia. Wyłożyć ciasto i piec w temperaturze 160ºC około 40 minut. Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Masa: 1 szklanka wiórków kokosowych Wiórki namoczyłam na noc w mleku i Malibu. Następnego dnia odcisnęłam z nadmiaru płynu. Czekoladę rozpuścić w ciepłej kąpieli wodnej. Śmietanę ubić i połączyć z przestudzoną czekoladą. Wiórki wmieszać delikatnie w masę. Wstawić do lodówki. Poncz: 100 ml mleka Pokrycie: 200 ml śmietany kremówki
Złożenie: Wystudzony biszkopt przekroić na trzy krążki. Każdy blat nasączyć ponczem. Przełożyć dwa krążki masą. Złożony tort posmarować ubitą śmietaną, boki obsypać strużkami kokosowymi. Na wierzchu nożem wymalować kratkę. Na boki powtykać perełki, na wierzch pomalowane na złoto migdały.
W wyczuł w cieście coś odbiegającego od kokosa, ale nie potrafił zidentyfikować smaku. Nikt z gości nie rozpoznał wody różanej, ale możliwe, że dlatego, że nikt z nich nie znał smaku Malibu. Wszystkim bardzo smakowało, a ja, cholercia, nawet palców ani razu nie oblizałam!
niedziela, 23 października 2011
Obiektywnie patrząc jest to jeden z najbrzydszych tortów jakie widziałam. Ale jest absolutnie piękny intencjonalnie, ponieważ jest to tort z podwójnej okazji urodzin. Córcia uznała, że akurat przyszła pora na święto ruchome jakim są urodziny jej Psinki Łałusinki, co zlało się z ukończeniem przez Mamutka sześciu miesięcy. Z tych dwóch dumnych powodów zażądała upieczenia tortu, który ona ozdobi. Co wyszło, to wyszło. Wg mnie jako mamy ciasto jest przepiękne, Córcia była dumna, a wygląd i tak nie miał większego znaczenia, ponieważ przed pokrojeniem pozjadała z niego wszystkie lukry.
1,5 szklanki mąki Suche składniki trzeba zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać metodą muffinkową tzn. tylko do połączenia składników. Przelać do wysmarowanej tortownicy 18 cm i piec ok. 30 minut w 180°C, aż patyczek będzie wychodził suchy. Planowałam przełożenie masą budyniową, jednak nie było mi dane. Świeczek też nie było. Córcia najpierw pomalowała lukrami w tubce (jak zwykle więcej lukru wylądowało na palcu skierowanym do otworu paszczowego niż na cieście), a następnie zasypała prawie całym opakowaniem kuleczek. Później słychać było ich turlanie po podłodze przez kilka dni. Oczywiście żaden z jubilatów nie jadł "tortu";)
środa, 29 czerwca 2011
Pod koniec roku przedszkolnego urządzany jest piknik. Są zabawy, konkursy, śmiechy. Był też konkurs na najładniejsze ciasto:)
Moje ciasto było kombinowane - bez mleka ale z białkiem: 2 szklanki mąki Pomieszane przez Córcię, pieczone 35 minut w 180°C. Lukier z cukru pudru, wody, ekstraktu wanliowego i chlorofilu kręciłam, podobnie jak malowałam kwiatki - jedną ręką, bo drugą ostatnio cały czas mam uwięźniętą pod młodym mamutem;) Niestety nie wygraliśmy. Nasze ciasto było trzecie :)
poniedziałek, 02 maja 2011
Nie wiedziałam, czy na Wielkanoc upiec kaczkę czy kurczaka? Same zdecydujcie, co mi wyszło :D
Ucierane ciasto waniliowe bez jajek 1,5 szklanki mąki Suche składniki zmieszać, dolać płynne, wymieszać. Piekłam ok. 25 minut 180°C w misce z włożonym metalowym czubeczkiem. Następnie obkroiłam brzegi, ciasto zwilżyłam sokiem z cytryny i owinęłam rozwałkowanym cienko marcepanem zabarwionym na żółto luteiną (naturalny żółty barwnik z grupy karotenoidów). Czerwone i pomarańczowe kawałki to żółty marcepan z dodatkiem czerwieni buraczanej. Oczy z chrupków czekoladowych.
W sumie ciasto-kurczak powstało z jednego powodu: musiałam jakoś zużyć te pół kilograma żółtego marcepana;) Przeglądałyśmy z Córcią 50 kolorowych tortów Debbie Brown i zastanawiałyśmy się: co można zrobić na żółto. Ja chciałam dinozaura, ale Córcia zadecydowała, że poczekamy do Wielkanocy i zrobimy kurczaka. Czy też kaczkę ;)
Mieliśmy to ciasto drobiowe zabrać do babci na wielkanocny obiad, ale w ferworze pakowania zapasowych pieluch, śpioszków, maści itd, kompletnie zapomnieliśmy o cieście. Więc całe było później dla nas. I dobrze, bo było przepyszne;)
sobota, 26 lutego 2011
Kto z Was jako dziecko nie miał choć raz chęci wsadzić całej łapy w tort? Według mnie piąte urodziny to najlepsza po temu okazja, żeby pozwolić dziecku przybić piątkę w sam środek tortu;) Tort urodzinowy tym razem dla rodziny, a nie hordy przedszkolaczek, chciałam zrobić inny niż zwykle. Taki z masą jabłkową chodził za mną od dawna, a szczególnie po tym jak go zobaczyłam u Monsai. Widziałam też, że tego typu szarlotki stały się ostatnio popularne, a warianty były dwa: na galaretce lub na kisielu. Ponieważ śpieszyło mi się wybrałam galaretkę jako bardziej przewidywalną. Tort jabłkowo-waniliowy bez jajek i bez mleka krowiego ciasto: 2 szklanki mąki Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać. Przelać do tortownicy 18-20 cm, piec ok. 25 minut w 180°C do suchego patyczka. Po ostudzeniu przekroić na trzy krążki. masa jabłkowa: 5-6 jabłek Jabłka obrać i utrzeć. Poddusić z cynamonem. W gorących jabłkach rozpuścić galaretkę. Wystudzić. masa waniliowa: 3/4 kostki przyzwoitej margaryny Ugotować budyń z wanilią na mleku i wystudzić. Zmiksować margarynę z cukrem, ciągle ucierając dodawać po trochu budyń. Złożyć tort: krążek ciasta, połowa masy waniliowej, kolejna warstwa ciasta, masa jabłkowa, ciasto, masa waniliowa. Tortownicę owinęłam od środka papierem pieczeniowym, żeby latwiej wyciągnąć gotowy tort. Rękę dziecka umoczyć w mleku lub oliwie po czym wytaplać w czerwieni buraczanej w proszku. Jeśli jesteście smakoszami sztucznych barwników, to pewnie takie w paście by się nadały. Nakłonić dziecko do namierzenia i przyłożenia: "Tak, naprawdę możesz walnąć łapą w tort!" Tort miał dwa rodzaje fanów: tych, co wyjadali masę i tych, którzy wyjadali jabłka;) Ja należę zdecydowanie do tych pierwszych. Owoce wolę zjadać na surowo, a słodkości wedle moich gustów powinny być kremowe i nieowocowe (a najlepiej czekoladowe;)).
Natomiast drugie urodziny, to urodziny bloga, które przegapiłam. Jak z resztą wiele spraw ostatnio, włącznie ze Świętami, Nowym Rokiem, imieninami itd. Ale faktycznie, bloguję już dwa lata z okładem. To wyborna okazja do podziękowań. Dla Was, że mnie odwiedzacie, czytacie i komentujecie. Za to, że chętnie bierzecie udział w moich akcjach kulinarnych. Podziękowań dla wszystkich mam dzielących ze mną to drobne utrapienie, jakim jest alergia pokarmowa, za to że pieczecie z moich przepisów i przez to mogę się przyczynić do uśmiechów zadowolenia na kilku małych twarzach. Za wszystkie pytania, na które mogłam odpowiedzieć. Podziękowań za wszystkie maile. I za wszystkie wyróżnienia, którymi mnie zaszczyciłyście. Tak jak Kasia z Kuchennych Czarów, która obdarowała mnie bukietem Walentynek i jeszcze prosiła o napisanie 5 rzeczy, które lubię:) DZIĘKUJĘ! A co lubię? Lubię moją Córcię, lubię W, lubię kwiaty, lubię ciche wieczory sama ze sobą, lubię kończyć, co zaczęłam, lubię kolorowe skarpety, lubię lody orzechowe z syropem klonowym, lubię słoneczne popołudnia...
wtorek, 22 lutego 2011
Córcia skończyła 5 lat. Tak, tak... już starą babą jest:P W dodatku zażyczyła sobie zaprosić na swoje urodziny koleżanki. Obiecałam jej to przyjęcie, jeszcze kiedy byłam na chodzie i nie widziałam powodu, żeby robić dziecku zawód tylko dlatego, że powinnam leżeć. Mama musi dotrzymywać obietnic i koniec. Poza tym zawsze twierdziłam, że od ciągłego nicnierobienia się umiera:) W sumie wiele się nie napracowałam, bo 5-letnia dziewczynka z bogatym doświadczeniem kuchennym potrafi już wszystko sama odmierzyć i pomieszać (po czym posprzątał i pozmywał Tatuś :P ), ja tylko musiałam potrzeć czekoladę, przygotować tortownicę i pilnować pieca. Co do tortu, plany były snute od roku, omawianie było dogłębne, a w trakcie realizacji i tak wszystko się zmieniło. Kolejny rok Córcia się upierała, że chce tort z lalką (taki jak ten tylko różowy;)), jednak po pierwsze na prezent wybrała lalkę, której nie można ściągnąć sukienki, a po drugie stwierdziła, że ona chce tort czekoladowy z różowym kwiatkiem i już. W sumie mnie to było na rękę, bo roboty mniej:) Smak tortu Córcia skomponowała sama, bez żadnych podpowiedzi i szczerze mówiąc zrobiła to doskonale. Tort urodzinowy czekoladowo-cytrynowy bez jajek i bez mleka krowiego 2 szklanki mąki Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać. Przelać do tortownicy 18-20 cm, piec ok. 25 minut w 180°C do suchego patyczka. Tym razem ciasto się dziwnie wybulwiło:) Masa czekoladowa 150 g margaryny bezmlecznej nieohydnej Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej razem z wanilią. Utrzeć kostkę margaryny z dodatkiem cukru pudru, dodać przestudzoną ale płynną czekoladę i zmiksować razem. Smarować szybko póki masa nie zastygnie na amen. Dekoracja to gwiazdkowa posypka i marcepan barwiony naturalnymi kolorami. Do tortu były jeszcze muffinki waniliowo-cytrynowe, reszta przedszkolnych pomarańczowych kruchych ciasteczek owsiano-gryczanych na oleju, suszone owoce, migdały i picie. A wiecie, na co się rzuciły dziewczynki, kiedy tylko weszły? - Na jabłka. Na świeże malutkie jabłuszka wielkości mandarynek, które w zasadzie na stole ułożyłam jako dekorację;) Po tym przyjęciu dla dzieci nie mogłam się ruszać przez dwa dni. Ale nie żałuję. Dziewczynki świetnie się bawiły, nic nie zostało zdemolowane, a ja spełniłam marzenie Córki.
poniedziałek, 22 listopada 2010
Czyli lepiej zjeść, niż zostać zjedzonym.
Ogólny zamysł został podrzucony na GP w okropnym wątku, lecz moje wykonanie jest diametralnie inne, bo minimalistyczne: bez masy cukrowej lub czekolady plastycznej, więc jakość też wyszła niestety minimalistyczna:/ Ciasto czekoladowe - odradzam biszkopt, bo nie udźwignie wykrojenia paszczy - lepiej murzynek lub zwykłe czekoladowe ciasto ucierane. Przełożenie zrobiłam z konfitury wiśniowej, bo jakoś nikt nie miał ochoty na ciężkie torcisko. Na wierzchu miała być po prostu polewa z gorzkiej czekolady, ale niestety garnuszek z czekoladą wpadł mi do kąpieli, nad którą miała się roztapiać:/ W związku z tym odlałam wody, ile się dało, dodałam łyżeczkę cukru pudru, sporo ekstraktu waniliowego i oleju, po czym rozkręciłam na coś w rodzaju masy, którą następnie wycisnęłam z końskiej strzykawki formując loczki. Oczy, zęby, jęzor to marcepan z dodatkiem czerwieni buraczanej lub kakao. Marcepan okazał się strasznie suchy, więc w czasie zagniatania dolałam ciapkę oleju i soku z cytryny. Do tego jeszcze był las świeczek...
wtorek, 15 czerwca 2010
Ten tort wyszedł mi zupełnie przez przypadek. Miał być biszkopt polany czekoladą, ale czekolada w trakcie roztapiania mi się skluszczyła i musiałam coś wymyślić, bo przecież nie wyrzucę dwóch tabliczek czekolady tylko dlatego, że się nie roztopiła.
Ciemny biszkopt: poncz: polewa: masa: ok. 3 łyżki konfitury różanej Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywno. Stopniowo dodawać cukier, po czym żółtka. Mąki przesiać i połaczyć z jajkami. Na dno tortownicy (18 cm) położyć papier do pieczenia. Wyłożyć ciasto i piec w temperaturze 160ºC około 40 minut. Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Rzucanie wg blogu Dorotki. Gorzką czekoladę roztopiłam w kąpieli parowej. Masło utarłam na krem z cukrem i kawą. Dodałam wystudzoną płynną czekoladę. Deserową czekoladę roztopiłam na łaźni parowej z dodatkiem masła. Ciasto przekroiłam na dwa blaty i nasączyłam kawą. Dolny krążek posmarowałam konfiturą i większością kremu. Przykryłam drugim krążkiem. Wierzch polałam polewą czekoladową a boki posmarowałam resztą kremu. Widelcem zrobiłam wzorek, a Córcia wyciskała rozetki kremu.
Zupełnie przypadkowy i nieplanowany tort zaniosłam do pracy, częstowałam rodziców koleżanek Córci. Wszyscy pytali, co to za okazja i chyba w myślach stukali się w czoło:)
piątek, 30 kwietnia 2010
Chciałabym Wam kogoś przedstawić. Oto Łałuś. A właściwie Łałusinka, ponad pół roku temu, nie jestem pewna dlaczego, zmienił rodzaj;) Psinka Łałusinka, dawniej Łałuś, a bardzo dawno temu WA-WA, to ukochana przytulanka mojej Córci. Ba! Nawet chwilami jej alter ego. Łałusia przyniósł Aniołek pod pierwszą życiową choinkę i od tamtej pory przyrósł do rączki. Spanie, jedzenie, przebieranie, nawet czasem kąpanie, spacerowanie etc... odbywało się ZAWSZE z Łałusiem. Intensywne użytkowanie, co pociągało pranie biednej Psinki kilka razy w miesiącu, sprawiło, że zmienił się nieco jej wygląd. Czego ten psiak nie musiał znosić...
Teraz pomału Łałusinka odchodzi w odstawkę. Nie chodzi już codziennie do przedszkola, nie wisi w ręce na spacerach, ani pod pachą w czasie zabawy. Nawet kilka nocy spędziła poza łóżeczkiem;) Cieszy nas to dorastanie Córci, bo nieco się obawialiśmy wizji Łałusinki w szkolnym plecaku... Jednak sentyment do Łałusia i wdzięczność za kojenie dzieciecych lęków pozostanie w nas na zawsze. W zasadzie Łałusinka urodziny obchodziła w grudniu, ale w tym roku jakoś nie było kiedy ich zorganizować. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Być może to ostatnia okazja;) Poprzednio "piesek" "dostał" "kość". A oto tegoroczny tort (powiedzmy, że imieninowy:)) dla Łałusinki
Ciasto czekoladowe bez jajek, takie jak zwykle, tyle że pieczone w miseczce i muffince, otulone marcepanem, na nosie z dodatkiem kakao. Oczka to zastygnięte krople czekolady. Świeczek tym razem nie było, bo jak wstawić 3,5 świeczki? No i gdzie by je wetknąć? :)
Miłej majówki!
środa, 17 lutego 2010
Wydawałoby się, że takie ciasto nie może nosić miana tortu, a już na pewno nie nadaje się na urodziny. Za proste. W ogóle nie strojne. Zresztą tyle było szumu o księżniczkę tortową... A jednak ostatecznie właśnie takiego ciasta Córcia zażyczyła sobie na urodziny. Biszkopt - jej pierwszy w życiu - z ukochanym lukrem cytrynowym i truskawką.
Biszkopt upiekłam wg przepisu "rzucanego" Dorotki. Ale ilości zmniejszyłam do 4/5 (użyłam po prostu szklanki o objętości 200 ml a nie 250:)) 4 jajka
Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając. Mąki wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do jajek. Dno tortownicy o średnicy 18 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto. Piec w temperaturze 160ºC około 40 minut. Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je na podłogę:) Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Nic a nic nie oklapł:) Na poncz: łyżka soku z cytryny, 2 łyżki wody, łyżeczka Cointreau Na przełożenie: konfitura poziomkowa Dekoracja: malowanka z pisaków tortowych
- Tylko mi nie śpiewajcie "sto lat", bo od tego boli mnie głowa!
piątek, 11 grudnia 2009
Czyli kolejna propozycja świątecznego ciasta dla alergika na diecie bezjajecznej i bezmlecznej.
Ciasto czekoladowo-pomarańczowe: Masa czekoladowa: Na wierzch: Składniki ciasta wymieszać i upiec w tortownicy 18-20 cm w 180°C przez ok. 25 min. Masło utrzeć z cukrem i rozpuszczoną wystudzoną czekoladą. Wystudzone ciasto przekroić na pół i przełożyć masą. Ciasto po wierzchu i z boków oblać czekoladą. Kiedy zastygnie pomalować złotem rozrobionym z kilkoma kroplami likieru. Wzorek miał wyglądać inaczej, ale okazało się, że Jakiś Mały Trol zwinął mi cieniutki pędzelek z miękkim włosiem i upaćkał w plakatówce, a mnie do malowania złotkiem został tylko grubaśny sztywny z silikonu. Szlaczek więc nie był tak misterny, jak planowałam, ale i tak zrobił swoje.
wtorek, 08 grudnia 2009
Mam szlaban na pieczenie (Mikołaj naprzynosił tyle słodyczy, że jeżeli nie rozdam, to starczy nam do przyszłego roku;)) Przy okazji znalazłam różne zdjęcia sprzed kilku lat i uzupełniłam wpisy: I znalazłam jeszcze torty urodzinowe dla W sprzed kilku lat. Ciemny biszkopt, brzoskwinie, bita śmietana z wiórkami gorzkiej czekolady - przepowiadałam mu dom (nie spełniło się)
Jasny biszkopt, mus malinowy, brzoskwinie, bita śmietana - przepowiadałam mu auto i się spełniło:)
czwartek, 27 sierpnia 2009
Posucha cukiernicza nadal trwa. Dlatego też postanowiłam przedstawić ciasto, które upiekłam w czasach, kiedy na moim blogu hulał wiatr i nikt do mnie nie zaglądał (oprócz Andzi czasami:)) Po zjedzeniu takiego ciasta można się wszystkim chwalić, że się jadło pająka:) 1,5 szklanki mąki
Wszystko wymieszać i piec w półokrągłej misce, aż patyczek będzie suchy, czyli jakieś 40 minut w 180 st.C. Po wystudzeniu ściąć twardą skórkę i nadać ciastu bardziej kulisty kształt. Masa borówkowa 2 łyżki dżemu borówkowego (lub z owoców leśnych) Z dżemu, wody i mąki ziemniaczanej ugotować kisiel. Wystudzić i zmiksować z margaryną. Posmarować wnętrzności pająka. Trzeba pamiętać, żeby nigdy nie ponczować ciasta bez jajek, bo zrobi się okropny glut. Niebieska masa Do powleczenia ciasta można użyć lukru plastycznego. Ja użyłam 2 kisieli "Kolorek" Dr. Oetkera utartych z odrobiną margaryny. Nogi to żelki tzw. ołówki. Zgięłam je w 1/3 długości i zostawiłam w lodówce spięte gumką recepturką, żeby stężały zgięte. Chociaż i tak jedna uparcie się prostowała:) Oczy to masa cukrowa, biała i czarna (zabarwiona węglem spożywczym). Najwięcej uciechy wszyscy mieli z urywania pająkowi nóg (skąd w ludziach takie sadystyczne zacięcie? :)) A "nogi pająka" weszły do rodzinnego słownika. Chociaż żal mi było nożem kroić taką uśmiechniętą mordkę, pajączek był całkiem smaczny, choć ciasto było nieco gumowate (byłam głęboko w fazie eksperymentów:)). Przyjaciółka biedronka też została pożarta...
Nie przepadam za farbowaną żywnością, szczególnie, że większość sztucznych barwników sprzyja nasileniu objawów alergii. Ale nawet od zasad można czasem zrobić wyjątek. A dzięki "kolorkom" nie trzeba kupować całego opakowania barwnika. Pajączek był zainspirowany ciastem Debbie Brown (a propos, ta książka już jest powszechnie dostępna w księganiach): Sporty Spider. Pomysł na ciasto się wyklarował, kiedy zobaczyłam w sklepie te długie żelki. Wiedziałam, że coś z nich muszę zrobić. Ale szczerze przyznaję, że niebieskie jedzenie napawa mnie irracjonalnym wstrętem i odrazą.
sobota, 22 sierpnia 2009
Znacie serial: "Wszyscy kochają Raymonda"? Przy okazji rodzinnego spędu wzięłam w nim udział. Nie było wcale śmiesznie. Rodzinne intrygi są zabawne tylko w telewizji. Nawet babcine torty nie osłodziły przykrości wdepnięcia w bagno rodzinnych pretensji. Torty jak zwykle były za słodkie i zbyt tłuste, ale taki już ich urok:) Wykonane wg przepisów na zamazanych karteczkach skrytych w czeluściach pradawnej rozlatującej się książki kucharskiej. Biszkopt orzechowy z kremem kawowym ponczowany herbatą rumem i biszkopt z masą truskawkową z galaretką ponczowany palinką. I jak zwykle dekorację babcia zostawiła mnie. Tradycyjnie o 23.30, kiedy już mi się nic nie chciało, tylko spaaaać... Na skutek waśni, sporów i innych tym podobnych zostało w lodówce po 3/4 każdego tortu, a nie zasłużyły na takie traktowanie. Kto chce kawałek? W zamian przyjmę ofertę sprzedaży ładnego 2-3-pokojowego mieszkania za 5 tys PLN/m2 na południowych lub zachodnich obrzeżach Krakowa. A co tam, nawet cały nowy tort upiekę :D |