|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BARDZO WAŻNE! Wszystkie zdjęcia są moją własnością i nie zgadzam się na ich kopiowanie bez mojej zgody. Jeżeli skorzystasz z mojego przepisu, podaj źródło, a mnie zostaw komentarz, czy smakowało:)
Moje strony
Najlepsze - bez jaj
Napisz do mnie:
Linki kulinarne
Ozdabianie ciast
Tagi
|
Wpisy z tagiem: owocowe
piątek, 10 lutego 2012
Dzieci miewają różne zachcianki, więc lody w zimie nie są aż tak zaskakujące. No ale przecież w końcu się ociepliło;) Lody truskawkowe
Mrożone truskawki przełożyć do lodówki na godzinę, żeby zmiękły, lecz się nie rozmroziły. Tymczasem banana wystawić za okno (-10°C:)) Banan obrać, wrzucić owoce do blendera, ewentualnie podlać odrobiną syropu truskawkowego i zmiksować. Przełożyć masę do foremek na lody (u mnie ciągle te same;)), powtykać patyczki i zamrozić. Mniami! Parę łyżeczek masy rozmrozić i nakarmić niemowlaczka:)
niedziela, 29 stycznia 2012
Niedawno Córcia została zaproszona na przyjęcie urodzinowe koleżanki. Ja i Mamutek też zostaliśmy zaproszeni jako osoby towarzyszące:) Jak zwykle przy takiej okazji zapytałam, czy mam coś upiec dla nas do pogryzienia zamiast tortu urodzinowego, doskonale zdając sobie sprawę, że zazwyczaj mamy nie wiedzą, jak upiec ciasto bez jajek i nabiału. Mama koleżanki zapewniła bezpieczne przekąski i kanapki, ale przepraszając poprosiła o przyniesienie jakiegoś wypieku. A w to mi graj, bo co jak co, ale od pieczenia to ja się nie migam:) Po pierwsze przyniosłam muffinki, bo się je robi i je łatwo, szybko i przyjemnie.
Muffinki czekoladowo-pomarańczowe 1,5 szklanki mąki Suche składniki trzeba zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać tylko do połączenia składników. Przełożyć do foremek muffinkowych wysmarowanych oliwą i piec ok. 18-20 minut w 175°C, do suchego patyczka. Babeczki wyrosły tak puszyste, że nie wiedziałam jak je studzić, bo tak delikatne ciasto na ciepło zapadało się pod własnym ciężarem. Poustawiałam je do góry dnem na foremce, choć i tak jechały w gości jeszcze ciepłe.
W, któremu zostawiłam 2 sztuki, stwierdził, że były rewelacyjne i były to jedne z najlepszych babeczek jakie jadł. Może dlatego, że pomimo tylu lat wciąż nie przyzwyczaił się do smaku koziego mleka, którego w tym wypieku nie było, bo mi się skończyło:) Tak więc całkowicie wegańskie muffinki podbiły serce mojego męża. Ja osobiście wolałabym dodatek świeżej startej skórki a nie kandyzowanej, natomiast i tak pochłaniałam je z wielką przyjemnością.
piątek, 20 stycznia 2012
Ciasto na szybkiego;) Nie miałam weny, a coś trza było podać. Cóż poradzić, ze względu na aurę jesteście skazane na zdjęcia ostatnich kawałków ;) Nie mam lamp studyjnych, a nawet jakbym miała, to pewnie i tak bym nie wiedziała jak ich używać :P Czekoladowe ciasto z borówkami: 1,5 szklanki mąki 2 garście mrożonych borówek czarnych Suche składniki trzeba zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać metodą muffinkową tzn. tylko do połączenia składników. Dodać 3/4 borówek, przełożyć do wysmarowanej tortownicy 18 cm, posypać resztą borówków i piec ok. 30 minut w 175°C, aż wykałaczka będzie wychodziła nieoblepiona, lecz nie dłużej. Bardzo dziękuję, że podzieliłyście się ze mną swoimi planami na ten rok. Swoje opiszę w weekend bo po 5 ząbkowych nocach to marzę tylko o śnie... Buziaki!
wtorek, 17 stycznia 2012
Ostatnio coś często piekę ciasta bananowe, ale zima to dla mnie sezon na te owoce. Mamutek co rusz sięga po "dorosłe" jedzenie, upiekłam więc ciasto z samych bezpiecznych dla niego składników, żeby móc dać mu kawałek do ciamkania. Ciasto jest bez cukru, bez mleka, bez jajek, bez margaryny, bez kakao, bo Smarkacz jeszcze dużo za młody, na słodycze i czekoladę. Na orzechy chyba też, chociaż bardzo by pasowały. Mleka koziego wolę jeszcze mu nie dawać, a przepiórcze jaja szkoda marnować na ciasto.
4 duże mega dojrzałe banany Banany rozgnieść tłuczkiem do ziemniaków. Dodać resztę składników i wymieszać. Przełożyć do keksówki wyłożonej papierem. Piec w 180°C przez około 45 minut do suchego patyczka.
Smakowało wszystkim, Mamutkowi też;) A kwiatek Córci z przedszkola :)
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Ciasto z letniej szkoły pieczenia Kasi wypatrzyłam u Zauberi i bardzo mi się spodobało. Wykonałam go z licznym modyfikacjami, niektórymi niezamierzonymi. Margaryny Kasi nie użyłam z oczywistego powodu - zawiera mleko. Torcik bardzo mi się chciało zrobić, bo chciałam poużywać mojego nowego miksera do mieszania, a nie tylko jako tarkę;) Miał to być mój tort urodzinowy, ale że cały ten dzień do późnego wieczora spędziłam w pracy, to torcik w końcu piekłam w czasie Świąt. Zmniejszyłam ilość masy, żeby tort dopasować do mojej tortownicy (18 cm), jednak i tak musiałam podwyższać brzegi folią introligatorską, bo nie zmieściłaby się cała galaretka.
Tort z kaszy manny kostka margaryny lub masła Kaszę ugotować na mleku, ciągle mieszając, żeby się nie przypaliła. Wystudzić. Margarynę utrzeć z cukrem. Dodawać po łyżce kaszę, ciągle ucierając. Masę podzielić na dwie części, do jednej dodać łyżkę kakao, a do drugiej wanilię. Ja tego nie zrobiłam, ponieważ okazało się, że ostatnią łyżkę kakao wytrzepałam z pudełka do upieczenia spodu, a w święta sklepy nieczynne... Dno tortownicy (u mnie 18 cm) wyłożyć papierem do pieczenia, na to położyć spód ciasta, nasączyć go syropem z brzoskwiń. Na ciasto wyłożyć połowę kaszy, rozmrożone maliny i drugą warstwę kaszy. Z brzoskwiń odlać 1/2 szklanki syropu, wymieszać z żelatyną i odstawić do spęcznienia. Brzoskwinie zmiksować z sokiem z cytryny. Napęczniałą żelatynę rozpuścić na palniku i wymieszać ze zmiksowanymi owocami. Masę brzoskwiniową przełożyć na kaszę i odstawić do lodówki by stężała. Gotowy torcik udekorować kiwi. Ale uwaga, jeżeli nie zjecie od razu całego tortu, to kiwi zeżre żelatynę, więc lepiej udekorować innymi owocami.
Przepis wymaga jeszcze podrasowania bardziej do mojego gustu. Najgorzej wypadła warstwa brzoskwiniowa, która pomimo dodania cytryny była nieco mdła. Ponadto polecam trzymanie się sugestii, żeby rozdzielić masę na dwie warstwy: waniliową i kakaową, bo taka jedna gruba warstwa jest po prostu nudna i tylko maliny ją rozbudzały. No i biszkopty by się przydały, ale kompletnie nie miałam czym bezjajecznym ich zastąpić, ani nawet pomysłu innego nie miałam.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Pomysł stary jak świat i na pewno już był na blogach i na pewno ładniej sfotografowany ;)
Ale kupiłam tak wielkie i miękkie mandarynki, a na zewnątrz zawiało śniegiem, że nie mogłam się powstrzymać, żeby nie przywołać świątecznego nastroju już teraz.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Przeszukiwałam ostatnio puszkę w celach inspiracyjnych i znalazłam bananowiec, który przypomniał mi, że na oknie leżą banany i leżą i leżą i chyba już im się nudzi to leżenie. Ciasto zrobiłam oczywiście po swojemu, bo jak zwykle nie przepisałam sobie przepisu;/ Zapamiętałam tylko, że trzeba 2 szklanki mąki i około kilograma bananów. Efekt bardzo polecam, choć wygląda szaroburo.
5 dużych dojrzałych bananów (takich co już się wybierają na spacer) Banany rozgnieść widelcem. Dodać resztę składników i wymieszać. Przełożyć do keksówki wyłożonej papierem. Piec w 180°C przez około 45 minut do suchego patyczka. Keksówka to nowy nabytek i jeszcze muszę się nauczyć w niej piec, bo jak widzicie od spodu złapał lekki glucik.
Pyszny chlebek, wspaniale smakuje z orzechami, jednak trochę sobie plułam w brodę, że je dodałam, ponieważ Mamutek się dorwał do ciasta, a wydaje mi się, że jest jeszcze zbyt młody na orzechy i w efekcie musiałam mu wybierać kawałki bez nich.
niedziela, 27 listopada 2011
Choć tort to może zbyt szumne określenie, to właśnie taką funkcję pełniło to ciasto. W sumie to tylko na tyle miałam siły i czasu, bo Młody Bandyta nieźle daje w kość, ale Jubilat nie narzekał na brak masy i lasu świeczek;) Ciasto z malinami upieczone na rocznicę bardzo nam smakowało, więc postanowiłam je powtórzyć, tylko tym razem z malinami mrożonymi i sosem czekoladowym.
Czekoladowe ciasto z malinami: 1,5 szklanki mąki 2 garście mrożonych malin Suche składniki trzeba zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać metodą muffinkową tzn. tylko do połączenia składników. Dodać maliny, przełożyć do wysmarowanej tortownicy 18-20 cm i piec ok. 30 minut w 175°C, aż patyczek będzie wychodził nieoblepiony. Po wystudzeniu ciasto polałam grubo sosem czekoladowym jako polewą. Na wierzchu ułożyłam z malin ogromną liczbę lat Jubilata i podałam dodatkowy sos do polewania ciasta na talerzykach. Sos czekoladowy (dokładny opis pod linkiem):
wtorek, 22 listopada 2011
Zauważyłyście, że z teleturniejów tasiemcowych zawsze odpadają ci uczestnicy, którzy narzekają, że są już zmęczeni? Ludzie nie chcą oglądać narzekania, sami są zmęczeni codzienną harówką i chcą widzieć innych pełnych werwy, energii i zapału. Chcą widzieć zwycięzców, a nie oklapniętych luzerów. Nie będę narzekać! Choć to nie wyścig o złocone kalesony, to chciałam napisać o tym, jaka jestem zmęczona, jak mam dosyć niedospania, bo Mamutek je kilkakrotnie w ciągu nocy, wstaje o świcie, cały dzień chce na mnie wisieć, a do późnego wieczora siedzę z Córcią, bo tylko wtedy mamy czas tylko dla siebie. Jak męczące jest przygotowywanie nowych wykładów z niemowlakiem szarpiącym za włosy, i ze świadomością, że studenci i tak nie spróbują wykrzesać z siebie choć odrobiny entuzjazmu. Jak potwornie wykańczające jest zastanawianie się: co ugotować na obiad, kiedy niezależnie od tego, co ugotuję, to przynajmniej jedno z moich dwojga umiejących posługiwać się mową artykułowaną stołowników będzie narzekać (czemu bez mięsa, znowu mięso, a to czerwone to co to jest, nie mogę zamówić sobie pizzy?). Jak wpadam w depresję na zakupach widząc windujące z dnia na dzień ceny. Jakim cierpieniem jest ssanie w żołądku na widok serników na innych blogach. Jak dobijające jest zapalenie gardła, którego nie mam czym wyleczyć. Ale nie będę narzekać! Po pierwsze przez moje dzieci, które uśmiechają się najpiękniej na świecie. Po drugie przez W, który ma bardzo szerokie i ciepłe ramiona. Po trzecie przez studentów, którzy z zapałem chodzą na moje zajęcia, ciesząc się, że nie będą to dla nich godziny zmarnowane (choć jeżeli coś podobnego usłyszę jeszcze na biochemii to chyba padnę na zawał:D). Po czwarte przez żołądek wypchany do granic możliwości sałatką owocową. O!
środa, 16 listopada 2011
Zapomnijcie, że w ogóle narzekałam przy czyszczeniu owoców róży karbowanej! Dzika róża to jest dopiero wyzwanie. Konfitura z owoców dzikiej róży (Rosa canina, czyli psia róża) 1 kg wypestkowanych owoców dzikiej róży Owoce wypłukać i zamrozić, można też wykorzystać owoce zebrane po pierwszych przymrozkach. Osobiście się waham nad tym, co jest gorsze: czyszczenie owoców przemrożonych, czy nieprzemrożonych? Konfiturę zrobiłam tylko z 1 szklanki owoców, bo chybabym oszalała decydując się na więcej! Z owocami dzikiej róży niezmrożonymi należy postępować tak: Natomiast owoce przemrożone rozpadają się w palcach. Wystarczy lekko ścisnąć i wychodzi cało gniazdo nasienne w całości, niestety zazwyczaj razem z miąższem i w palcach najczęściej zostaje sama skórka:/ Cóż, dla mnie to przygoda i smak folkloru, ale dawniej ludzie w biedzie wykorzystywali każde źródło pożywienia i nie marudzili, że ciężko wydłubać. Szczególnie że owoce dzikiej róży są niezmiernie cennym źródłem witaminy C (do 40 razy więcej niż w cytrusach). Natomiast jako naukowiec jestem cholernie zaciekawiona jak to jest z askorbinazą w dzikiej róży. Znalazłam dwie publikacje dostarczające zupełnie sprzecznych informacji: w jednej stało, że aktywność askorbinazy w róży jest śladowa i nie trzeba się spieszyć, natomiast w druga podawała, że aktywność różanej askorbinazy jest niezmiernie wysoka i dlatego owoce róży natychmiast po naruszeniu ciągłości tkanek trzeba sparzyć, ponieważ spowoduje to zaledwie ubytek 40% witaminy C, zaś bez tego askorbinaza w niecałą godzinę rozłoży 99% kwasu askorbinowego. To w końcu jak jest? Sok jabłkowy (naturalne pektyny) trzeba zagotować z cukrem i do wrzącego syropu wrzucić owoce. Gotować, mieszając przez pół godziny, zbierając szumowiny. Odstawić do wystudzenia. Następnego dnia ponownie gotować, aż skórka owoców zmięknie. Przełożyć do wysterylizowanych słoików i zapasteryzować. Ponieważ jest to przepis przekazywany z dziada pradziada (babci prababci?) dopisuję go do akcji Gotujemy po polsku pod patronatem zPierwszegoTloczenia.pl.
wtorek, 15 listopada 2011
Przepis znaleziony u Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce kucharskiej: "Jedyne praktyczne przepisy konfitur, różnych marynat, wędlin, wódek, likierów, win owocowych, miodów oraz ciast" wydanej w 1885 r. Przepis na galaretę różaną znajduje się na stronie 107 wydania 15 z roku 1983:
A efekt wygląda tak: Galaretka jest do wykonania w czerwcu lub teraz, jeżeli dysponujecie zamrożonym agrestem i zamrożonymi płatkami róż lub domową wodą różaną. Przepis dopisuję do akcji Gotujemy po polsku pod patronatem zPierwszegoTloczenia.pl. Zagadka: co karob ma wspólnego z diamentami? Skoro nam karob smakuje bananami, to postanowiłam to wykorzystać i połączyć z nim właśnie banany.
Owsiane ciasteczka bananowe z karobem 2 duże banany Banany rozgnieść widelcem, dodać karob i płatki owsiane. Wykładać łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i piec ok 15 minut w 190°C. Pyszne!
wtorek, 25 października 2011
Uwielbiam róże, ale o tym wiecie. Uwielbiam jeść róże, o tym też wiecie:) Postanowiłam przenieść swoje uwielbienie z kwiatów na owoce i przygotować konfiturę. Przepis jak najbardziej na czasie, bo choć owoce róż już dawno dojrzały, to zbierać je można nawet po przymrozkach. Akurat je zmroziło, więc będą łatwiejsze do obierania. Choć wg mnie przy róży karbowanej nie jest konieczne. I to jest jeszcze jeden powód by lubić róże: plon można zbierać dwukrotnie, najpierw płatki, później owoce.
Konfitura z owoców róży 500 g wypestkowanych owoców róży karbowanej (fałdzistolistnej alias pomarszczonej) Ja jednak obrałam tylko 200 g owoców, bo Mamutek zaczął się drzeć, a resztę mi zjadła na surowo Córcia. Cukru dałam tylko 80 g, ponieważ na takie ilości nie było sensu robić konfitury do długotrwałego przechowywania. Dodałam też odrobinę soku i skórki z cytryny do zaostrzenia smaku, co można pominąć. Najgorszą czynnością jest czyszczenie owoców. Po pierwsze radzę ubrać rękawiczki, bo inaczej przez tydzień będziecie mieć pomarańczowe palce. Każdemu owockowi trzeba odciąć ogonek, wyciągnąć szypułkę, przeciąć go wzdłuż i wyciągnąć nasiona razem z włoskami pokrywającymi wnętrze owocu. Ja owoce po prostu rwałam a pestki wyciągałam końcem trzonka łyżeczki. Szczerze mówiąc jest to jedna z tych czynności, przy których można zwariować! Okazuje się, że można zagotować owoce w całości i przetrzeć przez sito, oddzielając w ten sposób pestki. Dzięki, Małgosiu:) Wodę zagotować z cukrem i do wrzącego syropu wrzucić owoce. Zagotować i odszumować. Odstawić do wystudzenia, po czym przetrzeć przez sito. Ponownie zagotować, dodać cytrynę (w oryginalnym przepisie jej nie było, ale chciałam nieco ożywić smak) i przetrzeć przez sitko. Przełożyć do wysterylizowanych słoików i zapasteryzować. Przepisów na konfitury z owoców róży znam dwa i może w tym sezonie uda mi się przetestować jeszcze i drugi. Szczególnie, że mam chrapkę na dziką różę, czyli psią różę (w moim przypadku, to róża podwójnie psia), która w tym roku wyjątkowo obrodziła.
piątek, 21 października 2011
Tak jak zapowiadałam podczas reaktywacji szarlotki sypanej Córcia zażyczyła sobie taką samą tylko z żurawiną. Bałdzo dobłe! Było:) Szarlotka była większa i grubsza, ponieważ składniki odmierzałam kubkami 330 ml, a nie szklankami 250 ml. Żeby zrównoważyć przybytek suchych ingrediencji dodatkowo polałam ciasto oliwą. 1 kubek mąki Suche składniki zmieszać i połowę wysypać do formy. Rozłożyć na to warstwę startych jabłek zmieszanych z żurawiną, oprószyć obficie cynamonem i przykryć drugą połową sypkiej mieszanki. Na wierzchu rozłożyć kawałeczki margaryny, polać oliwą i piec w 180°C przez 40 minut. A to nie koniec wariacji... Wygląda na to, że już mi przeszło obrzydzenie do tego ciasta;) Dodaję do akcji żurawinowej i jabłkowej.
czwartek, 13 października 2011
Starzeję się. Są takie chwile, kiedy to do mnie dociera. Tak, tak, wiem, mamy tyle lat, na ile się czujemy. Jednak są chwile, kiedy czuję, że mam więcej niż moje dwadzieścia. Fizjologia człowieka jest nieubłagana, mniej więcej do 20 roku życia rośniemy, później się już tylko starzejemy... Uszy już nie drwią bezkarnie z mrozu, a pod płaszcz muszę zakładać dodatkowy sweter Nigdy nie lubiłam pieczonych jabłek. Były dla mnie zaprzeczeniem samej idei jabłkowości. Kwintesencją jabłek jest ich jędrność, donośna chrupkość, świeża soczystość. A po upieczeniu miękkie to, rozmlaskane, ociekające... Starzeję się... A może po prostu dojrzewam? Polubiłam tą aksamitną słodycz rozpulchnionego owocu. po jabłku na łebka (średnio twarde, nie za słodkie, tu akurat młode lobo) Jabłka umyć. Nożykiem wydrążyć gniazda nasienne. Są do tego specjalne wykrawaczki, jednak moim zdaniem, nie są zbyt dokładne i zostawiają za mało miejsca na nadzienie. Nałożyć do środka żurawinę zmieszaną z konfiturą. Żurawinę można wcześniej namoczyć w nalewce (mmmmalinowej) lub innym smakowicie owocowym alkoholu. Jako że z Mamutkiem nie tylko dzielę płyny fizjologiczne, lecz również gotowe jabłuszka, więc cierpię wersję abstynencką. Młoda jest za młoda i tak jak ja za młodu nie lubi pieczonych jabłek. A czemu jabłka na Różowy Tydzień? Czyżby dwa jędrne/sflaczałe jabłuszka z czymś Wam się kojarzyły? Hę?... Ja miałam na myśli tylko to, że różowe są w środku:) Jeżeli tak jak ja, macie już skończone 20 lat, to pamiętajcie, żeby o siebie dbać.
poniedziałek, 10 października 2011
Nie przesadzam. Należę do osób, które odrzuca zapach octu balsamicznego i z tego powodu bardzo długo nie odważałam się po niego sięgać. Jednak dolewam go, zamiast zwykłego octu, do niemal każdego pieczonego przeze mnie ciasta, a już barszczu to nie potrafię sobie wyobrazić bez jego dodatku. Coś w nim takiego jest, jakaś kulinarna magia, która sprawia, że pomimo iż sam jest odstręczająco kwaśny, to nadaje potrawom niespodziewanej słodyczy. RÓŻANY SYROP BALSAMICZNY 3 łyżki octu balsamicznego Składniki gotować do uzyskania konsystencji nitkowatego syropu. Uzyskany syrop wystudzić i napełnić nim wnętrze malin. Takie owocki nadają się jako samodzielny deser drażniący i pieszczący wszystkie kubki smakowe lub jako nadzienie do tartaletek. Pomysł nadziewania malin balsamico widziałam już wiele razy u różnych szefów kuchni, różany syrop balsamiczny jest do gruntu mój. Już nie mogę się doczekać na powtórzenie go z truskawkami:)
poniedziałek, 03 października 2011
Tak, to miały być lody:) Wymarzyły mi się lody czeko-śliwka, ale w trakcie robienia spróbowałam na ciepło... i takie właśnie zjedliśmy.
Mus czekoladowo-śliwkowy 300 g śliwek węgierek Śliwki posiekałam i poddusiłam w niewielkiej ilości wody. Kiedy zmiękły odstawiłam do wystudzenia. Zmiksowałam na gładko z dodatkiem wanilii i znów lekko podgrzałam, żeby rozpuścić w śliwkach czekoladę. I wtedy właśnie spróbowałam... I przepadłam:) Nałożyłam szprycą do miseczek. Mniam! P.S. Chlapka whisky lub rumu by nie zaszkodziła:D
wtorek, 27 września 2011
Oj, ostatnio zaroiło się od takich ciast na blogach, zaroiło;) I słusznie! Ale tylko u mnie jest ciasto bez jajek:D Za podstawę wypieku z malinami oczywiście użyłam mojego rewelacyjnego ciasta bez jajek i bez mleka krowiego :P
Kochane Mamy Małych Alergików i Weganki: koniecznie je upieczcie!!! Bo pyszne to ciasto niesamowicie. Dodatek słodko-kwaśnych malin do czekoladowego ciacha jest boski! Malin u nas jest w bród, te nowe odmiany owocują aż do listopada, ale można też użyć mrożonych. Nie wiem, jak ciacho wyjdzie z karobem, ale warto spróbować:) Nie jestem pewna, czy to za sprawą sody, której użyłam do pieczenia zamiast proszku (dawno mi się skończył a zapominam kupić;)), ciasto wyrosło niesamowicie puszyste.
Czekoladowe ciasto z malinami: 1,5 szklanki mąki 2 garście malin Suche składniki trzeba zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać metodą muffinkową tzn. tylko do połączenia składników. Dodać połowę malin, przełożyć do wysmarowanej tortownicy 18 cm, posypać resztą malin i piec ok. 30 minut w 175°C, aż patyczek będzie wychodził nieoblepiony, lecz nie dłużej.
Chciałam jeszcze zrobić sos czekoladowy, który pojawił się w pierwszym odcinku drugiej serii "Łakoci Bożeny Sikoń", ale czas i Mamutek są nieubłagani, a ciasto i tak było pyszne. Program Pani Sikoń, sobie nagrałam z powodów "służbowych", bo tematem były jadalne kwiaty ;) Patera zaprezentowana na wstępie zwiastowała wielkie emocje, ale skończyło się na konfiturze różanej, hibiskusie i kandyzowanych fiołkach. Czyli przepisy bezpieczne i łatwe do powtórzenia w domu. Rozczarowana czułam się tylko odrobinę, w końcu od takich właśnie przepisów najlepiej zaczynać kwiatożerstwo, ale przynajmniej przepis na sos sobie zapisałam: 300 g cukru Tak czy siak było to genialne ciasto rocznicowe. Dzisiaj piekę je znowu:)
czwartek, 22 września 2011
Taki na powitanie słonecznej jesieni... Kiedy po raz pierwszy robiłam sorbet z malin przygotowywany metodą bananową okazało się, że zmrożone maliny są za suche, żeby się dobrze zmiksowały z bananem, więc dolałam do blendera przecier malinowy (maliny + cukier) od cioci. Ale kiedy ponownie nabrałam ochoty na lody malinowe, dolałam syrop z płatków róży. Wyszła... MAGIA! Sorbet malinowo-różany pół banana (zamrożonego w plasterkach) Banana wrzucić do blendera, dodać tyle malin, ile tylko się zmieści, dolać syrop z płatków róż i zmiksować na gładką lodową masę. Zjadać od razu. Kwiatożerna jestem cały czas, poza tym uczestniczę w konkursie Róży Polskiej. A Was ponownie zapraszam do konkursu na nazwę dla mojego napoju z fiołków i lawendy przygotowanego dla Gastronomii na Obcasach.
środa, 31 sierpnia 2011
Tak akurat na koniec wakacji;) Koleżanka z placu zabaw podzieliła się przepisem na lody, które notorycznie popełnia. Choć jej dzieci żadnych alergii nie mają, robi je co chwilę, bo są tak proste i smaczne. Poza tym bez dodatku cukru, słodzików, barwników, emulgatorów etc. Od razu je zrobiłam. Ech, że też dopiero teraz je poznałam! Wegańskie lody. Owocowe, bez jajek, bez jakiegokolwiek mleka. Bardzo kremowe (co jest zasługą bananów) i bardzo sycące, więc raczej ciężko je nazwać sorbetem. Koleżanka robi z truskawkami, ja przygotowałam borówkowe.
Banana pokroić na plasterki i wstawić do zamrażarki na przynajmniej pół godziny (ale mogą sobie tam nawet mieszkać). Wrzucić do blendera razem z zamrożonymi borówkami (dałam 3 garście) i zmiksować na gładko. Ja dodałam jeszcze odrobinę soku wyciśniętego z cytryny. Lody są czysto owocowe, pyszne i rzeczywiście bardzo kremowe. W dodatku błyskawiczne do zrobienia - żadnego mieszania co pół godziny. Wystarczy mieć blender;) Tyle lat bez niego żyłam, a teraz ciągle okazuje się, że sprzęta agiede jednak przydatne są.
Już żałuję, że mam tak mało borówek w zamrażarce;) Ale nic to, jeszcze przecież są truskawki, wiśnie, żurawina... |