| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31


Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
ROZKWIASZCZONY BLOG KULINARNY - jadalne kwiaty i pyszne chwasty, słodkości bez jajek i bez mleka krowiego - Małgorzata Kalemba-Drożdż

czekoladki

poniedziałek, 29 maja 2017

Obiecałam przygotować zdrowe przekąski na szkolną imprezę ale że czasu zupełnie mi nie styka, to poszłam po najmniejszej linii oporu i przygotowałam trufelki. A właściwie zatrudniłam do nich Córcię ;)

 czekoladowe trufle z czarną solą

Czekoladowe kulki obtaczane różnościami

400 g wydrylowanych daktyli
100 g gorzkiej czekolady

do obtaczania: sól w kryształkach (czarna cypryjska), sezam (czarny), cynamon, chilli, migdały, mielone orzechy, wiórki kokosowe itp.

Daktyle zalać odrobiną wody i dusić na malutkim ogniu, rozgniatając je tłuczkiem do ziemniaków na gładką masę. Trzeba uważać, żeby nie przypalić. Zdjąć z ognia i dodać połamaną na kawałki czekoladę i wymieszać. Masę odstawić do wystudzenia, potem wstawić do lodówki.
Od tego momentu to już jest robota idealna do zrzucenia na dzieci :D Nabierać około łyżeczki masy i formować z niej kulki. Kulki obtaczać w wybranych dodatkach i odkładać do papilotek (albo i nie). Soli albo chilli wystarczy tylko dotknąć jedną stroną trufelka, żeby nie przesadzić z intensywnością smaku. Nie planowałam takich mrocznych klimatów, ale tak wyszło, że akurat miałam tylko czarny sezam i sól też czarną (cypryjską). 

Smacznego!

piątek, 14 kwietnia 2017

Taki pomysł na szybko, ale wyszły dość sympatyczne wielkanocne słodkości :)

trufelki wielkanocne, wielkanocne gniazdka marcepanowe, wielkanocne trufle daktylowe

Trufle gniazdka wielkanocne

masa daktylowo-orzechowa, taka jak w truflach Wombata
marcepan tu jest przepis na domowy
jajeczka czekoladowe lub cukrowe

Z masy trufelkowej uformować niewielkie gniazdka. Można je umieścić w małych papilotkach. Marcepan przecisnąć przez praskę do czosnku (czystą!!! ;)) i wyściełać nim gniazdka. Na wierzchu ułożyć cukrowe lub czekoladowe jajeczka. Można też je utoczyć z marcepana turlanego w kakao lub karobie.

wielkanocne trufelki, trufle bakaliowe z marcepanem, wielkanocne słodkości

Smacznego i spokojnych Świąt!

sobota, 14 stycznia 2017

Bardzo proste i zdrowe trufle. Zazwyczaj trufelki toczy się na okrągło, jednak nie mogłam sobie ich poukładać do zdjęcia, więc stwierdziłam, że przerobię je na sześciany, żeby mi się nie turlały. Co naprowadziło mnie na skojarzenie z bobkami wombatów. Wombaty są przesłodziutkimi torbaczami, takie skrzyżowanie misia z króliczkiem. Prowadzą nocny tryb życia, grzebią nory w ziemi i pociesznie się turlają. Ogólnie są przesłitaśne! A czy wiedzieliście, że wombaty robią kostkowate bobki? :P
Tak, wiem, mało apetyczne porównanie zaserwowałam, jednak ma ono swoje głębsze uzasadnienie ;) Ale najpierw trufle.

trufle wombata, słodka kostka, zdrowe słodycze

Trufle Wombata

garść miękkich daktyli
garść orzechów
ewentualnie szczypta cynamonu lub przyprawy piernikowej

Daktyle wydrylować i zmiksować pulsacyjnie z orzechami i dodatkiem cynamonu. Jeżeli daktyle są zbyt twarde, można je wcześniej namoczyć chwilę w ciepłej wodzie i porządnie odcedzić. Ale zasadniczo lepiej kupić nie kamiennie twarde wydrylowane daktyle tylko mięciutkie z pestkami i sobie je wydrylować. Dla mnie osobiście największą trudnością jest niepożarcie wszystkich owoców w czasie tej czynności :P

Z masy formować trufelki - kulki lub kostki, wedle uznania ;)
Można je jeszcze obtoczyć w mielonych orzechach, kakao lub karobie.

trufle daktylowe, zdrowe słodycze, trufle daktylowo-orzechowe

 

Dlaczego trufle od razu skojarzyły mi się z wombatami? Jakiś czas temu wpadł mi w oczy artykuł o wombacich bobkach, w którym autorzy wysuwali tezę, iż sześcienne bobki wombata są ewolucyjnym przystosowaniem. Celem kostkowatości bobków miało być zapobieżenie ich turlaniu się. Skoro się nie odturlają, to zapach zwierzęcia długo będzie się utrzymywał w danym miejscu i oznaczał terytorium. Artykuł był zilustrowany pięknym zdjęciem stosiku kostek na obalonym pniu drzewa klik. I tu dla mnie pojawiło się kilka problemów. Po pierwsze czemu mały wombat miałby wspinać się na wielką kłodę, żeby grzmotnąć ładnie poukładane bobki, skoro zazwyczaj australijscy farmerzy znajdują je tam, gdzie bywają wombaty, czyli na ziemi? Krótko mówiąc, to zdjęcie to ściema, bo wombaty po fakcie nie bawią się w układanki, tylko biegną dalej. Po drugie, jakoś nie zauważyłam, żeby kozie bobki, baranie, kurze, czy nawet krowie placki gdziekolwiek się turlały. Po trzecie mamy tu do czynienia z najczęstszym błędem rozpatrywania zjawisk ewolucyjnych: założeniem, że mają cel. W ewolucji nie ma celu, możemy najwyżej rozpatrywać skutek i przyczynę. Skutkiem faktycznie mogłoby być unieruchomienie bobków, by znaczyły teren, jednak czy to rzeczywiście taki wielki zysk? A przyczyny? Przyczyny sześciennego kształtu trzeba by doszukiwać w budowie zwieracza, zastanowić się, jakie narządy/mięśnie uciskają ujście jelita grubego wombatów, a nie wymyślać bajki o ewolucyjnym zysku z zapobieżenia turlaniu.

Ot, popatrzcie na zięby Darwina. Przy niedoborze robaczków, zobaczyły ziarenka i szyszki i ot nagle zmienił im się kształt dzioba, żeby mogły się najeść? Serio? A tak to jest przedstawiane w materiałach popularno-naukowych. A tymczasem najpierw były zmiany - mutacje - i rodziły się ptaki z dziwnymi dziobami, którymi kiepsko się łapało robaki. Ale głodny ptak pchał do dzioba wszystko co popadło i nagle się okazało, że dla mutantów szyszki są super wygodne do dziobania. Może dlatego teoria ewolucji ma typu przeciwników? To nie jest kwestia braku dowodów, tylko problem niewłaściwego wytłumaczenia (tak tylko przypomnę, że określenie "teoria" w nauce oznacza nie coś względnego czy domniemanego, lecz wprost przeciwnie: to forma zestawienia wiedzy dobrze udokumentowana, rygorystyczna i logicznie spójna).

Równie denerwujące, co powszechne, jest twierdzenie, że człowiek jest dwunożny, bo dzięki temu było mu łatwiej przynosić łupy i używać narzędzi. Czyli zakładamy, że hominidy najpierw chciały daleko chodzić i mieć wolne łapy, więc dlatego stanęły na tylnych kończynach. Ha ha ha! Ewolucja nie dąży świadomie do uzyskania osobników o określonych cechach! Nie dąży świadomie do uzyskania najlepiej przystosowanych cech, tylko przeżywają osobniki, które po prostu sobie radzą w danym środowisku. Najpierw jest mutacja, a dopiero potem się okazuje, czy taki osobnik przetrwa. Albo nowa cecha rzeczywiście pomaga w przetrwaniu, albo po prostu w nim nie przeszkadza. A jak mutant się spodoba i znajdzie partnera seksualnego, to się rozmnoży i mutacja się rozpowszechni w populacji, nawet jeśli nie niesie ze sobą jakiejś doraźnej korzyści przystosowawczej. Nawet jeśli jest bublem konstrukcyjnym jak nasze kolana, staw skokowy, czy krtań. 

A zmiany dzieją się cały czas. Informacja genetyczna nie jest stabilna, wciąż podlega modyfikacjom. Co rusz w każdym gatunku rodzą się osobniki nieco odmienne. Geny mieszają się, niektóre polimorfizmy się rozprzestrzeniają, inne zanikają. Im większa różnorodność populacji, tym większa szansa, że pod wpływem silnej zmiany środowiskowej w ogóle którykolwiek osobnik przeżyje. Gdyby nie było zmienności genetycznej, to populacja jednakowych osobników doskonale przystosowanych do danych warunków, przy zmianie warunków -  wyginęłaby w całości. Natura nie ma celu, szuka na ślepo i tylko ciągłe zmiany chronią przed totalną zagładą. Tylko różnorodność daje szansę, że w nowych warunkach któraś pula genowa przetrwa. Niekoniecznie najlepsza, bo ogólnie chodzi o to, żeby mutant miał fuksa.

W innym artykule pewien profesor dowodził, że ponieważ obecnie śmiertelność niemowląt prawie nie istnieje, więc ewolucja człowieka stanęła. Absolutnie się z tym nie zgadzam! Po pierwsze wciąż mamy wirusy, jako czynnik, który potrafi silnie różnicować i to naraz większe grupy osobników. Kto wie, czy nie przytrafi się jakaś pandemia, która ostro przetrzebi populację pozostawiając jedynie osobniki odporne na patogen. Albo przeżyją tylko te osobniki, które akurat mieszkają na wyspie, gdzie nie dotrze choroba. Albo wirus indukuje powstanie jakichś nowych cech, a czy te cechy przetrwają, to się dopiero okaże. Brzmi to trochę jak film o zombie, ale tak też to może działać. W naszym DNA jest pełno pozostałości po różnych wirusach, one też mogły mieć wpływ na to, jak teraz wyglądamy.

A po drugie, na ludzi wciąż działają czynniki różnicujące.
W tej kategorii możemy rozpatrywać zanieczyszczenia środowiska, w skali naszego gatunku to zupełnie nowy czynnik, który może modyfikować zdolności rozrodcze H.sapiens. Ostatnio obserwuje się problemy właśnie na tym polu w niektórych populacjach... Wcale nie trzeba rodzić kilkunastu dzieci, by doświadczyć doboru naturalnego poprzez obserwację, które z nich przeżyją, ponieważ uniemożliwienie przekazania genów jest również wybitnym przejawem działania doboru. Geny osobnika, który przy silnym obciążeniu metabolizmu toksynami nie potrafi utrzymać zdolności rozrodczych, wypadają z puli.

No i mamy jeszcze żywność, czynnik oddziałujący na organizm nieustannie i konstytutywnie. Nie sposób wykluczyć presji, jaką jedzenie wywiera chociażby na możliwość zapłodnienia, czy przetrwanie zarodków. Obecnie jesteśmy eksponowani na ogromną ilość różnorodnych substancji mogących oddziaływać na DNA, a które są zawarte w żywności (np.: HCA) lub w naszym otoczeniu (jak plastiki, smog), a które również mogą wpływać na zdolności rozrodcze, immunologiczne lub metaboliczne.

Zatem wciąż wywierana jest presja środowiska na człowieka. Środowisko może indukowac zmiany w DNA, a może też różnicować możliwości przeżycia określonych puli genetycznych. Ewolucja trwa. Oczywiście, że oszukujemy ją, ile wlezie. Choćby dlatego, że partnerzy częstokroć są dobierani wg cech społecznych, a nie biologicznych. Rozrodczość też oszukujemy, ale chyba tylko seksmisja zatrzymałaby kwestie doboru. Choć też w to wątpię...

Znów w jakimś programie telewizyjnym naukowy celebryta rozwodził się, że człowiek będzie ewoluował w kierunku wyselekcjonowania osobników z nadmiernie rozwiniętymi kciukami (do klikania) i oczami (do gapienia się w ekran), z zanikiem jelit i nóg, bo jeść będziemy tylko gotowe pożywki i jeździć wózkami, seagwayami itp zamiast chodzenia. Hmmm... Oczywiście nie można wykluczyć takiego scenariusza, jeżeli takie cechy będą pożądane u partnerów seksualnych, albo przetrwają przez przypadek (np.: w wyniku efektu założyciela po wybuchu bomby), to mogą ulec utrwaleniu w populacji. Jednak moim zdaniem, presja ewolucyjna obecnie wywierana na człowieka przez środowisko kierunkuje nas na konieczność przetrwania w tym całym syfie, który naprodukowaliśmy, smogu, którym oddychamy, chemikaliami, które zjadamy i którymi się otaczamy. Zatem nie przeżyją najmądrzejsi, ani nie najszybsi, ani nie najładniejsi, ani nawet ci o najdłuższych kciukach. Przy toksycznej presji środowiska przetrwają i rozmnożą się te osobniki, które mają odpowiednie enzymy umożliwiające neutralizację, usunięcie lub naprawienie skutków ekspozycji na zanieczyszczenia i wszechobecne toksyny... albo te osoby, które będą miały fuksa i akurat będą w pobliżu bunkra...

No i widzicie, do czego doprowadziły małe słodziutkie wombaty. Do zupełnie luźnych rozważań o ewolucji naszego gatunku :)

A trufle - polecam! Dwa składniki, samo zdrowie :P
Smacznego! 

niedziela, 15 listopada 2015

Jarzębina w czekoladzie, to kolejny dziki smakołyk, który mnie kusił od dawna, ale nie mogłam się zmobilizować, więc logicznym jest, że wzięłam się za niego w czasie, kiedy na nic nie mam czasu :P

jarzębina w czekoladzie, jarząb w czekoladzie, rowan in chocolate, chocolate coasted rowan fruit

Jarzębina w czekoladzie

Do pokrycia czekoladą można użyć jagódek jarzębiny pospolitej lub jarzębu szwedzkiego. Owoce zamrozić, obgotować i odcedzić. Można wrzucić do roztopionej czekolady właśnie takie ugotowane i osuszone owoce. Ale moim zdaniem zdecydowanie lepszym punktem wyjścia do czekoladowych kulek z jarzębiny są owoce kandyzowane. Przepis na kandyzowaną jarzębinę jest tutaj.

Czekoladę roztopić na łaźni wodnej, warto ją utemperować, żeby ładnie błyszczała, czyli trzeba ją ogrzać do 45°C, schłodzić do 25°C i znów ogrzać do 31°C. Do czekolady wkładać jarzębinę, po czym wykładać na papier do gotowania, aż zastygnie.

jarzębina w czekoladzie przepis, jarząb w czekoladzie, rowan in chocolate

Jarząb szwedzki jest zdecydowanie mniej gorzki niż pospolity, więc sugeruję, żeby użyć raczej jego owocków. Czekoladki jarzębinowe są bardzo intensywne w smaku, ale mają swój urok. Dwie na jeden raz i ja absolutnie mam dość ;)

Ten i inne drzewne przepisy znajdziecie w książce pt.: "Smakowite drzewa".
Smacznego!

poniedziałek, 06 kwietnia 2015

Ostatnio miałam serię warsztatów w przedszkolach. Jedną z moich propozycji w ramach tematu zdrowych słodyczy były takie kuleczki z orzechów indyjskich (nerkowców).

trufle morelowe z nerkowców, kulki z nerkowców i moreli, cashew apricot sweets, apricot cashew bites

Trufelki morelowe z nerkowców

200 g nerkowców
150 g suszonych moreli 
wiórki kokosowe do obtaczania
ewentualnie łyżka miodu, brązowego cukru, ksylitolu lub innego słodzidła

Nerkowce namoczyć przez noc w zimnej wodzie. Morele namoczyć na godzinę w wodzie lub np.: soku jabłkowym. Orzechy odcedzić, morele osączyć i razem zmiksować je pulsacyjnie w blenderze. Ewentualnie dosłodzić. Nabierać porcje masy, formować kuleczki i obtaczać w wiórkach kokosowych. Wstawić na kilka godzin do lodówki.

kuleczki z moreli i nerkowców, trufle owocowe, trufle orzechowe, cashew apricot balls, cashew apricot sweets

Na warsztatach z przedszkolakami robiliśmy jeszcze trufelki daktylowe i rafaello z kaszy jaglanej (przepis jest tutaj). Najbardziej chyba smakowały im kuleczki kokosowe, chyba dlatego że były najsłodsze. Dla mnie osobiście te morelowe były najpyszniejsze :)

Niektóre dzieci były zachwycone nowymi słodyczami, niektórym nie za bardzo smakowały, głównie dlatego, że były za miękkie. Świeżo przygotowane kuleczki niestety tak mają, dopiero w lodówce nabierają tężyzny. Ale doskonale rozumiem niechęć do miękkości, bo mój Synuś ma tak samo ;) I wciąż mam w pamięci pierwszą reakcję mojej Córci na pierwszą w życiu bitą śmietanę :P

Nie ma niczego złego w tym, że coś komuś nie smakuje. Nawet małe dzieci mają prawo mieć własny gust kulinarny. Ale niektóre dzieci nie chciały nawet spróbować, twierdząc, że na pewno są obrzydliwe. U dzieci w tym wieku to normalna postawa, ale szkoda by było, żeby dołączyły w przyszłości do grona tak wielu dorosłych: grymaśnych, marudnych, niechętnych, zamkniętych na nowe smaki, reprezentujących pogląd: Coś na pewno jest niedobre, bo dziwnie wygląda i przecież u nas w domu mama takiego nie robiła... Takim ludziom można jedynie współczuć, że z powodu uprzedzeń omija ich w życiu tyle pyszności i kulinarnych przygód. Tym bardziej podoba mi się inicjatywa podjęta w przedszkolu, żeby dzieci otwierały się nowe smaki, nieznane dotąd potrawy i uczyły się, jakie są alternatywy dla słodyczy ze sklepu. Dobrze! I fajnie :) A biorąc pod uwagę, że ostatnio byłam na dziecięcym przyjęciu urodzinowym, na którym najzdrowszą potrawą były czipsy, to takie spotkania, gdzie dzieci mogą poznać inne opcje, są moim zdaniem niezmiernie cenne. Warto przy tym pamiętać, że czasem trzeba podjąć kilkanaście prób, zanim dziecko przekona się do nowych produktów. Tylko trzeba próbować :)

sobota, 12 kwietnia 2014

Prosty i przyjemny pomysł na Wielkanoc. A że mamy dziś Światowy Dzień Czekolady, to też miło. Poza tym każda okazja jest dobra, żeby zjeść kwiatka :)

czekolada z kwiatami pierwiosnka, pierwiosnki w czekoladzie, czekolada z kwiatami, jadalne kwiaty, primrose in chocolate

Płatki czekolady z pierwiosnkami w cukrze

Czekoladę roztopić, utemperować, wylać na arkusz folii. Poukładać krystalizowane pierwiosnki. Kiedy czekolada zastygnie, zdjąć gotowe płatki.

Uwielbiam pierwiosnki. Za wygląd, zapach i smak. I za to, że tak pięknie się poddają krystalizacji. Jak zrobić takie kwiaty w cukrze? - Tu jest instrukcja: klik.

manufaktura czekolady

Z okazji Dnia Czekolady dostałam zaproszenie na warsztaty do Manufaktury Czekolady, niestety nie mogłam pojechać :( Jednak gdybym tam była, to zrobiłabym właśnie taką  tabliczkę całą ukwieconą pierwiosnkami. I wiem, że byłaby to jedyna w swoim rodzaju tabliczka ;) Natomiast, żeby mi wynagrodzić nieobecność, Manufaktura Czekolady przesłała mi słodką paczuszkę, abym mogła się pobawić tą przepyszną czekoladą sama :) Moim zdaniem to bardzo miły gest. Ogromnie dziękuję!

W ogóle Manufaktura Czekolady, to niesamowite przedsięwzięcie, jeśli nie znacie jej historii, to warto nadrobić lekturę. Panowie Tomasz i Krzysztof pewnego dnia rzucili wszystko i zabrali się za realizację marzeń. Teraz otworzyli własny lokal, gdzie można pić, jeść i na warsztatach samodzielnie zrobić tabliczkę czekolady. A ich czekolada jest naprawdę wyjątkowa. Ziarna z Ghany, Ekwadoru, Dominikany czy Kolumbii mają zupełnie inne nuty, więc czekolady z nich zrobione smakują kompletnie inaczej. Bez polepszaczy i aromatów można się zanurzyć w smaku prawdziwej czekolady. A ponieważ oprócz czekolady kocham jeść kwiaty, Manufaktura Czekolady zadbała, by w paczuszce znalazła się też tabliczka z kwiatem... kwiatem soli morskiej :)

jadalne kwiaty, klub kwiatożerców, pinkcake.blox.pl, jem kwiaty, kwiaty do jedzenia
Udanego Dnia Czekolady i oczywiście smacznych kwiatków! :)

poniedziałek, 09 września 2013

Mmmmm malutkie malinowe cacuszka.

domowe pralinki malinowe bez nabiału, milk-free pralines, diary free pralines, homemade rasberry pralines

Delikatne pralinki malinowe

100 g gorzkiej czekolady
250 g malin lub słoik dżemu malinowego bez pestek
ewentualnie cukier puder wg uznania

Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej. Zmieszać z dżemem malinowym i ewentualnie skorygować słodycz.
W przypadku zwykłego dżemu, trzeba go przetrzeć przez sitko, żeby oddzielić pestki. Można tez wykorzystać świeże lub mrożone maliny. Trzeba je poddusić na małym ogniu i przetrzeć.

Jeżeli deser ma być dla dorosłych, to można doń chlapnąć nalewki malinowej ;) Ciągle mieszając wystudzić do temperatury ciała. Przełożyć do szprycy i wyciskać do maleńkich papilotek (1,5-2 cm). Jeżeli czekolada zastygnie w szprycy, można położyć ją na chwilę na słonecznym parapecie, delikatnie podgrzać nad czajnikiem, ewentualnie w mikrofali na 3 s.

Pralinki odstawić do zastygnięcia, raczej nie do lodówki.

Pralinki malinowe (bez śmietany), domowe pralinki bez mleka

Wreszcie znalazłam zastosowanie dla takich maleńkich papilotek ;)

W ten sposób można przygotować pralinki o innych smakach: wiśniowym, pomarańczowym itd. Jest z nimi tylko jeden problem, dziwnie szybko znikają...

Pralines rasberry, malinowe czekoladki

środa, 13 marca 2013

Prosty pomysł na Wielkanoc. Przygotowałam czekoladowe pisanki jako dekorację do mazurka, ale Córci strasznie się spodobały te cieniutkie płatki czekolady i znikły jeszcze przed Wielkanocą;)

czekoladowe pisanki

Potrzebne są folie karotenowe, na których wydrukowano jadalnymi barwnikami wzory. Pokrywamy je cieniutką warstwą roztopionej czekolady. Kiedy się zestali, ale zanim całkiem stwardnieje, foremką wytłaczamy kontury jajka. Folie można wstawić do lodówki, a kiedy całkiem czekolada całkowicie stwardnieje, pisanki niemal same zeskoczą.

czekoladowe pisanki, folie karotenowe do czekolady

 
1 , 2 , 3