Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
ROZKWIASZCZONY BLOG KULINARNY - jadalne kwiaty i pyszne chwasty, słodkości bez jajek i bez mleka krowiego - Małgorzata Kalemba-Drożdż
sobota, 14 stycznia 2017

Bardzo proste i zdrowe trufle. Zazwyczaj trufelki toczy się na okrągło, jednak nie mogłam sobie ich poukładać do zdjęcia, więc stwierdziłam, że przerobię je na sześciany, żeby mi się nie turlały. Co naprowadziło mnie na skojarzenie z bobkami wombatów. Wombaty są przesłodziutkimi torbaczami, takie skrzyżowanie misia z króliczkiem. Prowadzą nocny tryb życia, grzebią nory w ziemi i pociesznie się turlają. Ogólnie są przesłitaśne! A czy wiedzieliście, że wombaty robią kostkowate bobki? :P
Tak, wiem, mało apetyczne porównanie zaserwowałam, jednak ma ono swoje głębsze uzasadnienie ;) Ale najpierw trufle.

trufle wombata, słodka kostka, zdrowe słodycze

Trufle Wombata

garść miękkich daktyli
garść orzechów
ewentualnie szczypta cynamonu lub przyprawy piernikowej

Daktyle wydrylować i zmiksować pulsacyjnie z orzechami i dodatkiem cynamonu. Jeżeli daktyle są zbyt twarde, można je wcześniej namoczyć chwilę w ciepłej wodzie i porządnie odcedzić. Ale zasadniczo lepiej kupić nie kamiennie twarde wydrylowane daktyle tylko mięciutkie z pestkami i sobie je wydrylować. Dla mnie osobiście największą trudnością jest niepożarcie wszystkich owoców w czasie tej czynności :P

Z masy formować trufelki - kulki lub kostki, wedle uznania ;)
Można je jeszcze obtoczyć w mielonych orzechach, kakao lub karobie.

trufle daktylowe, zdrowe słodycze, trufle daktylowo-orzechowe

 

Dlaczego trufle od razu skojarzyły mi się z wombatami? Jakiś czas temu wpadł mi w oczy artykuł o wombacich bobkach, w którym autorzy wysuwali tezę, iż sześcienne bobki wombata są ewolucyjnym przystosowaniem. Celem kostkowatości bobków miało być zapobieżenie ich turlaniu się. Skoro się nie odturlają, to zapach zwierzęcia długo będzie się utrzymywał w danym miejscu i oznaczał terytorium. Artykuł był zilustrowany pięknym zdjęciem stosiku kostek na obalonym pniu drzewa klik. I tu dla mnie pojawiło się kilka problemów. Po pierwsze czemu mały wombat miałby wspinać się na wielką kłodę, żeby grzmotnąć ładnie poukładane bobki, skoro zazwyczaj australijscy farmerzy znajdują je tam, gdzie bywają wombaty, czyli na ziemi? Krótko mówiąc, to zdjęcie to ściema, bo wombaty po fakcie nie bawią się w układanki, tylko biegną dalej. Po drugie, jakoś nie zauważyłam, żeby kozie bobki, baranie, kurze, czy nawet krowie placki gdziekolwiek się turlały. Po trzecie mamy tu do czynienia z najczęstszym błędem rozpatrywania zjawisk ewolucyjnych: założeniem, że mają cel. W ewolucji nie ma celu, możemy najwyżej rozpatrywać skutek i przyczynę. Skutkiem faktycznie mogłoby być unieruchomienie bobków, by znaczyły teren, jednak czy to rzeczywiście taki wielki zysk? A przyczyny? Przyczyny sześciennego kształtu trzeba by doszukiwać w budowie zwieracza, zastanowić się, jakie narządy/mięśnie uciskają ujście jelita grubego wombatów, a nie wymyślać bajki o ewolucyjnym zysku z zapobieżenia turlaniu.

Ot, popatrzcie na zięby Darwina. Przy niedoborze robaczków, zobaczyły ziarenka i szyszki i ot nagle zmienił im się kształt dzioba, żeby mogły się najeść? Serio? A tak to jest przedstawiane w materiałach popularno-naukowych. A tymczasem najpierw były zmiany - mutacje - i rodziły się ptaki z dziwnymi dziobami, którymi kiepsko się łapało robaki. Ale głodny ptak pchał do dzioba wszystko co popadło i nagle się okazało, że dla mutantów szyszki są super wygodne do dziobania. Może dlatego teoria ewolucji ma typu przeciwników? To nie jest kwestia braku dowodów, tylko problem niewłaściwego wytłumaczenia (tak tylko przypomnę, że określenie "teoria" w nauce oznacza nie coś względnego czy domniemanego, lecz wprost przeciwnie: to forma zestawienia wiedzy dobrze udokumentowana, rygorystyczna i logicznie spójna).

Równie denerwujące, co powszechne, jest twierdzenie, że człowiek jest dwunożny, bo dzięki temu było mu łatwiej przynosić łupy i używać narzędzi. Czyli zakładamy, że hominidy najpierw chciały daleko chodzić i mieć wolne łapy, więc dlatego stanęły na tylnych kończynach. Ha ha ha! Ewolucja nie dąży świadomie do uzyskania osobników o określonych cechach! Nie dąży świadomie do uzyskania najlepiej przystosowanych cech, tylko przeżywają osobniki, które po prostu sobie radzą w danym środowisku. Najpierw jest mutacja, a dopiero potem się okazuje, czy taki osobnik przetrwa. Albo nowa cecha rzeczywiście pomaga w przetrwaniu, albo po prostu w nim nie przeszkadza. A jak mutant się spodoba i znajdzie partnera seksualnego, to się rozmnoży i mutacja się rozpowszechni w populacji, nawet jeśli nie niesie ze sobą jakiejś doraźnej korzyści przystosowawczej. Nawet jeśli jest bublem konstrukcyjnym jak nasze kolana, staw skokowy, czy krtań. 

A zmiany dzieją się cały czas. Informacja genetyczna nie jest stabilna, wciąż podlega modyfikacjom. Co rusz w każdym gatunku rodzą się osobniki nieco odmienne. Geny mieszają się, niektóre polimorfizmy się rozprzestrzeniają, inne zanikają. Im większa różnorodność populacji, tym większa szansa, że pod wpływem silnej zmiany środowiskowej w ogóle którykolwiek osobnik przeżyje. Gdyby nie było zmienności genetycznej, to populacja jednakowych osobników doskonale przystosowanych do danych warunków, przy zmianie warunków -  wyginęłaby w całości. Natura nie ma celu, szuka na ślepo i tylko ciągłe zmiany chronią przed totalną zagładą. Tylko różnorodność daje szansę, że w nowych warunkach któraś pula genowa przetrwa. Niekoniecznie najlepsza, bo ogólnie chodzi o to, żeby mutant miał fuksa.

W innym artykule pewien profesor dowodził, że ponieważ obecnie śmiertelność niemowląt prawie nie istnieje, więc ewolucja człowieka stanęła. Absolutnie się z tym nie zgadzam! Po pierwsze wciąż mamy wirusy, jako czynnik, który potrafi silnie różnicować i to naraz większe grupy osobników. Kto wie, czy nie przytrafi się jakaś pandemia, która ostro przetrzebi populację pozostawiając jedynie osobniki odporne na patogen. Albo przeżyją tylko te osobniki, które akurat mieszkają na wyspie, gdzie nie dotrze choroba. Albo wirus indukuje powstanie jakichś nowych cech, a czy te cechy przetrwają, to się dopiero okaże. Brzmi to trochę jak film o zombie, ale tak też to może działać. W naszym DNA jest pełno pozostałości po różnych wirusach, one też mogły mieć wpływ na to, jak teraz wyglądamy.

A po drugie, na ludzi wciąż działają czynniki różnicujące.
W tej kategorii możemy rozpatrywać zanieczyszczenia środowiska, w skali naszego gatunku to zupełnie nowy czynnik, który może modyfikować zdolności rozrodcze H.sapiens. Ostatnio obserwuje się problemy właśnie na tym polu w niektórych populacjach... Wcale nie trzeba rodzić kilkunastu dzieci, by doświadczyć doboru naturalnego poprzez obserwację, które z nich przeżyją, ponieważ uniemożliwienie przekazania genów jest również wybitnym przejawem działania doboru. Geny osobnika, który przy silnym obciążeniu metabolizmu toksynami nie potrafi utrzymać zdolności rozrodczych, wypadają z puli.

No i mamy jeszcze żywność, czynnik oddziałujący na organizm nieustannie i konstytutywnie. Nie sposób wykluczyć presji, jaką jedzenie wywiera chociażby na możliwość zapłodnienia, czy przetrwanie zarodków. Obecnie jesteśmy eksponowani na ogromną ilość różnorodnych substancji mogących oddziaływać na DNA, a które są zawarte w żywności (np.: HCA) lub w naszym otoczeniu (jak plastiki, smog), a które również mogą wpływać na zdolności rozrodcze, immunologiczne lub metaboliczne.

Zatem wciąż wywierana jest presja środowiska na człowieka. Środowisko może indukowac zmiany w DNA, a może też różnicować możliwości przeżycia określonych puli genetycznych. Ewolucja trwa. Oczywiście, że oszukujemy ją, ile wlezie. Choćby dlatego, że partnerzy częstokroć są dobierani wg cech społecznych, a nie biologicznych. Rozrodczość też oszukujemy, ale chyba tylko seksmisja zatrzymałaby kwestie doboru. Choć też w to wątpię...

Znów w jakimś programie telewizyjnym naukowy celebryta rozwodził się, że człowiek będzie ewoluował w kierunku wyselekcjonowania osobników z nadmiernie rozwiniętymi kciukami (do klikania) i oczami (do gapienia się w ekran), z zanikiem jelit i nóg, bo jeść będziemy tylko gotowe pożywki i jeździć wózkami, seagwayami itp zamiast chodzenia. Hmmm... Oczywiście nie można wykluczyć takiego scenariusza, jeżeli takie cechy będą pożądane u partnerów seksualnych, albo przetrwają przez przypadek (np.: w wyniku efektu założyciela po wybuchu bomby), to mogą ulec utrwaleniu w populacji. Jednak moim zdaniem, presja ewolucyjna obecnie wywierana na człowieka przez środowisko kierunkuje nas na konieczność przetrwania w tym całym syfie, który naprodukowaliśmy, smogu, którym oddychamy, chemikaliami, które zjadamy i którymi się otaczamy. Zatem nie przeżyją najmądrzejsi, ani nie najszybsi, ani nie najładniejsi, ani nawet ci o najdłuższych kciukach. Przy toksycznej presji środowiska przetrwają i rozmnożą się te osobniki, które mają odpowiednie enzymy umożliwiające neutralizację, usunięcie lub naprawienie skutków ekspozycji na zanieczyszczenia i wszechobecne toksyny... albo te osoby, które będą miały fuksa i akurat będą w pobliżu bunkra...

No i widzicie, do czego doprowadziły małe słodziutkie wombaty. Do zupełnie luźnych rozważań o ewolucji naszego gatunku :)

A trufle - polecam! Dwa składniki, samo zdrowie :P
Smacznego! 

sobota, 07 stycznia 2017

Aneesh Popat jest mistrzem czekolady, o którym czytałam w Mistrzu Branży. Zachwycił on Wielką Brytanię czekoladkami wypełnionymi water ganache. Wodny ganasz wymyślony przez profesora Herve'a Thisa, to po prostu mus czekoladowy bez dodatku tłuszczu i nabiału. Coś wprost idealnie wymarzonego dla alergików ze skazą białkową ;)

Water ganache opiera się na założeniu, że tłuszcz odbiera smak czekoladzie, a woda nie. Więc żeby cieszyć się smakiem czekolady nie powinno się dodawać do niej tłuszczów, tylko jakiś wodny roztwór. W sumie dość zaskakująca teza, biorąc pod uwagę, że szefowie od lat tłuką nam, że to tłuszcz jest nośnikiem smaku. Choć w dalszym ciągu przecież w czekoladzie mamy tłuszcz kakaowy. Właściwie nie raz już posługiwałam się techniką water ganache, nawet nie wiedząc, że ma własną nazwę :P Ale mając wsparcie topowych mistrzów czekoladnictwa, to już mucha nie siada :P
 

Mus czekoladowy z chilli, chilli water ganache

Mus czekoladowy z chilli

1 szklanka mocnego kompotu wiśniowego
100 g gorzkiej czekolady
1 ostra papryczka chilli lub jalapeno

Czekoladę pokruszyć i podgrzewać w kompocie z dodatkiem posiekanej papryczki (lub zmielonej suszonej papryczki chilli), aż czekolada się roztopi. Przelać do miski obłożonej od spodu lodem i zmiksować na najwyższych obrotach. Nałożyć do pucharków.

Smacznego!

A teraz pora na rozwiązanie konkursu świątecznego! Fasolek było 56. Ponieważ aż sześć osób wytypowało tę liczbę, zatem niezależny Juror spośród nich wybrał dwóch zwycięzców, metodą sobie jedynie znaną.
A są to: Kama Aksworpo i Kuchennefascynacje.

Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom za udział w zabawie, a zwycięskie osoby proszę na maila o podanie adresu i wybór książki.
Pssst... już niedługo do rodzinki książek dołączy kolejna siostrzyczka :)

Pozdrawiam cieplutko
Gosia 

środa, 21 grudnia 2016

Jak co roku przed Świętami zapraszam Was do konkursu :)

Zadanie polega na odgadnięciu: ile fasolek jest w słoiku?

konkurs świąteczny, konkurs fasolkowy

Cały słoik jest wypełniony fasolą tak, że można go zamknąć i niczego poza fasolą w nim nie ma. Fasola została komisyjnie policzona, a liczba zapisana przez niezależnego jurora (Synusia ;))

Podczas trwania konkursu możecie zgadywać tyle razy, ile chcecie, ale proszę, każdą próbę umieśćcie w osobnym komentarzu. Można również udzielać odpowiedzi pod postem konkursowym na Fejsbuku.
Wygrywa osoba, która poda dokładną liczbę fasolek lub jej najbliższą. Jeżeli dwie osoby podadzą tę samą liczbę, obie dostaną nagrodę (w przypadku większej ilości trafień, spośród nich wylosuję dwie osoby).

Nagrodą tradycyjnie jest moja książka z dedykacją, a zwycięzca sam wybierze, czy chce otrzymać: "Pyszne chwasty", "Jadalne kwiaty", czy "Słodki sposób na alergię".

pyszne chwasty, jadalne kwiaty, słodki sposób na alergię, małgorzata kalemba-drożdż

Konkurs trwa do 06.01.2017 do godz. 23.59. Wyniki zostaną ogłoszone 07 stycznia w kolejnym wpisie.

Bardzo proszę o zgłoszenie się zwycięzcy na maila (pinkcake(a)gazeta.pl) w ciągu dwóch tygodni od ogłoszenia wyników w celu przekazania adresu do wysyłki (na terenie RP). W przypadku braku zgłoszenia, nagroda przechodzi na kolejną osobę, jeżeli druga osoba się nie zgłosi - nagroda przepadnie.

Miłej zabawy!
Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam spokojnych, radosnych Świąt oraz dużo zdrowia w Nowym Roku.
Gosia Kalemba-Drożdż

piątek, 09 grudnia 2016

Zdrowy, smaczny deser na bazie kaszy jaglanej. O zimowym charakterze smakołyku decydują aromatyczne przyprawy i pomarańcze, na które właśnie zaczął się sezon.

 budyń jaglany

Budyń jaglany

ok. 0,5 szklanki kaszy jaglanej
ok. 1 szklanki mleka migdałowego, ryżowego lub innego
1-2 łyżki miodu lub syropu klonowego
1 łyżka oleju kokosowego (lub innego)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z połowy laski wanilii
szczypta soli 

1/3 tabliczki gorzkiej czekolady 70% lub 1 łyżka karobu
1 pomarańcza BIO lub sok z pomarańczy i kandyzowana skórka pomarańczowa 
cynamon, imbir, gałka muszkatołowa lub przyprawa do piernika 

Kaszę przepłukać na sicie dużą ilością zimnej wody, potem przelać wrzątkiem. Zalać mlekiem i gotować do miękkości z dodatkiem wanilii i solą. Śmiało można dodać trochę więcej płynu i kaszę rozgotować.

Przestudzoną kaszę zmiksować z dodatkiem soku z pomarańczy, olejem i miodem. Rozdzielić na dwie części. Do jednej dodać roztopioną czekoladę i przyprawy. Masę przełożyć do pucharków i udekorować kandyzowaną skórką z pomarańczy.

Deser dodaję do zabawy Korzenny tydzień u Ptasi.

Smacznego!

środa, 23 listopada 2016

Zabawne z wyglądu ciasteczka, które niegdyś wypatrzyłam na Cukierniczych Kreacjach Charlotte (klik). Moim zdaniem połowa porcji absolutnie wystarcza, ponieważ ziemniaczane ciasto straszliwie zapycha. Co nie znaczy, że nie warto ich upiec. Ależ warto! Okazją może być np.: spotkanie andrzejkowe :)

ciasteczka pieczarki, ciastka pieczarkowe, mushroom cookies, słodkie pieczarki, pieczarki na słodko

Słodkie pieczarki (pół porcji z moimi modyfikacjami)

2 jajka przepiórcze
1 szklanka mąki ziemniaczanej z 1 łyżką mąki ryżowej
75 g oleju kokosowego
malusieńka szczypta sody
2 czubate łyżki cukru pudru
szczypta soli
pół łyżeczki ekstraktu waniliowego (KLIK)

kakao
pusta plastikowa butelka

Olej kokosowy utrzeć z cukrem pudrem. Dodać przepiórcze jajeczka, ekstrakt waniliowy i ciągle ucierając dodawać mąkę wymieszaną z sodą i solą. Wyrobić masę, toczyć z niej małe kulki i układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Gwint butelki zanurzyć w kakao nasypanym do miseczki i delikatnie wcisnąć go w kulki ciasta przekręcając w obie strony, byle nie za płytko i nie za głęboko ;) Sugeruję, żeby wstawić ciastka do lodówki na kwadrans, żeby ograniczyć tendencję do rozpływania się. Piec w 180ºC przez ok. 15 minut, żeby się upiekły ale nie zrumieniły.

Ciasteczka są bardzo kruche, wprost rozsypują się w ustach. Użyłam nierafinowanego oleju kokosowego, więc ciasteczka miały delikatny posmak kokosa. Mnie w sumie smakowały, choć rodzinka narzekała, że są za bardzo zapychające. Moim zdaniem do herbaty w sam raz :D

Smacznego!

środa, 09 listopada 2016

Zapraszam na tort w barwach narodowych. Niestety tradycyjny na jajach i nabiale, ale chyba dość ładny :P
W sumie ciasto pierwotnie miało wyglądać zupełnie inaczej, miałam je podać przy zupełnie innej okazji i miało być bezmleczne :P No ale życie nic nie robi sobie z planów i zrobiłam tort w barwach narodowych na imprezę w duchu patriotycznym.

tort biało czerwony, tort kwiatowy, lustro malinowe, krem różany

Tort biało-czerwony z białymi kwiatami, kremem różanym i lustrem malinowym

(wyjątkowo szklanka o objętości 200 ml a nie 250)
Ciasto:
4 jajka
3/4 szklanki cukru
3/4 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej

Poncz: łyżka soku z cytryny, 2 łyżki wody

Przełożenie:
1 serek mascarpone 250 g (lub gęsta cześć mleka kokosowego z puszki BIO)
2-3 łyżki (lub więcej) tartych płatków róży KLIK
odrobina soku z cytryny 

Wierzch:
300 g malin (mogą być mrożone)
2 łyżki żelatyny
1 łyżka cukru
1 łyżka soku z cytryny 

Dekoracja:
białe begonie 
białe bratki
białe stokrotki 

Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając. Mąki wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do jajek. Dno tortownicy o średnicy 18-20 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać ciasto. Piec w temperaturze 160ºC przez około 40 minut. Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je na podłogę (najlepiej na złożony koc, żeby nie zniszczyć podłogi ;)) Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia.

Ciasto przekroić na dwa krążki. Nasączyć ponczem. Przełożyć mascarpone zmieszanym z płatkami róży. Wstawić do lodówki.

Maliny rozgnieść i zagrzać w rondelku z cukrem. Kiedy owoce zmiękną, a cukier się rozpuści, przetrzeć je przez sitko. (Pestki można wykorzystać jako peeling albo jako nastaw na ocet.) Żelatynę rozrobić w niewielkiej ilości wody i roztopić na malusieńkim ogniu. Do pulpy malinowej dodać żelatynę i sok cytrynowy. Poczekać, aż zacznie gęstnieć. Tężejącą galaretką posmarować tort z wierzchu i z boków. Maliny muszą być już bardzo gęste, inaczej będą ściekać. Nie należy się za bardzo przejmować grudkami, łatwo można je wygładzić rozgrzanym szerokim nożem, a niedoskonałości na krawędzi zamaskować dekoracją. Tort wstawić do lodówki, żeby malinowe lustro porządnie stężało.

Przed podaniem tort udekorować kwiatami. Koniecznie trzeba dać mnóstwo begonii, bo są kwaśne, więc dobrze pasują do słodkiego ciasta. Poza tym są bardzo trwałe. I takie śliczne! Jeżeli używacie stokrotek, pamiętajcie, żeby nie wstawiać ciasta do lodówki, bo stokrotki stulą płatki z zimna. 

tort z białymi kwiatami, flowery cake, blossom cake

To ciasto było moim osobistym triumfem nad W ;) W domu W wybrzydza na róże i kwiatki (cóż, po 7 latach najwyraźniej już  mu się przejadły :D), ale na imprezie składkowej próbował wielu ciast i w sumie można się było trochę załamać, bo zdecydowana większość zawierała polepszacze, ulepszacze, sztuczne aromaty. Więc nie dziwota, że tak rozpieszczonemu smakoszowi najbardziej smakowało mu to jedno podstawione incognito. Bo co by nie narzekać, to dobrej jakości, pełne naturalnego smaku składniki stanowią podstawę sukcesu.
A że akurat to ciasto było moje :D I było kwiatkowe :P To mogłam zagrać W na nosie ;)

Smacznego!

poniedziałek, 31 października 2016

Obowiązki zbierają się i piętrzą, podobnie jak tona papierzysk, przez którą muszę się przedzierać. Niestety nie jestem supermanem, nie ugryzł mnie radioaktywny pająk, zatem, żeby nadal funkcjonować na wysokich obrotach potrzebuję magicznych eliksirów.

 magiczny eliksir, magic potion recipies, power serum recipies

Niebieski eliksir mocy 

rozmaryn
kwiaty klitorii (KLIK)

Zaparzyć po łyżeczce na kubek i pić.
Klitoria jest głównie dla czadowego wyglądu, bo podobno przypomina magiczny eliksir z jakiejś gry, a faktycznie rozmaryn dodaje mocy ;) 


Purpurowy eliksir zdrowia

zakwas buraczany
sok z czarnego bzu bez cukru

1/3 soku, 1/3 zakwasu, 1/3 wody.
Probiotyki dla regulacji wyeksploatowanego organizmu, czarny bez na wzrost odporności.
 

Żółty eliksir odnowy

sok z pomarańczy
kurkuma 
imbir 

Kawałek imbiru zetrzeć, dodać łyżeczkę kurkumy i zmieszać z sokiem z pomarańczy.

A żeby zamienić się w potwornego Minionka o nieograniczonej mocy, należy do niebieskiego eliksiru dodać sok z cytryny i powstanie serum PX-4 ;) 

px-4 serum recipe, napój mocy, magiczny eliksir przepis


Smacznego i niech moc będzie z Wami!

poniedziałek, 03 października 2016

Jeżeli macie ochotę na chwilę relaksu oraz na okazję, żeby się ze mnie pośmiać, to zapraszam do obejrzenia dwóch programów, w których ostatnio brałam udział jako autorka książek "Pyszne chwasty" i "Jadalne kwiaty".

maja w ogrodzie odc 607

Pierwszy to "Maja w ogrodzie" - w odcinku 607 (można go obejrzeć tutaj KLIK), w którym Maja Popielarska odwiedziła Ogrody Hortulus w czasie Festiwalu Kwiatów Jadalnych, gdzie byłam gościem specjalnym. O Festiwalu pisałam Wam już TUTAJ. A poza tym, jak niezwykłym wydarzeniem był sam Festiwal, muszę też przyznać, że to była prawdziwa przyjemność znów móc spotkać Maję, która jest przemiłą osobą i jej przesympatyczną ekipę (poprzednio przy okazji odcinka 473).

"W dobrym stylu" to program Małgosi Rozenek-Majdan, która zaprosiła mnie do piątego odcinka - już jest dostępny na playerze KLIK. Razem spacerowałyśmy wybierając dzikie rośliny, które następnie przerobiłyśmy na smakowite dania i fajne kosmetyki.

Przy okazji ślę cieplutkie pozdrowienia dla świetnej ekipy, która pracuje na planie i poza nim, żeby wszystko fajnie wyglądało :)  Odcinek można obejrzeć na kanale TVN Style 1.10 o 17.30. (Powtórki: 00:20, 3.10 o 22:55, 5.10 o 14:25 i 7.10 o 13.40. I jeszcze 10.12. o 17.30, 11.12. o 00.15, 12.12. o 23.45 i 14.12. o 14.05.)

Pozdrawiam serdecznie
Gosia 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 143