Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
ROZKWIASZCZONY BLOG KULINARNY - jadalne kwiaty i pyszne chwasty, słodkości bez jajek i bez mleka krowiego - Małgorzata Kalemba-Drożdż
piątek, 19 sierpnia 2016

Uwielbiam spełniać urodzinowe zachcianki moich dzieci :) Tym razem Synuś zażyczył sobie tort z ludzikami Ninjago. Tylko koniecznie z wszystkimi pięcioma: Lloydem, Zanem, Kajem, Colem i Jayem. Trwały jeszcze targi o Nyę i Mistrza Wu, ale jako że to piąte urodziny i liczba obliguje, mogłam wyjść obronną ręką z negocjacji i pozostać przy pięciu ludzikach :D

Tort był prosty. Czekoladowe ciasto przełożone konfiturą wiśniową, nasączone kompotem z wiśni i obłożone marcepanem. Czyli kolejny tort bez żadnego kremu. Możecie użyć przepisu na biszkopt z przepiórczych jajek (klik) lub ciasto czekoladowe bez jajek (w wersji tradycyjnej klik, bez cukru klik, lub bez glutenu klik).
Planowałam polanie lukrem, ale wtedy zaplanowana dekoracja by go rozpuściła i spłynęła. świadomie podjęłam ryzyko, że marcepan nie będzie stabilnie się trzymał tortu bez warstwy masy pomiędzy nimi. I oczekiwania się sprawdziły ;) W czasie krojenia marcepan się odklejał od boków, ale nikomu to nie przeszkadzało, skoro wierzch się trzymał.

tort ninja, tort Ninjago, ninjago cake

Dekoracja tortu Ninjago:

gorzka czekolada
galaretka cytrynowa, wiśniowa, kiwi, niebieska (niestety nie ma w sprzedaży naturalnych niebieskich barwników, ale jeżeli dysponujecie niebieskimi kwiatkami KLIK, to też da się zrobić:))
mleko, żelatyna, cukier 
marcepan

Marcepan rozwałkowałam: kółko na wierzch i długi pas na brzeg tortu i nałożyłam na naponczowane i przełożone ciasto. Na cienką warstwę zużyłam ok. 200 g.

Galaretki rozpuszczałam na oko: 1 łyżka galaretki na 3-4 łyżki wody i mieszałam do rozpuszczenia na łaźni wodnej. Żelatynę zalałam mlekiem, lekko dosłodziłam i roztopiłam w kąpieli wodnej. Gotowe galaretki odstawiłam do wystudzenia. Czekoladę roztopiłam również w kąpieli, przełożyłam do tutki z papieru do pieczenia, ale może być też worek cukierniczy. 

Czekoladą namalowałam kontury ludzików. Potem dopisałam jeszcze piątkę na środku i imię jubilata na rancie. Czekoladowe kontury wypełniłam tężejącymi galaretkami. Ponieważ były gęste, nie rozpływały się, tylko szybko zastygały w obrębie konturów. I już! Radość pięciolatka gwarantowana :D

ninja cake, ninjago tort, tort z nindża

Nawet najgorsza pokraka, która wychodzi spod ręki mamy, dziecku wydaje się śliczna, a ja miałam tak ogromną frajdę z dekoracji w towarzystwie podskakującego jak piłeczka pingpongowa dzieciaka! Poza tym koledzy Synusia też docenili mój wysiłek wielkim ACH! :)

Ale po całej imprezie udzielę Wam dobrej rady, którą sama chętnie wykorzystam w przyszłości: nie bawcie się w pięciu ninja! Zróbcie po prostu tort z Lloydem (dla mało wtajemniczonych: to ten zielony). Bo kiedy przyszło do krojenia tortu na przyjęciu każdy dzieciak krzyczał, że chce kawałek z Lloydem :)

Buziaki! 

piątek, 12 sierpnia 2016

Danie, którego mi brakowało do kolekcji przepisów z zielonych pomidorów: sałatka z zielonych pomidorów do słoika :) Inne przepisy z zielonymi pomidorami są pod koniec wpisu na temat ich rzekomej toksyczności KLIK.

marynowane zielone pomidory, marynata pomidorowa, sałatka z zielonych pomidorów do słoików

Marynowane zielone pomidory, czyli pomidorowa sałatka do słoika

pół kg zielonych pomidorów
1 cebula
1 szklanka octu (jabłkowego)
2,5-3 szklanki wody
1,5-2 łyżki brązowego cukru
1 łyżeczka soli
2-3 listki laurowe
kilka ziaren ziela angielskiego
po kilka ziaren pieprzu i gorczycy

Pomidory umyć, pokroić w plasterki, cebulę posiekać. Włożyć warzywa do słoików, podorzucać przyprawy w miarę równo dzieląc między słoiki. Zagotować wodę z octem, cukrem i solą. Gorącą zalewą dopełnić słoiki, zakręcić i pasteryzować 10 minut.

W wielu przepisach na sałatkę z zielonych pomidorów można spotkać etap solenia pomidorów i zostawiania ich na 24 godziny, ponieważ nie widziałam celu takiego postępowania, więc tego nie robiłam.

sałatka z zielonych pomidorów na zimę, sałatka z zielonych pomidorów do słoików, marynowane zielone pomidory

Do zielono pomidorowej sałatki można dodać plasterki marchewki, tylko wartą ją wcześniej pogotować na półtwardo.

Smacznego!

środa, 10 sierpnia 2016

Po wpisie na temat roli ognia w rozwoju Homo sapiens (klik), usilnie namawialiście mnie, aby jeszcze rozprawić ze zdrowotnością samego gotowania (bo o smażeniu i pieczeniu, chyba było już dość). Zapraszam na garść przemyśleń.

Czy surowe pokarmy są zdrowsze niż gotowane?

surowe czy gotowane, raw or cooked, co jest zdrowsze ugotowane czy na surowo

Prawda wygląda tak, że pokarmy nie poddane obróbce termicznej powyżej 40 stopni zachowują wszystkie witaminy, które są nam niezbędnie potrzebne do życia. Nieprzetworzone warzywa zawierają więcej włókien błonnika, który dokładnie wymiata toksyny, metale ciężkie, kwasy żółciowe i cholesterol z naszych jelit. Surowe nasiona zawierają wielonienasycone kwasy tłuszczowe, które niestety utleniają się pod wpływem temperatury. Zatem nie prażąc ich – nie tracimy ich właściwości prozdrowotnych.  Witamina E, witamina C, i część witamin z grupy B są niezmiernie wrażliwe na ciepło i każda obróbka termiczna powoduje ich utratę grożąc nam przykrymi skutkami niedoborów. Surowy pokarm dostarcza mniej kalorii, stąd jest zabezpieczeniem przed otyłością - zmorą naszych czasów. 

Teraz możecie zapytać: no ale jak to? Przecież w ogniowym wpisie udowadniałam, że gotowane jedzenie jest potrzebne, że jest łatwiej przyswajalne i uzyskamy z niego więcej białka i prawdopodobnie właśnie dzięki niemu osiągnęliśmy sukces ewolucyjny oraz intelektualny (jako gatunek, niekoniecznie ma to przełożenie na jednostki...;)) 
Tak. I to jest prawda. Nasi przodkowie musieli walczyć z niedożywieniem, dlatego jedzenie pieczone i gotowane ułatwiało walkę z nim. Umożliwiło przetrwanie naszego gatunku i ewolucję mózgu. Ale gotowanie ma też swoją cenę, choć niższą niż tą, jaką musimy płacić za smażenie (odsyłam do wpisu: smak ognia).

Gotowanie ma takie konsekwencje, że ten sam pokarm zawierający węglowodany (skrobię, amylozę, pektyny) po ugotowaniu ma wyższy indeks glikemiczny niż na surowo. Gotowanie zapewnia pęcznienie skrobi, jej łańcuchy rozluźniają się, mogą też częściowo pękać i stają się łatwiej dostępne dla naszych enzymów trawiennych. Stąd trawienie gotowanego jest szybsze, a im łatwiej go trawimy, tym szybciej uzyskamy z niego glukozę, którą możemy wchłonąć do krwi. W chudych czasach to jest ogromna zaleta. Bo po niewielkiej porcji szybko regenerujemy zapasy glikogenu i jesteśmy gotowi do działania. Natomiast w czasach bogatych ma to negatywny wydźwięk, bo musimy uwalniać większe dawki insuliny i rośnie zagrożenie cukrzycą. Tak, to jest cena neolitu i ustanowienia skrobi podstawą wyżywienia. Tego negatywnego efektu próbują uniknąć wyznawcy diety paleo rezygnując z pokarmów skrobiowych.

Zauważcie, że produkty skrobiowe są podstawą wyżywienia niemal wszystkich społeczności. Od prymitywnych plemion Oceanii (przynajmniej jeszcze do niedawna takie były), po wysokorozwinięte cywilizacyjnie państwa, wszyscy jedzą skrobię: ziemniaki, pszenicę, proso, kasze, maniok, komosę, kukurydzę, ryż, bataty, banany, poi. Zaś dietetycy od dziesięcioleci nam wmawiali, że tak jest zdrowo (Cóż, nie jest zdrowo, ale trzeba być bardzo bogatym, by móc sobie pozwolić na unikanie skrobi – ale to znów inna historia). Ponownie wrócę tutaj do roli ognia i garnka w ewolucji człowieka (klik), bo wszystkie te produkty wymagają gotowania, lub roztarcia, zmieszania z wodą i upieczenia na kamieniu. Nie możemy się żywić surową mąką i ziarnami zbóż, bo są zbyt ciężkostrawne. Kwasy fitynowe w nich zawarte utrudniają wchłanianie mikroelementów, ale częściowo degradują pod wpływem temperatury. Zatem mamy kolejny plus dla gotowania: wzrost dostępności mikroelementów.

Wchłanialność mikroelementów po obróbce termicznej rośnie również dzięki temu, że pokarm staje się miększy. Łatwiej go przeżujemy, czym zwiększamy powierzchnię pokarmu dostępną dla trawienia. Frakcje błonnika zmiękną, mniej zmęczymy szczęki i jelita. To akurat łatwo obejść, i dokładne roztarcie (zmiksowanie) produktów też ułatwi pozyskanie mikroelementów. Co szczególnie się przydaje np. w przypadku nasion, co ludzkość wykorzystuje od tysięcy lat, a w przypadku liści od niedawna - przygotowując zielone koktajle. Chociaż znów trzeba uwzględnić, że wiele spośród mikroelementów występuje w postaci związanej z białkami, zatem, od strawienia protein będzie zależała biodostępność związków mineralnych. Ergo – ugotowane wchodzi łatwiej. Zwykłe zielsko staje się przyjemnie lekkostrawne, jeżeli wrzucimy je do zupy i możemy go zjeść więcej (zysk w mikroelementach i białkach) niż bylibyśmy w stanie zjeść na surowo. Spróbujcie zrobić takie doświadczenie na przykład na rukoli, jarmużu czy szpinaku - ile zielska dacie radę zjeść w kremowej zupie, ile w koktajlu, a ile w sałatce?

(Dygresja: podobno obecnie w dietetyce obciachem jest używanie określenia mikroelementy, a nawet i związki mineralne. Bardziej pożądane jest wyrażenie: "pierwiastki". Moim zdaniem nie ma powodu, by na siłę walczyć z tradycyjną nomenklaturą, a poza tym pierwiastki, o których mówimy, nie występują w formie atomowej czystych pierwiastków, tylko zawsze w związkach chemicznych, więc ta forma jest z gruntu nieprawdziwa. Niech ci będzie Jątek – ja zostaję przy mikroelementach, nawet jeśli to obciach.)

W przypadku niektórych pokarmów gotowanie jest wręcz koniecznością, jak np. roślin strączkowych czy ziemniaków, które na surowo są dla nas niejadalne. Podobnie wiele dzikich roślin po obgotowaniu traci drażniące właściwości i można je bezpiecznie zjeść.

Zdenaturowane mięso jest łatwiej przyswajalne niż surowe. Jego strawienie nie wymaga aż tak niskiego pH soku żołądkowego, jakie występuje u mięsożerców nieznających ognia. Ludy prymitywne zazwyczaj na surowo jadają jedynie tkanki miękkie zabitego zwierzęcia: wątrobę i krew. To zazwyczaj nagroda dla łowcy, resztę mięcha się wędzi, suszy i piecze, by starczyło na dłużej i dla całej osady. Pewnie, że można obejść denaturację termiczną i zastosować denaturację chemiczną np. marynując mięso w kwaśnej zalewie, ale to triki stosowane w nielicznych kulturach azjatyckich zazwyczaj w kontekście ryb, czyli najdelikatniejszego z mięs. Ale da się bez ognia? Da się. Surowe mięso jest dla nas zbyt twarde, nasze zęby go nie rozszarpią, szczęki nie przeżują - gotowanie omija ten kłopot. Choć np.: Indianie wymyślili patent z siodłem, ale to już czasy nowożytne, bo konie poznali dopiero po "odkryciu" Ameryki, więc w rozpatrywaniach ewolucyjnych się nie liczy :)

Ciekawym mięsem jest jajko, którego białka (w sensie przeźroczystej części) nie powinno się zjadać na surowo, ponieważ zawiera białko (w sensie proteiny) awidynę, która w sposób nieodwracalny wiąże witaminę H. Żeby jajka nie zabrały nam całej puli tej witaminy w posiłku, trzeba je najpierw zdenaturować. A jednocześnie ścięte żółtko staje się bardzo trudno strawne, więc lepiej je spożywać w formie płynnej lub przynajmniej kremowej (więc jajko na miękko lub molet jest najlepszym wyborem). 

Dawniej panował pogląd, że każdemu człowiekowi należy się przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie. Ciepłe jedzenie wcale nie jest zdrowsze, niż ugotowane i wystudzone jedzenie. Temperatura posiłku się przydaje w zimie, to oczywiste, że tak, przecież trzeba ułatwić sobie walkę z mrozem i zagrzać się również od środka. Ale kluczowym zagadnieniem o znaczeniu odżywczym jest nie sama temperatura podania, lecz fakt uprzedniej obróbki termicznej i zwiększenia przyswajalności składników pokarmowych. Ciepły pokarm ma pozytywne właściwości organoleptyczne. Lubimy ciepłe (przynajmniej większość ludzi lubi). Dlaczego więc nam smakuje? Smaki ciepłych pokarmów są bardziej intensywne, bo bodźce pochodzące wspólnie od różnych rodzajów receptorów (termicznych i chemicznych) są wzmacniane. Od tego tylko krok do nauczenia mózgu, że jeżeli jedzenie jest ciepłe, to znaczy że pokarm był ugotowany/upieczony i jest bardziej odżywczy. Lubisz ciepłe - wygrywasz w grze ewolucyjnej. Ale nawet ugotowane i wystudzone pokarmy mają swoją zaletę, np.: ziemniaki stają się źródłem opornej skrobi, która stymuluje wzrost bakterii jelitowych fermentujących do kwasu masłowego (butyrylobakterii). A kwas masłowy okazuje się czynnikiem zmniejszającym ryzyko nowotworów jelita grubego.

Negatywna strona obróbki termicznej ujawnia się natomiast w przypadku witamin. Nasz organizm potrzebuje tych związków, żeby w ogóle funkcjonować. Kiedy czytam, że dzięki witaminom ma się ładne paznokcie i cerę, nie wypadają włosy itd., to mam ochotę gryźć pazury i rwać włosy z głowy (polecam dietę cud:)). Biochemia dostarcza zupełnie inną perspektywę. Witamina C i E oraz flawonoidy są przeciwutleniaczami, wspólnie chronią nas przed wolnymi rodnikami i stanami zapalnymi. Witamina A jest składnikiem białka światłoczułego w komórkach siatkówki, więc zapewnia nam możliwość widzenia, ale też reguluje podziały komórkowe. Cała gama witamin z grupy B pełni funkcje koenzymatyczne. (Już wyjaśniam: Wszystkie reakcje metaboliczne, jakie zachodzą w naszym organizmie, przebiegają szybko i sprawnie dzięki specjalnym białkom – enzymom. Dla działania niektórych enzymów są potrzebne dodatkowe malutkie cząsteczki (koenzymy), żeby te reakcje w ogóle mogły zachodzić. Te malutkie cząstki powstają właśnie z witamin z grupy B.) Tiamina, ryboflawina, pirydoksyna, kwas pantotenowy, biotyna, nikotynamid, kwas foliowy, kobalamina – ich nazwy brzmią strasznie, ale są naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Potrzebujemy witamin, żeby nasze komórki mogły prawidłowo funkcjonować: uzyskiwać energię, gospodarować zasobami, bronić się przed toksynami, naprawiać uszkodzenia. Witaminy uczestniczą w kluczowych reakcjach metabolizmu. A komórki sprawne metabolicznie, to zdrowe ciało i sprawny umysł. Zdrowe i piękne ciało. Witaminy są składnikami naszego ciała, których nie potrafimy sami wyprodukować. Musimy je zjeść, a niestety one w większości źle znoszą temperaturę.

Dygresja: Wyjątkiem, który akurat całkiem nieźle znosi gotowanie, są karotenoidy (żółte, pomarańczowe i czerwone barwniki roślinne, które w większości dla nas są prekursorami witaminy A). W dodatku karotenoidy są łatwiej przyswajalne w towarzystwie tłuszczów (koniecznie!), więc w tym przypadku sos wygrywa z pomidorem. 

Nie tylko witaminy, ale też wielonienasycone kwasy tłuszczowe zawarte w ziarnach i orzechach bardzo nie lubią wysokiej temperatury. A niezbędne wielonienasycone kwasy tłuszczowe pełnią w naszym organizmie funkcje hormonalne regulując pracę układu krążenia i systemu odpornościowego: regulują przepuszczalność naczyń krwionośnych, lepkość krwinek, odpowiedzi immunologiczne, w tym alergiczne, oraz stany zapalne itd.

Z tych oto powodów tak ważne jest, żeby jeść surowe, nieprzetworzone termicznie pokarmy. Owoce, warzywa, orzechy i nasiona. I trzeba jeść ich dużo! Gotowane pożywienie to była, i nadal powinna być, tylko część diety hominidów, uzupełnienie jej. Surowy pokarm jest dla nas niezbędny, bo to on stanowił podstawę wyżywienia naszych przodków w czasach, kiedy kształtował się nasz gatunek. Surowe w naszej praprzeszłości było łatwo dostępne, rosło tuż pod ręką, więc nie musieliśmy wytwarzać mechanizmów nakazujących jego szukanie. Jedzenie surowego nie przyprawia nas o taką euforię jak jedzenie smażonego czy pieczonego, ale nie oszukamy biologii i potrzeb wynikających z fizjologii. Choć szczerze trzeba przyznać, że mocno próbujemy łykając tabletki z suplementami. Co zazwyczaj jest kompletnie pozbawione sensu, bo suplementy mają beznadziejnie niską przyswajalność i nigdy nie dostarczą nam wszystkich niezbędnych składników. (Z resztą ich funkcją miało być uzupełnianie diety w wyjątkowych przypadkach, a nie zastępowanie zdrowej żywności na stałe. Tylko jakoś o tym zapominamy...)

Minus surowego pokarmu to trudność jego trawienia. Problemy z surowym pokarmem dotykają przede wszystkim osób z dysfunkcjami układu pokarmowego. Dotyczy to dzieci, których układ pokarmowy jest jeszcze niedojrzały i nie funkcjonuje sprawnie. Pierwsze pokarmy, które podajemy dzieciom po diecie czysto mlecznej, to zupki. Przypadek? Niestety brakuje narzędzi do oceny, kiedy matki przestały podawać dzieciom pokarm przez nie wstępnie przeżuty na rzecz pokarmu ugotowanego. Czy to miało wpływ na rozwój gatunku?
Odejście od surowizny obserwujemy też w przypadku osób starszych, których organizm już nie działa prawidłowo. Ciężko też na samym zimnym pokarmie przetrwać srogą kilkumiesięczną zimę, choćby z tego powodu, że nic zimą nie rośnie i jesteśmy zdani na zapasy i przetwory (dawniej głównie suszone, wędzone lub fermentowane)... Surowego unikają też osoby ze schorowanym żołądkiem, wątrobą, nerkami, trzustką... (Ale ile z tych osób choruje dlatego, że unikało surowych warzyw?... Tak na marginesie, czy Wy też odnosicie czasem takie wrażenie, że tradycyjna polska dieta oparta na bułach i smażonym mięsie jest wprost idealnie skomponowana dla rozwoju firm farmaceutycznych?)

Dieta RAW nie jest najlepszą z diet, bo utrudnia zdobywanie białka i energii. Brak gotowania wyklucza z diety szereg przydatnych produktów, jak choćby rośliny strączkowe, i zazwyczaj wiąże się z rezygnacją z jedzenia jajek i mięsa ponieważ RAW upodobali sobie weganie (o witaminie B12 jest tutaj KLIK). Spokojnie mogą sobie na RAW pozwolić osoby chcące zrzucić nadmiar ciała i które niewiele się ruszają. Natomiast karmiącej naturalnie kobiecie, czy osobie ciężko pracującej fizycznie będzie raczej ciężko wytrzymać na samej surowiźnie. Po prostu na wege-RAW ciężko nadążyć z zapotrzebowaniem białkowo-kalorycznym. Bo gotowanie to duży plus dla dzieci, osób starszych i niedożywionych. Jednakże niejedzenie surowych warzyw jest dla zdrowia jeszcze gorsze, bo ogranicza nasze zdolności metaboliczne, przeciwutleniające, naprawcze i detoksyfikacyjne na skutek braku witamin, błonnika, kwasów tłuszczowych wielonienasyconych.

Podsumowując wątek:
Czy gotowane jest zdrowsze niż surowe? Niekoniecznie, ale jest bardzo przydatne.
Czy surowe jest zdrowsze niż gotowane? Zazwyczaj tak, ale ciężko na nim wyżyć
.
Jak zwykle prawda i zdrowie, leżą w równowadze: dużo surowego, trochę gotowanego, a smażonego jak najmniej! No i nie zapominajmy o kiszonym! Kiszonego też potrzebujemy :)

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam

sobota, 06 sierpnia 2016

Opinię publiczną rozgrzewa aktualnie temat odrażającego i obrzydliwego karmienia piersią niemowlęcia w miejscach publicznych, a w restauracji szczególnie. Dla zobrazowania rzeczonej obrzydliwości przytoczę "Macierzyństwo" Wyspiańskiego pobrane z Wikipedii. Pozwolę sobie więc krótko skomentować to obrzydzenie - w końcu to blog o jedzeniu, a ja karmiłam w sumie przez 4 lata i nie siedziałam zamknięta przez ten czas w domu.

Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1905

Po pierwsze, jeżeli porównujesz jedzenie do sikania, bo są tak samo naturalne, to idź się człowieku leczyć! Musisz mieć nieźle narąbane w głowie, skoro nie odróżniasz czynności wykonywanej ustami od czynności wykonywanej d...rugą stroną ciała.

Po drugie, jeżeli obrzydza cię widok jedzącej osoby (tak, ma ledwie ponad 60 cm wzrostu, ale jest to osoba, człowiek poczęty i zrodzony), więc jeżeli obrzydza cię widok jedzącej osoby w miejscu publicznym, to CO TY ROBISZ W RESTAURACJI??! Tam wszyscy jedzą publicznie! Jeżeli tak cię to brzydzi, to skorzystaj ze swoich rad: weź swój talerz i idź się schować do toalety. W kabinie jest tak zacisznie i przytulnie. Nakryj jeszcze głowę chustą, żeby ci się przyjemniej jadło.

Po trzecie, jeszcze nie spotkałam kobiety, która "wywala cyce" przy karmieniu. Zazwyczaj sutek w ogóle jest niewidoczny, a jeśli zamierzasz się wgapiać, żeby tylko wyłapać ten moment, kiedy dziecko puści brodawkę, a matka akurat nie zdąży zasłonić jej koszulą, to idź się leczyć z popaprania! Dziecko je. Tylko tyle. Cały brud jest wyłącznie w zboczonej głowie oburzonych osobników, którzy nie pamiętają, że biust oprócz pornografii służy również do karmienia dzieci.

Po czwarte, wgapianie się jak ktoś obcy je, nawet jeśli ten ktoś ma jakieś 60-80 cm, świadczy tylko i wyłącznie o braku dobrych manier obserwatora. Osoba kulturalna nie wgapia się, jak inny gość restauracji spożywa posiłek, czegokolwiek by on nie zamówił.

I tak, zasady dobrego współżycia obowiązują obie strony: karmiąca kobieta powinna to robić dyskretnie, a ty nie powinieneś się gapić.

Po prostu jedz i daj innym zjeść ich posiłek.

Smacznego!

Tagi: gadanie
00:04, pinkcake , bajanie
Link Komentarze (25) »
piątek, 05 sierpnia 2016

Mistrzowska owsianka przez noc to pożywne śniadanie, które samo się robi ;)

mistrzowska owsianka, owsianka mistrzów, master oatmeal

Owsianka Mistrzów

pół szklanki płatków owsianych
domowe mleko migdałowe (klik)
migdały po mleku migdałowym (KLIK)
suszone śliwki, morele, rodzynki
słonecznik
orzechy włoskie

Płatki owsiane zalać mlekiem migdałowym i odstawić na noc pod przykryciem. Dodać ziarna słonecznika namoczonego przez noc, pokrojone śliwki, posiekane orzechy i fusy po robieniu mleka migdałowego (KLIK). Jeżeli owsianka jest zbyt gęsta, można dolać więcej mleka migdałowego.

A o naszych owsiankach miałam okazję opowiadać na antenie Radia Kraków, zapraszam do posłuchania KLIK :)

Smacznego!

poniedziałek, 01 sierpnia 2016

Takie małe słodkie pocieszyciółki na oberwanie chmury.

bułeczki drożdżowe z różą, rose petal jam rolls, rose flower jam buns

Bułeczki drożdżowe na melasie zawijane z różą

3 szklanki mąki + na podsypanie
80 g oleju kokosowego lub nieutwardzanej margaryny
3/4 szklanki mleka migdałowego lub innego
25 g świeżych drożdży lub 7 g suszonych
0,5 szklanki melasy karobowej lub buraczanej
szczypta soli

Zmieszać mąkę z suchymi drożdżami i solą. Dolać letnie mleko, melasę i olej. Jeżeli używacie świeżych drożdży, trzeba je odstawić na chwilę, żeby się obudziły. Wyrobić na gładkie ciasto. Ja wolę ciasto luźniejsze, więc dodaję najpierw mniej mąki, a potem ewentualnie dosypuję, jeżeli kompletnie się rozpływa. Zbyt zwarte ciasto jest trudniej rozluźnić, niż zagęścić za luźne.  

Zostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia (podwojenia objętości) czyli na ok. 1 godzinę.

bułeczki zawijane z przecierem różanym,bułeczki drożdżowe z różą, rose petal jam rolls, rose flower jam buns

Wyrośnięte ciasto wyrobić. Jeżeli ciasto klei się do rąk, to nie dosypujcie więcej mąki, tylko natrzyjcie dłonie oliwą - ciasto nie będzie do nich się przyczepiać. Wyłożyć na blat podsypany mąką i rozwałkować w prostokąt. Posmarować przecierem z płatków róży. Zwinąć ciasto wzdłuż długiego boku i pokroić na plasterki. Układać je na blasze wyłożonej papierem. Odstawić na pół godziny do wyrośnięcia. Posmarować wodą lub mlekiem i piec 10-12 minut w 180°C. Można dekoracyjnie posypać cukrem perlistym.

Smacznego!

niedziela, 24 lipca 2016

Dziś zapraszam na kwiatową sałatkę ryżową, taki bezglutenowy tabuleh z kwiatami.

Sałatka ryżowa z kwiatami,tabuleh bezglutenowy,blossom tabuleh, rice salad with flowers

Sałatka ryżowa z kwiatami a'la tabuleh

ryż ugotowany na sypko
pomidory malinowe
ogórki gruntowe
natka pietruszki
kwiaty lub pędy szczypiorku
kwiaty krwawnika (u mnie żółta odmiana ogrodowa)
kwiaty lawendy 
kwiaty mięty
kwiaty marchewki
kwiaty pysznogłówki 

oliwa extra virgin
sok z cytryny lub ocet jabłkowy albo biały winny
sól kamienna lub morska jeżeli ryz nie był słony

Warzywa dokładnie umyć i osuszyć. Pokroić je w kawałki. Z pomidorów usunąć gniazda nasienne. Zmieszać składniki sosu. Do ryżu dodać pokrojone pomidory, ogórki, posiekane zioła, kwiaty i polać sosem. Proporcje dobierzcie do smaku, ale jak dla mnie sałatka musi zawierać dużo więcej warzyw niż kaszy (tak, tak, ryż, to też kasza), bo nie liczyłaby się jako sałatka :) Właściwie, to w ogóle nie musiałoby być kaszy :P

tabuleh gluten-free, blossom tabuleh, kwiaty ziół jadalne

Kwiaty nadają sałatce intensywny ziołowy smak i piękny wygląd. Krwawnik i lawenda mają bardzo dużo aromatu, więc tych kwiatów należy używać bardzo oszczędnie.

Smacznego!

poniedziałek, 18 lipca 2016

Jeszcze powspominam Festiwal Kwiatów Jadalnych, ale tej zupy po prostu nie sposób nie przywołać. Zupa z liliowca stylizowana na azjatycką zupę tom yum smakowała chyba niemal wszystkim gościom festiwalu, a w związku z tym, że nasze stoisko odwiedziło około 4,5 tysiąca osób, to musi coś znaczyć ;) 

zupa z liliowca z festiwalu kwiatów jadalnych, tom yum

Zupa tom yum z liliowcem

1,2 litra bulionu (warzywnego lub drobiowego)
źdźbło trawy cytrynowej
1-2 liście limonki
kawałek galangalu i/lub imbiru
1 papryczka chilli
curry w paście lub proszku
20 pąków lub kwiatów liliowca
1 cebula
sos sojowy lub rybny
cukier nierafinowany
sok z limonki
50 g makaronu ryżowego lub fasolowego
150 g boczniaków
ewentualnie filet z uda lub piersi kurczaka
1-2 łyżki oliwy lub oleju ryżowego

Na tłuszczu podsmażyć pokrojone w paski boczniaki i cebulę. Również mięso, jeżeli chcecie je dodać, ale akurat zupa na zdjęciu jest wegańska. Zalać bulionem i zagotować. Dodać zmiażdżoną trawę cytrynową, liście limonki, pokrojoną papryczkę chilli, curry, starty imbir i galangal. Zagotować zupę, po czym wyłączyć palnik. Spróbować zupy i doprawić do smaku sosem sojowym i sokiem z limonki, ewentualnie cukrem. Powinna być pikantna i lekko kwaskowata. Dorzucić makaron i pokrojone liliowce, przykryć i poczekać 2 minuty.

tom yum with golden needles, azjatycka zupa z kwiatami liliowca

Podczas festiwalu razem z Mariuszem Siwakiem przerobiliśmy kilka wariantów zupy: z makaronem, z dodatkiem mleka kokosowego, z mięsem, z różnymi przyprawami. Ale każda wersja cieszyła się powodzeniem :)

Liliowce smakują trochę jak cebula, trochę jak sałata, lekko jak fasola, więc idealnie się wkomponowują w azjatycki klimat zupy. Poza tym liliowce w Azji są po prostu uznawane za warzywo, zwane złotymi igłami lub po prostu żółtymi kwiatami. Najbardziej soczyste są dojrzałe pąki, można też gotować otwarte kwiaty, tylko wtedy lepiej usunąć słupek i pręciki.

Smacznego!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 141