Różowy tydzień-baner Apetyt - Magazyn Małopolskich Blogerów Kulinarnych Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
ROZKWIASZCZONY BLOG KULINARNY - jadalne kwiaty i pyszne chwasty, słodkości bez jajek i bez mleka krowiego - Małgorzata Kalemba-Drożdż
piątek, 24 października 2014

Czytaliście już jesienne wydanie Małopolskiego Apetytu? Jeśli jeszcze nie, to bardzo warto do niego zajrzeć (klik). To już trzeci wspaniały numer, który świetnie dowodzi, że magazyn profesjonalny od amatorskiego różni w zasadzie jedynie zdolność znalezienia pieniędzy na wydruk, a nie jakość treści. Pośród znakomitych artykułów znajdziecie tam również mój skromny tekst o...

Przy okazji ostrzegam, że jutro, czyli w sobotę 25 października, będę straszyć na łamach Gazety Krakowskiej, a także w Radio KRK.FM w godz. 12-13 (można słuchać online (klik)), albowiem Paweł i Rafał będą opiekali mnie "Na wolnym ogniu" ;)

A teraz zapraszam Was na prosty i pyszny deser o ziołowej nucie. Idealny na skołatane nerwy ;)

lawendowa panna cotta, lavender panna cotta, no-dairy panna cotta

Lawendowa panna cotta

400 ml gęstego mleka kokosowego i 100 ml mleka migdałowego (w wersji klasycznej 500 ml śmietany kremówki)
4 łyżki drobnego brązowego cukru (lub czegoś innego, czego używacie do słodzenia)
1-2 kwiatostany lawendy lub 0,5-1 łyżeczki sypkiej lawendy
połowa laski wanilii
2 łyżeczki żelatyny

Żelatynę namoczyć w niewielkiej ilości wody, żeby spęczniała. Do mleka lub śmietany wrzucić lawendę i laskę wanilii przekrojoną wzdłuż. Dodać cukier i podgrzewać na malutkim ogniu cały czas mieszając. Gdy śmietanka się zagotuje, przecedzić przez sitko.

Żelatynę rozpuścić na malutkim ogniu, pilnując, żeby nie zawrzała. Dodać do lawendowego mleka i dokładnie wymieszać. Odstawić do wystudzenia. Jeżeli chcecie użyć agaru, to jego, żeby się dobrze rozpuścił, trzeba zagotować.

Gdy śmietanka jest już na granicy tężenia, ponownie ją zamieszać i przelać do foremek lub salaterek. Wstawić do lodówki do stężenia na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. 

Żeby ładnie zaprezentować deser, każdą miseczkę należy wstawić na kilka sekund do gorącej wody i wyłożyć na talerz. Panna cottę można podawać z owocami sezonowymi lub owocowymi sosami-musami uzyskanymi poprzez przetarcie duszonych owoców przez sito. Ale że moje kochane Dziwadła nie lubią paprania na talerzach, więc podaję "na sucho".

Smacznego :)

sobota, 18 października 2014

Kiedy jedna z czytelniczek podesłała mi ten link, nie wahałam się ani chwili. Problemem było jedynie znalezienie klonu japońskiego. Ale jak się uprę, to nie ma na mnie bata :P Znalazłam śliczny klon japoński, z dala od ulicznego ruchu i rzuciłam się na niego jak wygłodniały żbik :)

smażone liście klonu, fried maple leaves, jadalne liście

Szczerze przyznaję, że nieco zawaliłam z ciastem. Chciałam przygotować klasyczną tempurę z mąki pszennej i kukurydzianej, ale okazało się, że kukurydziana mi się skończyła. A że już nic nie było w stanie mnie powstrzymać od smażenia klonowych liści, to z głupia frant chwyciłam za mąkę ziemniaczaną. I to był błąd, bo zamiast tempury wyszły mi prażynki! Ale ogólną ideę dania zachowałam, a takie prażynkowe ciasto bardzo zasmakowało moim dzieciom ;)

smażone liście klonu, jadalne liście klonu,fried maple leaves, edible maple leaves

Smażone liście klonu

jesienne liście klonu japońskiego
1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka mąki kukurydzianej (albo ziemniaczanej:))
1 szklanka wody
sól
olej do smażenia np kokosowy

Przygotować ciasto. Można do niego dodać trochę ziarna sezamu. Spokojnie można też przyrządzić taką przekąskę na słodko.

Trzeba poeksperymentować z gęstością ciasta. Zbyt rzadkie spłynie z liści lub od nich odpadnie w czasie smażenia. Powinno być gęste, ale nie za bardzo, bo zupełnie stłamsi liście.
Liście klonu zrywałam z drzewka, bo takie z trawnika jakoś do mnie nie przemawiały. Trzeba je umyć i osuszyć. Maczać liście klonu w cieście i smażyć w porządnie rozgrzanym tłuszczu. Osuszyć na papierowym ręczniku z nadmiaru tłuszczu.

liście klonu, maple leaves

Dla pewności spróbowałam jeszcze liści klonu palmowego (czerwony po prawej), kaukaskiego (żółty na dole), cukrowego (zielony u góry) i jeszcze jakiegoś, którego nie umiałam oznaczyć. O dziwo klon zwyczajny nie wpadł mi w ręce, a osiedlowe raczej zniechęcają jako ulicznice. Miałam tylko nadzieję, że podczas zbierania liści, zarządca parku nie wypadnie na mnie z widłami. Ale wyszłam z założenia, że w razie wpadki będę się odwoływać do racjonalnych argumentów. Jest jesień, liście i tak lada moment spadną, a dzięki mnie przynajmniej będą mieć mniej grabienia :D

Klon cukrowy najbardziej mnie rozczarował. Jego listki na surowo były najmiększe, jednak po usmażeniu stał się najbardziej łykowaty. Zdecydowanie najsmaczniejsze były liście klonu japońskiego (czerwony na górze w środku)  i japońskiego palmowego (czerwono-żółty na dole). Delikatne w konsystencji, o łagodnym drzewnym smaku. Cieszę się, że ich zebrałam najwięcej.

jadalne liście, smażone liście klonu, fried maple leaves

Japończycy jednak wiedzą, co dobre! Smażone liście klonu japońskiego bardzo gorąco polecam na jesienną przekąskę :)
Smacznego!

czwartek, 16 października 2014

Kolejna już osoba pyta mnie o te nieszczęsne gumeczki: są trujące, czy nie są? Wszystkie media oszalały na punkcie rakotwórczych recepturek, tymczasem afera wcale ich nie dotyczy. Histeria przyszła z Anglii, gdzie dotarły chińskie podróbki o kilkusetkrotnie przekroczonych normach zawartości ftalanów. Tylko że wcale nie chodziło o gumeczki, tylko o zawieszki, które są dołączane do niektórych zestawów. 

Ale myślę, że gumkowe bransoletki są dobrym pretekstem do rozważań nad plastikiem. Czy zatem same gumeczki są silnie toksyczne? - Nie. Czy są bezpieczne? Nie, bo są z miękkiego plastiku.

Październik jest miesiącem, który przypomina o profilaktyce nowotworów. Pora więc zdać sobie sprawę z kilku rzeczy.

czy gumkowe bransoletki są toksyczne

Jesteśmy pokoleniem szczurów laboratoryjnych. Ten stan ufundowali nam rodzice zachłyśnięci nowymi technologiami. Plastik jest materiałem wszechobecnym. Mieszkamy w nim, dotykamy go, nosimy go na ciele. Podłogi z linoleum, płytki PCV, tapety, okleiny mebli, syntetyczne włókna, plastikowe zabawki... W czasie używania delikatnie się łuszczą uwalniając do powietrza mikroskopijne drobinki, które wdychamy.

Plastik pijemy i zjadamy. Produkty uboczne przy jego produkcji penetrują glebę, wody gruntowe i morza. Krążą w ekosystemie. Zjadają je ryby, my zjadamy ryby, zwierzęta są karmione mączką rybną, zjadamy zwierzęta...

Plastik jest ładny, tani i lekki. Jego produkcja jest prosta, a transport mniej kosztowny. Ale plastik jest zły ponieważ środki chemiczne używane do jego produkcji są bardzo szkodliwe dla zdrowia. Środki zmiękczające, dzięki którym tworzywo syntetyczne jest elastyczne i miękkie to tzw plastyfikatory. (PCW, PVC - to plastik, którego produkcja wymaga podobno największej ilości plastyfikatorów.)

Chyba już każdy wie, że nie wolno pakować w folię aluminiową niczego, co jest kwaśne. Ani owoców, ani warzyw, ani kiszonek, ponieważ kwasy zawarte w tych produktach reagują z glinem (aluminium) i tworzą rozpuszczalne sole, które trafiają do naszego organizmu. Glin jest toksyczny, a nasze nerki niekoniecznie radzą sobie z jego odfiltrowaniem. Aluminium zbiera się w niektórych narządach i stawach zaburzając ich pracę, osłabiając cały organizm. Tymczasem wiedza, że niektórych pokarmów nie należy pakować w plastik wciąż jest dostępna jedynie dla wybrańców.

(Dygresja: związki aluminium są powodem, dla którego nie należy parzyć herbaty z cytryną ani innymi owocami. W liściach herbaty są zebrane cząsteczki glinu, ponieważ krzewy herbaciane wyciągają je z gleby, a te wytrącają się w tkankach rośliny. Nie stanowi to dla nas zagrożenia, ponieważ są to związki glinu nierozpuszczalne w wodzie, więc podczas parzenia herbaty pozostają w liściach. Natomiast kwas cytrynowy zawarty w owocach reaguje z aluminium w liściach dając sól: cytrynian glinu, który dobrze rozpuszcza się w wodzie i trafia do naparu. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by napić się herbaty z cytryną. Wystarczy najpierw zaparzyć herbatę, odcedzić listki i dopiero wtedy dodać cytrynę. Glin zostanie w liściach, a nie w naparze.)

Im miększy i grubszy plastik, tym więcej plastyfikatorów zostało zużytych do jego produkcji (jak na przykład miękkie gumkowe zawieszki, czy worki z grubego PVC.) Im tłustszy produkt zawinięty w plastik, tym więcej chemikaliów przeniknie do żywności, ponieważ plastyfikatory są lipofilne tzn. lubią tłuszcz. Twarde plastiki wymagają mniejszej ilości plastyfikatorów. Kupujemy mnóstwo wody w plastikowych butelkach. Ale butelki na wodę są jeszcze stosunkowo mało problematyczne, bo większość plastyfikatorów rozpuszcza się lepiej w tłuszczu niż w wodzie, a dodatkowo plastik na butelki jest sztywny. No ale wysoka temperatura przyśpieszy przenikanie tych związków do wody, a z czego jest zrobiona większość czajników elektrycznych? No właśnie, z plastiku. Nawet czajniki ze stali mają plastikowe wstawki. (Może niektórzy z Was wspomną moje poszukiwania bezplastikowego czajnika, co wydawało się mission impossible). Jeżeli plastik wydziela "chemiczny" zapach, szczególnie po podgrzaniu, to znaczy, że pozostało bardzo dużo rozpuszczonych w nim pozostałości z procesu produkcyjnego.
Zimna woda OK, ale przecież soki owocowe pełne lipofilnych witamin (karotenoidów) sprzedawane są w plastikowych butelkach. Pakujemy tłuste sery i mięsa w plastikowe worki. A plastyfikatory z worków rozpuszczają się w tłuszczu, który później zjadamy.

Przyjrzyjmy się teraz metodzie sous-vide. To nowoczesna metoda gotowania próżniowo zapakowanego jedzenia w niskich temperaturach promowana przez wielkich szefów kuchni. Teoretycznie jest to świetny pomysł, ponieważ dzięki temperaturom nie przekraczającym nawet 100°C unika się generowania wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych i amin heterocyklicznych, które powstają w pieczonym jedzeniu, o czym pisałam we wpisie pt. "Smak ognia" (klik). Tylko, że w tej metodzie jedzenie razem z sosem pakuje się do foliowego worka. Worka z grubego, miękkiego plastiku...

Związki używane w produkcji plastiku to dioksyny, polichlorowane bifenyle (PCB), bisfenole, ftalany. Kiedy trafią do naszego organizmu udają hormony zaburzając komunikację między komórkami naszego ciała. Podszywają się pod hormony steroidowe, hormony płciowe. W tym upatruje się źródła problemów z płodnością i żywotnością plemników, które obecnie trapią wielu mężczyzn oraz wcześniejszym dojrzewaniem płciowym dziewczynek. Feminizacja jest problemem, który dotyka nie tylko naszych samców, ale też wyraźnie odbija się na płodności niektórych ryb, bo wszystko co zużyją fabryki trafia do rzek i mórz. (Tak właśnie zwrócono w ogóle uwagę na ten problem, bo wędkarze zauważyli, że powoli nie mają czego łowić.) Co z tego, że te związki udają hormony? Komórki, do których docierają fałszywe sygnały zachowują się dziwnie. Tak dziwnie, że mogą stać się nowotworowymi. A często efektem pobudzenia receptorów steroidowych są podziały komórkowe. Nawet bez uszkodzonego DNA, bez zajścia mutacji, komórki mogą wyrwać się spod kontroli organizmu i robić, co chcą i dzielić, kiedy chcą, czyli zrakowacieć. Nowotwory, które rozwijają się bez zajścia mutacji, nazywamy epigenetycznymi.

Plastyfikatory podszywają się też pod hormony tarczycy, blokując receptory tyroidowe zmieniają tempo metabolizmu całego organizmu. Czasem te związki nazywane są wprost obesogenami, czyli związkami, które powodują niekontrolowane przybieranie na wadze. Ponadto związki te zbierają się w tkance tłuszczowej i są przyczyną wyraźnego obniżenia zdrowotności u osób otyłych rozpoczynających zrzucanie nadwagi. Intensywne spalanie tkanki tłuszczowej powoduje gwałtowne uwalnianie zasobów toksyn w niej zgromadzonych. Organem, który próbuje się ich pozbyć jest wątroba i to ona obrywa najwięcej za wszelkie chemikalia, które trafiają do naszego organizmu.

Oto właśnie jest cena jaką płacimy za wygodnictwo, za lekkie, kolorowe i niewymagające plastiki.

Przyjrzyjcie się dobrze swojej kuchni: używamy plastikowych sztućców, plastikowych naczyń, plastikowych utensyliów do gotowania, teflonowych patelni, silikonowych form, plastikowych czajników. Co najgorsze dajemy plastikową zastawę i kubeczki dzieciom, wychodząc z założenia, że lekki plastik nie zrobi im krzywdy. Pierwsze posiłki dajemy w plastikowych butelkach z syntetycznym smoczkiem (nowoczesne mamy nie dają już gumowych smoczków, tylko silikonowe). A przecież organizm dzieci jest jeszcze bardziej podatny na akumulację toksyn niż organizm dorosłego. Kochasz swoje dziecko? Nie dawaj mu plastiku do jedzenia!

Szkło, ceramika, nierdzewny metal i drewno – to są materiały, które są przeznaczone do kontaktu z żywnością. Pewnie, plastik jest tani, ale pęka i zużywa się szybciej niż inne droższe materiały, więc trzeba go kupować więcej. Wyprodukować więcej. I więcej, i więcej… I jeszcze więcej chemikaliów wpuścić do środowiska. Oczywiście, producenci muszą przestrzegać dopuszczalnych norm zawartości plastyfikatorów w końcowym wyrobie. Niektórzy przestrzegają. Ale nawet uwzględniając przestrzeganie norm, czy ustawodawcy naprawdę przewidzieli, że plastik będzie otaczał nas ze wszystkich stron?

Tak wiem, szklane opakowania są ciężkie, niewygodne. Nie spakujemy przecież dziecku śniadania do szkoły w metalową menażkę. Jednak coś tłustego już lepiej zapakować w folię aluminiową niż plastik, a kanapki można przecież owinąć papierem śniadaniowym (niebielonym;)).  Podłogi, meble, ubrania, lalki, no i plastikowe tubki z kosmetykami (kosmetykami, które przecież przynajmniej w połowie składają się z tłuszczów, które potem absorbuje nasza skóra, bo skóra tez jest lipofilna). Już wystarczająco dużo plastiku jest wokół nas, absolutnie nie dokładajmy go jeszcze do jedzenia. 

Metalowe garnki, ceramiczne naczynia, drewniane łyżki do mieszania, szklane kubki, porcelanowe filiżanki, stalowe lub srebrne sztućce. Nikogo nie namawiam do powrotu do epoki kamienia łupanego, ale naprawdę da się urządzić kuchnię bez plastiku.

Nie bójcie się panicznie kolorowych recepturek. Tak, są trujące, tak samo jak inne plastikowe rzeczy. Pozwólcie dzieciom się chwilę nimi pobawić (ale raczej nie nosić), za parę tygodni i tak znajdą sobie inne hobby. Lepiej przypatrzcie się dokładnie swojej kuchni, bo jemy codziennie przez całe życie...

środa, 15 października 2014

Sernik na specjalne zamówienie. Bez dodatku tłuszczu, cukru, mąki i skrobi.

dietetyczny sernik, sernik paleo, sernik bez ciasta, sernik bez cukru

Dietetyczny sernik z sosem malinowym na czerwonym winie i czekoladowymi łyżeczkami

800 g twarogu przetartego przez sito
4 jajka
200 g ksylitolu
szczypta soli
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Żółtka zmiksować z twarogiem, ksylitolem i wanilią. Białka ubić na pianę z solą. Delikatnie połączyć obie masy. Wylać do tortownicy. Piec w temperaturze 170°C dopóki sernik się całkowicie nie zetnie, co będzie zależało od wielkości tortownicy. Wysoka warstwa będzie potrzebowała godziny, cienka już po pół godzinie będzie gotowa.

Sos malinowy na czerwonym winie

szklanka malin (mrożonych)
pół szklanki czerwonego wytrawnego wina 

Maliny rozgnieść widelcem, podlać winem i dusić na maluteńkim ogniu, aż sos się zredukuje. Można przetrzeć przez sito, ale po co tracić cenny błonnik?

Czekoladowe łyżeczki zrobiłam z gorzkiej czekolady przy pomocy silikonowych foremek kupionych na wyprzedaży niewiadomopoco. Ale te łyżeczkowe czekoladki zyskały sobie wielkie uznanie u moich dzieci ;)

Smacznego!

I przy okazji sprawdźcie wyniki konkursu balkonowego (klik) :)

wtorek, 07 października 2014

 Dziś zapraszam Was do malutkiego konkursu z firmą Ruta Urban Garden.

pomidorek z balkonu

Oto jeden z pomidorków Sunusia, chluba naszej balkonowej hodowli. Sadzonki dostaliśmy od mamy kolegi Córci, strasznie fajnej babki, a rzeczony kolega jest bożyszczem Synutka, albowiem ma ukochane przez niego klocki Lego w ogromnych ilościach :) Od początku było wiadomo, że skoro sadzonki pochodzą od nich, to hodowla będzie oczkiem w głowie Synutka. Przez całą wiosnę i lato codziennie doglądał krzaczki i jeszcze do tej pory cieszymy się malutkimi słodziutkimi pomidorkami. W skali makro, plon był raczej marny, ale satysfakcja z własnoręcznej hodowli, zaangażowanie w opiekę nad roślinami, troska o zmiany pogody u 3-letniego brzdąca - to są rzeczy absolutnie bezcenne! No i miałam niepryskane listki pomidora do sałatki (klik), a nawet zupełnie własne chwasty (klik) ;)

A zatem pora na konkurs!
Ponieważ synusiowej hodowli pomidorów towarzyszyła moja rozterka o miejsce na balkonie zajmowane przez kolejną skrzynkę, na którą absolutnie nie ma miejsca, stąd wzięło się pytanie konkursowe:

Jaką roślinę byście posiali/zasadzili mając do dyspozycji tylko jedną jedyną skrzynkę balkonową?

Liczy się ciekawe uzasadnienie :)

Na odpowiedzi macie czas do końca niedzieli. Niezdecydowani mogą zostawić tyle odpowiedzi ile chcą, ale każda powinna być w osobnym komentarzu. Można komentować tutaj albo pod wpisem konkursowym na FB, czyli tutaj.

ruta urban garden, konkurs pinkcake.blox.pl

Nagrody w postaci 2 zestawów nasion (szpinak, aksamitka, nagietek, pomidorki cherry, lubczyk) i ślicznej dyńki funduje oraz wysyła firma Ruta Urban Garden. Firma prowadzi poradnictwo i aranżacje małych przestrzeni pod uprawę, więc może przy okazji znajdzie sposób, żeby zmieścić więcej skrzynek? A przed nami cała zima na planowanie balkonowego ogródka... :)

Miłej zabawy!

Wyniki:
Zwyciężczyniami konkursu zostały:

Anka, kze201.internetdsl.tpnet.pl  2014/10/08 13:08:27
Gdybym miała do dyspozycji tylko balkon i tylko jedną doniczkę, to na pewno rosłaby tam... pokrzywa. Dlaczego? A dlatego, że rośnie wspaniale, przez cały sezon, odrasta od razu, więc można spokojnie rwać jej na zupy, herbaty, pesto i odbudowywać zdrówko po zimie/szykować się na jesień :) 

Niemięsojadka, staticline-31-182-81-68.toya.net.pl  2014/10/10 08:40:03
Nie potrafiłabym się powstrzymać i gdybym miała jedną, jedyną doniczkę (tym razem okrągłą) posadziłabym w niej rozmaryn. Nie dość, że jest symbolem wiecznej miłości (tak tak, jestem romantyczna :)) to pachnie wręcz obłędnie, a dodany do zup...sprawia, że zapominam o świecie i odpływam do krainy szczęścia.. Dla mamy, która zmaga się z RZS mogłabym zrobić napar, sąsiadce zaatakowanej przez depresję zrobiłabym rozmarynowa nalewkę. Zrobiłabym rozmarynową kąpiel, orkiszowe ciasteczka z posiekanymi igiełkami rozmarynowymi, a na późny obiad upiekłabym ziemniaki z dodatkiem tego cudnego zioła. Gdybym nauczyła się robić olejek rozmarynowi, chciałabym, żeby zniknęły mi dzięki niemy zmarszczki, które aktualnie ukrywam pod grzywką ;) I korzystałabym z płukanki rozmarynowej do włosów, może przestałyby tak szybko się przetłuszczać? :) Żeby zaskoczyć gości zrobiłabym masełko rozmarynowe: miękkie masło wymieszałabym z bardzo drobno posiekanym rozmarynem, uformowałabym i siup! do lodówki. Będę nieskromna: smakowałoby każdemu!

Gratulujemy i prosimy o przesłanie adresu do wysyłki (na terenie RP) na maila: biuro@rutaurbangarden.pl

niedziela, 05 października 2014

Jeszcze do niedawna panowało ogólne przekonanie, że pomidory jako rośliny psiankowate zawierają w swoich tkankach trująca solaninę. Toksynę, którą znajdziemy też np.: w ziemniakach. Tymczasem wiedza idzie na przód i wreszcie ktoś to sprawdził. Okazało się, że wcale jej tam nie ma! Zamiast solaniny jest tomatina, alkaloid o dobroczynnym działaniu. Jest też obecna w niedojrzałych owocach pomidora. Na pewno znacie konfiturę lub smażone zielone pomidory. Jak dojrzeją, tomatina ustąpi miejsca czerwonemu likopenowi. Liśćmi pomidora nie można się zażerać do rozpuku, jednak jako przyprawa nadają się świetnie. Mają intensywny zielny smak, znacie go na pewno, bo tak samo pachną szypułki pomidorów :)

A przy okazji przypominam, że warto odwiedzać stronę 1000 roślin!

horiatiki, sałatka z liśćmi pomidora, jadalne liście pomidora

Sałatka grecka Horiatiki z liśćmi pomidora

żółta papryka
malinowy pomidor
czarne oliwki
czerwona cebula
kilka młodych listków pomidora
czarna sól cypryjska
oliwa z oliwek extra vergin

Warzywa umyć, pokroić na grube kawałki. Doprawić solą i listkami pomidorów. Ja pozostając w śródziemnomorskim klimacie użyłam czarnej soli z Cypru. Polać oliwą.

Horiatiki, czyli wiejska sałatka z Grecji. W tradycyjnym składzie sałatki greckiej nie powinno być sałaty, ale mogą się znaleźć różne liście, zazwyczaj marynowane. Bo Grecy, podobnie jak Włosi są bardzo liściożerni. Powinien też być ogórek i ser feta, ale akurat u mnie nie ma. Ostatnio nie udawało mi się kupić sera z czysto owczego mleka. To jest jedna z wielkich zagadek ludzkości, że w krajach jugosłowiańskich i środziemnomorskich można zrobić ser wyłącznie z owczego mleka, a w Polsce jest to zupełnie niemożliwe. Zapytajcie tylko jakiego bacę, a uraczy was 20-minutowym wykładem, że się nie da, bo łowce dają niełelastycne mliko. Hmmm... Kwestia klimatu, rasy owiec, czy głowologii?

A do pomidorów wrócę jeszcze w kolejnym wpisie! :)

czwartek, 02 października 2014

Surówka z kalafiora to jedno z niezwykłych dań funkcjonalnych. Prawdziwa bomba kwasu foliowego! Z resztą zerknijcie do wpisu: "Gdzie znaleźć kwas foliowy" (klik).

surówka z kalfiora i fistaszków, Raw caulliflower and peanuts

Surówka z kalafiora z orzeszkami ziemnymi

surowe różyczki kalafiora
orzeszki ziemne (najlepiej niesolone, nieprażone) albo orzechy włoskie
majonez (może być wegański majonez z fasoli)
kilka kropli soku z cytryny
sól, pieprz, ewentualnie czosnek

Kalafiora umyć, osuszyć, zetrzeć na tarce lub pokroić w cieniutkie plasterki. Skropić cytryną. Łodyżki można zużyć do zupy :) Z kalafiorem postępuję dokładnie odwrotnie niż z brokułem, tzn z brokuła lubię na surowo wcinać łodyżki obrane z zewnętrznego łyka, a różyczki krótko obgotowuję. Surowy kalafior dla niektórych osób może być dość ciężkim posiłkiem, więc wrażliwcy mogą go króciutko obgotować na parze. Ale moim zdaniem surówka wtedy bardzo traci na smaku i chrupkości.

Dodać orzeszki, doprawić. Można użyć solonych, prażonych bez tłuszczu orzeszków, będą łatwiej strawne, ale niestety nie będą zawierały witamin - szczególnie kwasu foliowego, który lubi być RAW.

Tradycyjny majonez, dzięki surowym żółtkom, z których jest przygotowany, to też jest świetne źródło kwasu foliowego, ale przy diecie bezjajecznej majonez z fasoli też się świetnie sprawdzi.

Przed mieszaniem składników, miskę można natrzeć przekrojonym ząbkiem czosnku. Wtedy sałatka nabierze delikatnego aromatu, a nie będzie zbyt agresywnie czosnkowa w smaku.

Wersja druga na bardziej słodko i szalono, którą dołączam do konkursu na popołudniową przekąskę.

kalafior z czekoladą i orzeszkami, surówka z kalafiora z bakaliami i czekoladą, kalafior z bakaliami

Surówka z kalafiora z czekoladą i rodzynkami

surowe różyczki kalafiora
orzeszki ziemne (mogą być prażone solone)
rodzynki
czekolada
kilka kropli soku z cytryny
majonez (może być z fasoli albo sojowy)

Z kalafiorem postępujemy tak samo, jak w wersji wytrawnej sałatki, tylko dodajemy rodzynki i drobniutko posiekaną czekoladę. Solone orzeszki są jak najbardziej wskazane ze względu na to, że wtedy już nie trzeba solić sałatki i na pewno się nie przesadzi :)

kalafior z czekoladą i orzeszkami, surówka z kalafiora z bakaliami i czekoladą, kalafior z bakaliami, caulliflower with chocolate and nuts

Dodajemy majonez i gotowe :)

Smacznego!

sobota, 27 września 2014

Najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze. Domowy krem sezamowy, w zasadzie niemal chałwa. Sprawdzi się świetnie jako masa do ciasta czekoladowego (klik) lub nadzienie do domowych czekoladek (klik).

krem sezamowy,krem chałwowy, krem z tahini,domowa chałwa

Krem sezamowy chałwowy

3 łyżki tahini
1 kopiata łyżka miodu
1 łyżka melasy

Zmieszać wszystkie składniki łyżeczką i... gotowe! :) Można też dodać łyżeczkę karobu.

Gęstość masy będzie zależała od gęstość użytych składników. Gęsty miód i gęste tahini dadzą niemal stałą chałwę, płynny miód i płynne tahini - masę lejącą się - dobrą na nadzienie czekoladek. Ja użyłam gęstego miodu wrzosowego i płynnego tahini. Ale jeśli chcecie uzyskać bardzo gęste tahini, wystarczy je przemrozić - powinna oddzielić się warstwa oleju sezamowego nad gęstą masą mielonego sezamu. Tak zrobiłam z poprzednim słoikiem :)

Ostatnio nie mogę się powstrzymać przed liźnięciem 1-2 łyżeczek tego kremu. Przy okazji jest to słodycz bogata w mikroelementy: żelazo, cynk, wapń, magnez itd... a także białko i kwas foliowy (pod warunkiem, że sezam nie był prażony). Może dlatego tak mi smakuje? Ale kto by się tym wszystkim przejmował? Krem jest po prostu pyszny!

Smacznego!

czwartek, 25 września 2014

Niedawno francuscy szefowie kuchni zadeklarowali, że w ich menu będzie więcej potraw warzywnych. Przywitałam to oświadczenie z wielką radością, bo nie ukrywajmy: ludzie kochają mięso i zrobić dobrze potrawę mięsną w głównej mierze polega na nie spapraniu mięsa i dobraniu świetnych dodatków warzywno-owocowo-zielnych. Natomiast zrobienie potrawy z samych warzyw, tak żeby zapchać brzuch mięsożercy, to dopiero jest wyzwanie. Czyli mistrzowie wreszcie wezmą się do roboty. A przecież francuska kuchnia ma też jedną ze swoich odnóg korzeniowych w Prowansji. Regionu rolniczego, o kuchni biednej i prostej acz bogatej w warzywa i zielsko. Na pewno znacie film Disneya "Ratatuj", gdzie właśnie biedna prowansalska potrawa, wegetariańska nomen omen, ścisnęła za serce okrutnego krytyka kulinarnego. W taki sam sposób postanowiłam ścisnąć serce mojego męża.

ratatouille, ratatuja, ratatuj z piekarnika

Ratatouille

1 długa ale cienka cukinia
1 wąski bakłażan
1 czerwona papryka
1 cebula
2 pomidory malinowe
ok. 1 szklanki passaty lub przecieru pomidorowego
1-2 ząbki czosnku
oliwa
chlust czerwonego wina
rozmaryn, majeranek, lawenda, chabry, zioła prowansalskie, sól, chilli

Warzywa umyć, osuszyć i pokroić w plastry. Bakłażana i paprykę zapiec ok 10 minut w piekarniku w 200°C. Cukinię zapiec 5 minut.

Czosnek posiekać, zmieszać z przecierem pomidorowym, chlapnąć winem i oliwą, doprawić ziołami. Zagotować.
Wysmarować oliwą formę do zapiekania. Układać na przemian plasterki wszystkich warzyw. Polać sosem pomidorowym. Nakryć całość arkuszem papieru do gotowania i piec około 15-20 minut w 180°C.

ratatouille, ratatuja, ratatuj z piekarnika, ratatouille zapiekane

Pewnie można na ostatnie kilka minut odkryć i posypać jakimś ostrym serem. A niektórzy robią ratatuję duszoną jak gulasz. Ile garnków, tyle sposobów przyrządzania ratatouille. Ja zrobiłam tak i bardzo nam smakowało.

Smacznego!

wtorek, 23 września 2014

To jest wpis zdecydowanie dedykowany dla fanów mojej działalności :) Jako że ilekroć na FB wspominam o moich książkach, albo pokazuję swoją facjatę, to tracę kilku-kilkunastu fanów, więc prezentując skondensowaną dawkę mnie, to ryzykuję spory spadek w oglądalności ;) Ale zakładam, że są też osoby, które chętnie poczytają, co miałam do powiedzenia w różnych mediach, a nie śledzą FB.

Przez ostatnie miesiące trwała inwazja "Pysznych chwastów" w mediach. Moje 5 minut sławy, a raczej sławy mojej książki, bo to o nią jest tyle hałasu ;)
Wywiady ze mną ukazały się m.in. w sierpniowym Garden and Trends oraz wakacyjnym  Mistrzu Branży. Zwieńczeniem są dwa bardzo ciekawe wywiady: w Gazecie Wyborczej i w Smaku.

W Gazecie ukazał się wywiad rzeka, moim zdaniem bardzo wnikliwy i bardzo się cieszę, że ktoś chciał wysłuchać tego, co miałam do powiedzenia. Niestety chyba dla wielu osób tekst okazał się za długi, by w ogóle przeczytać, bo całą ich uwagę pochłonął opaczny tytuł :( Ilość hejtu jaka spadła na mnie przez ten tytuł po prostu przeszła moje wszelkie wyobrażenia. Tymczasem mnie wcale nie chodzi o to, żeby jeść chwasty „zamiast”. Tylko o to, że zielsko i kwiaty to też jest jedzenie i to cenne, które po prostu warto włączyć do menu. A że przy okazji ograniczenie ilości mięsa będzie sprzyjać zdrowiu, to też prawda :) Do tego wywiad został okraszony najgorszym zdjęciem, jakie kiedykolwiek ktokolwiek mi zrobił w całym moim życiu :D Oj, nie dane mi będzie pasanie własnej próżności, a jeno sypanie popiołu :P
Natomiast troska czytelników o moje zdrowie, jest naprawdę wzruszająca. Moje podkrążone oczy, to nie jest wynik anemii, ani anoreksji na skutek "żywienia się sianem", tylko tego, że w ciągu ostatnich 4 lat zarwałam jakieś 1400 nocy. Jeśli ktoś zna patent, jak w takim stanie można wyglądać kwitnąco, to chętnie poznam.

Cała rozmowa do przeczytania jest tutaj (kliknij tylko nie czytaj tytułu :)) i jeszcze raz bardzo dziękuję redakcji Gazety za możliwość wygadania się :)

Pyszne chwasty recenzja

Wywiad w jesiennym magazynie Smak (obecnie do kupienia w Empikach) jest również bardzo ciekawy. Przyznaję, że ciśnienie nieźle mi podskoczyło przy stwierdzeniach, że idę na łatwiznę i że chwasty nie mają smaku ;) Ale przez to ta rozmowa jest dla mnie cenna, bo fajnie jest odbijać inteligentnie wbijane szpile. Była to też okazja do sesji fotograficznej z Michałem Łepeckim, podglądania świetnego fachowca przy pracy oraz poznania pewnego patentu na udany portret. 2 kwadranse plecenia wianka, ponad godzina pozowania, chyba ponad 50 ujęć, ale nawet to nie pomogło zatuszować kolejnej nieprzespanej nocy. Ale wianek to ładny uplotłam :P

Pyszne chwasty recenzja

Przy okazji ukazało się kilka recenzji "Pysznych chwastów". Między innymi bardzo ciekawa w Food Service - ślicznie dziękuję! I bardzo cenna u Łukasza Łuczaja, wielkiego autorytetu, dla mnie największego, jeśli chodzi o jadalne dzikie rośliny. Dla mnie autor "Dzikiej kuchni" (moja recenzja jego książki jest tutaj) jest mistrzem i nawet nie śmiałabym z nim konkurować na polu botaniki, a w "Pysznych chwastach" są trzy dania wprost inspirowane "Dziką kuchnią". Moim zdaniem nasze książki świetnie się uzupełniają i jeżeli zastanawiacie się, którą jest lepiej kupić, to szczerze powiem, że warto mieć obydwie, bo pomimo wspólnego tematu są zupełnie inne. Komplementacja, a nie konkurencja :)

Jeśli jesteście masochistami i chcecie jeszcze mnie posłuchać w radio, to gadałam w następujących audycjach: Rozmowa z Ewą Podolską w TOK FM - "Chwasty mogą być pyszne" 2014-08-09 19:00, Pamięć smaku - w radiowej Trójce o smaku chwastów i Matka Polka Feministka - o moich alergikach. Niestety inne programy (m.in. kłótnia w Radio Kraków :)), które szły na żywo, nie są dostępne do odsłuchania.

I to na razie tyle! Chyba już nie będę więcej straszyć w innych miejscach niż własny blog :)
Naprawdę bardzo się cieszę, że "Pyszne chwasty" cieszą się takim uznaniem, bo jestem z tej książki mega dumna. I ogromnie doceniam, że miałam szansę przedstawienia swoich przepisów, a nawet swoich poglądów, szerszej publice, niż tylko czytelnikom Trochę Innej Cukierni.

Pozdrawiam serdecznie
Gosia

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 95