|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
BARDZO WAŻNE! Wszystkie zdjęcia są moją własnością i nie zgadzam się na ich kopiowanie.
Jeżeli skorzystasz z mojego przepisu, podaj źródło, a mnie zostaw komentarz:)
Moje strony
Najlepsze - bez jaj!
Linki kulinarne
Lubiane blogi
Ozdabianie ciast
Tagi
|
sobota, 06 lutego 2010
Tiramisu znaczy mniej więcej "zabierz mnie wysoko". Zamiast klasycznego likieru migdałowego Amaretto użyłam likieru śmietankowego Baileys. I zgodnie już z kompletnym pomieszaniem języków wyszło mi Bailamisu czyli hiszpańsko-włoskie niezmiernie zadęte: unieś mnie w tańcu aż do nieba... Chyba dość romantycznie, co nie?
250 g serka śmietankowego typu Mascarpone (lub nawet serka homo) Żółtka ubić z połową cukru, postawić na misce z wrzątkiem i ubijać, aż do uzyskania gęstego białego kremu. Połączyć z serkiem. Ubić śmietanę z resztą cukru i połączyć z serem. Mały szczegół techniczny: ponieważ nie miałam odpowiedniej foremki, pomogłam sobie folią aluminiową i ciężkimi kartonami. Wyszła mi prowizoryczna foremka mieszcząca 4 biszkopty wzdłuż i wszerz.
Myślałam, że starczy nam na dwa razy, ale deser okazał się tak pyszny, że dzielenie go na 4 kawałki okazało się czystym barbarzyństwem:) To było najlepsze tiramisu jakie jadłam!
środa, 03 lutego 2010
Rodzina się buntuje, żąda ciasta. Córcia aż rwie się do mieszania, tylko podstawiać składniki;) Torotwnicy 4-latka nie wysmaruje, ale moje lenistwo też nie daje o sobie zapomnieć: silikonowej formy nie trzeba wysypawać bułką.
1,5 szklanki mąki Piekłam ok. 40 minut w 180°C, aż patyczek był suchy. I tak nie lubię tego piekarnika: on dusi a nie piecze:/ Szczerze mówiąc nie zauważyłam, żeby dodatek jajek jakoś wpłynął na smak ciasta. Jak zwykle było pyszne, choć nieco cięższe. Czyżbym odwykła? Dwie łyżki ciasta upiekłam w misiowej foremce. W sumie dobrze, że się nie przyłożyłam do lukrowania bo i tak było zbędne - miś zniknął jeszcze na ciepło:)
niedziela, 31 stycznia 2010
Mam już dosyć zimy! Wkładania 5 warstw ubrań, szarpania się na klęczkach z suwakiem dziecięgo płaszcza. Mam juz dość lodowatego wiatru, który zawsze wieje prosto w oczy niezależnie od tego, w którą stronę się idzie. Nie cierpię skoku ciśnienia przy wejsciu z -20 do +20. Wracam wytyrana z zajęć. Cieknący nos, policzki zalane piekącym rumieńcem, zamęt w głowie, potargana szopa włosów po ściągnięciu czapki. - Pięknie wyglądasz - mówi W. I ja mu wierzę... Najszybszy w świecie deser dla W.
200 ml śmietanki kremówki Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i ostudzić. Śmietanę ubić z cukrem i połączyć z czekoladą. Schłodzić. W trakcie ubijania można dodać likier. Ja polałam już gotowy mus i to tylko jeden, albowiem drugi łakomczuch miał kierować pojazdem mechanicznym :P Córcia dostała kawałek czekolady i też była zadowolona:)
czwartek, 28 stycznia 2010
Wymyśliłam ten dowcip niemal rok temu. Wreszcie się doczekał realizacji i udał się całkowicie;) Naprawdę W myślał, że stoi przed nim piwo i nie krył rozczarowania, że jest inaczej :P
A to wcale nie było piwo, tylko galaretka:) Część rozpuszczonej galaretki wlałam do szklanek i odstawiłam do lodówki. Pozostałą część po całkowitym wystudzeniu zmiksowałam mikserem na najwyższych obrotach. Piankę wylałam na wierzch zastygniętych galaretek i odstawiłam do lodówki. Po zastygnięciu otrzymujemy "piwo", które można obrócić do góry nogami;)
Wydaje mi się to dobrym żartem do zastosowania również na małej prywatce;)
wtorek, 26 stycznia 2010
Tèramisu vel tearamisu (jeżeli z nazwy również zrobimy fusion:)) czyli herbaciane tiramisu. Kiedy zobaczyłam ten deser, wiedziałam, że zrobienie go będzie nieuniknione;) Zieloną sproszkowaną herbatę Matcha kupiłam jeszcze w listopadzie przy okazji innych zakupów. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że o ile zieloną herbatę piję niemal codziennie, to nie jestem entuzjastką matchy. Wg mnie smakuje jak kiepska trawa:/ To samo powiedział W i kategorycznie odmówił jej spożywania w postaci deseru. Stąd dwie wersje tea-ramisu: ZIELONA i CZARNA.
Składniki na 2 duże porcje: 100 g serka mascarpone (też go nie lubię, wolę podróbki, albo serek homo) Zaparzyć herbaty: czarną - wrzątkiem, zieloną - wodą o temp. ok. 60°C. Posłodzić i doprawić.
Mążuś swoją porcję zjadł ze smakiem, a ja swoją ledwie przełknęłam. Co ja teraz zrobię z całą paczką herbaty, która mi nie smakuje?
poniedziałek, 25 stycznia 2010
To dziwaczne ciasto zrobiłam na Dzień Babci. Oryginalny przepis pochodzi z "Kuchni" nr 9 z 1995, w którym ziemniaki były przebojem sezonu. Jeżeli ktoś posiada ten numer, to ja bardzo proszę o tekst źródłowy, bo mnie przepadł, a to co zrobiłam, zdziałałam na oko i z pamięci, a memoria fragilis est, szczególnie moja memoria.
Oryginalnie ciasto było z nadzieniem z suszonych śliwek moczonych w alkoholu. I wydaje mi się to lepszym zestawieniem z ziemniakami niż wiśnie. W końcu knedle robi się raczej ze śliwkami;) ok. 200 g ugotowanych ziemniaków Ziemniaki dobrze rozgnieść lub zmielić. Zarobić ciasto. Miesiąc temu nie dodałabym jajeczka;) Rozwałkować na spód i brzegi blachy 2/3 ciasta. Podpiec górną grzałką przez 10 minut w 180°C.
Mnie nie specjalnie smakowało, choć nie było złe. Ale babcia i W byli bardzo zadowoleni. I o ile ja wyjadałam wiśnie, to moja Kurdupelka wyjadała ciasto, czyli nie było niesmaczne;) Wydaje mi się, że ze śliwkami jednak byłoby lepsze. Oczywiście wszystko będzie zależało od gatunku i smaków użytych ziemniaków.
piątek, 22 stycznia 2010
TAADAAAM!!! Zamykam Trochę Inną Cukiernię! Hurra! Przynajmniej powinnam zamknąć:) Jestem tak podekscytowana, że już nie mogę dłużej wytrzymać z tym wpisem:) Chciałam to ogłosić na urodziny bloga, ale już tego w sobie nie utrzymam! Dlaczego? W tym miejscu dziękuję wszystkim, którym się westchnęło: ojej, szkoda, będzie mi jej brakowało, mam nadzieję, że to nic strasznego. I ślę buziaka każdemu, kto sobie pomyślał: a co ona znowu?... Zakładałam ten blog z myślą dzielenia się przepisami na słodkości bez jajek i bez mleka. Otóż ten cel zniknął! Przynajmniej połowicznie. Od jakiegoś czasu moja Córcia je kurze jajka i nic jej po nich nie jest:) W sumie to już od dwóch miesięcy wcina przepiórcze jajeczka, ale choroba, antybiotyki, leki przeciwwirusowe osłabiły jelita i miała nawrót objawów alergicznych nawet po jajach przepiórczych, więc musiałam jej z powrotem usunąć wszelkie jajka z diety.
Córcia nie może zjadać dużych ilości jajek kurzych na raz, ale jako dodatek do potrawy, w postaci biszkopcików, bez... Swoją drogą to u nas to chyba rodzinne, że nic nie możemy zrobić jak inni i o ile na ogół silniejszym alergenem są białka, to Córcia właśnie na nie reagowała słabiej, a na żółtko o wiele gorzej. A bezy – o nich jeszcze opowiem :) Niestety próby prowokacji z krowim mlekiem wciąż wywołują przeraźliwą reakcję alergiczną ze strony skóry, jak i układu pokarmowego. W związku z tym w dalszym ciągu musimy eliminować z diety cały krowi nabiał. Cóż, nie można mieć wszystkiego na raz, cieszymy się tym, co mamy... Ale niech mi jakieś mądrale, które nie muszą zmagać się z alergią usiłują wmówić, że dieta eliminacyjna nie przynosi rezultatów! Chciałam pozdrowić wszystkich rodziców małych alergików, którzy mnie odwiedzają. Wiem, że korzystacie z moich przepisów na ciasta bez jajek. Chociaż rzadko ktoś z Was daje mi o tym znać, to zostawiacie ślad w statystykach wejść na moją stronę i tak czy siak się dowiaduję :P Cieszę się, że mogłam Wam pomóc i mam nadzieję, że nadal będziecie korzystać z moich bezjajecznych i bezmlecznych pomysłów, tak długo jak będziecie potrzebować. Przecież w końcu alergia pokarmowa mija. Juppi! :) Liczę, że uczulenie na krowę też kiedyś minie. Zakładka na głównej stronie mojego bloga: "Najlepsze - bez jaj" nie zniknie. Na pewno jeszcze jakieś nowe przepisy bezjajeczne będą się u mnie pojawiać, chociażby dlatego, że muszę się na nowo nauczyć kupowania jajek:) Poza tym wolę być ostrożna i nie przesadzać z ilością jaj na raz. Oczywiście nie zamykam bloga. Żartowałam;) Zbytnio się uzależniłam od blogosfery, a i Wy koleżanki Blogerki za bardzo mnie rozpieściłyście swoimi pochwałami :D Poza tym, gdzie indziej znajdziecie tyle przepisów z jadalnymi kwiatami? :) Bo naturalnie będę kontynuować akcję Kwitnący talerz i prowadzenie Kwiatowej Książki Kucharskiej, choć w tym roku nieco zmienię jej formułę. Trochę Inna Cukiernia stanie się Prawie Całkiem Zwyczajną Cukiernią ;) HURRA!!!
środa, 20 stycznia 2010
Znowu na sankach poobijałam sobie górne partie nóg, że ledwie siedzę;) Wymroziło nam nosy i trzeba było się zagrzać. Ja wybrałam kawę po irlandzku;) Córcia zażyczyła sobie: "Gorącego kakao, ale Mamusiu na zimno!"
Słodkie kakao przygotowałam na gorącym mleku kozim. Pianka powstała z mleka koziego utrzepanego z dodatkiem śmietany owsianej. A na wierzchu gorzka czekolada skrobana nożem. Obiecałam Cezoni, że zdradzę swój domowy sposób zrobienia pianki do cappuccino;) Otóż trzeba nalać do elastycznej butli 1/2 lub 1/3 objętości mleka i bardzo mocno wytrząsać:D Przygotowując kawę dla siebie, wytrząsam mleko bezpośrednio w kartonie, bo zazwyczaj rano mi się spieszy i nie mam czasu na bardzo gorącą kawę (najczęściej zbożową - tak wiem, profanacja:)) a piankę lubię tak czy siak ;) Butla powinna być elastyczna (tak jak jest karton), żeby wycisnąć z góry samą piankę, a nie mleko zbierające się przy dnie. Jeżeli jest miejsce w filiżance, można dalej wytrząsać. Pewnie spieniaczem można uzyskać lepszą piankę, ale gdzie trzymać tyle sprzętów przy koczowniczym stylu życia?
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Zapomniana paczka herbatników + rodzinka złakniona słodyczy + brak czasu, to okazja dla czekoladowych kulek, inspirowanych takimi jak u Doroty.
1/3 paczki herbatników (bezjajeczne, holenderskie) Ciastka pokruszyć i zagnieść z pozostałymi składnikami. Utoczyć 3 kulki dla dziecka, a do reszty masy dodać whiskey i uformować kulki. Obtoczyć w cukrze pudrze. Wyszło mi w sumie 11 kulek wielkości małych orzechów włoskich.
sobota, 16 stycznia 2010
Deser banalny i oklepany:) Ale pod koniec semestru zazwyczaj jest roboty w huk i nie mam siły na coś bardziej wysublimowanego. Galaretka zastygająca w foremkach, do części dodałam koziego mleka w proszku i wylałam na już zastygniętą wartstwę bez mleka.
Przed wyciągnięciem trzeba wstawić foremki na 5 sekund do gorącej wody. Przed podaniem jeszcze porządnie schłodzić, żeby się nie ślizgały w palcach.
piątek, 15 stycznia 2010
Przy okazji robienia miętowego deseru dla Tatusia łakomczucha, Córcia (wtedy 3,5-letnia) sama odkryła, jakie pyszne jest połączenie mięty z gorzką czekoladą. - Mamo, co to jest?
Takie sprytne dzieciątko :D
wtorek, 12 stycznia 2010
Na składkowe przyjęcie Ciocia przyniosła szarlotkę. Niestety szarlotka była mu-mu, więc Córcia zażadała takiej samej jak ta z mu-mu, tylko bez mu-mu. W dodatku prosiła, żeby ją zrobić ze WSZYSTKICH jabłek;) Wszystkie jakie miałam, to było 8 sztuk z trzech gatunków (same słodkie i twarde). Właściwie to było ich 9, ale jedno w trakcie przygotowywań przepadło w małym brzuszku.
Kruche ciasto: 8 jabłek Jabłka porządnie umyć, grubo obrać (my zjadamy większość skórek, szkoda tracić tyle flawonoidów;)) i pokroić w cieniutkie plasterki (ja akurat takie lubię bardziej niż starte), skropić sokiem z cytryny. Obficie obsypać cynamonem (praca dla Córci:)) Zagnieść ciasto, 2/3 wyłożyć spód i boki tortownicy (18 cm - pod spód dałam papier do pieczenia). Podpiec 10 minut w 180°C. Wysypać na spód warstwę bułki tartej, która wchłonie sok jabłkowy. Wyłożyć jabłka. Na wierzch zetrzeć resztę ciasta lub ułożyć krateczkę z utoczonych wałeczków. Kratka ładniej wygląda, ale niefortunnie się kruszy:/ Piec w 180°C, aż się upiecze (40 minut do godziny w zależności od wysokości warstwy jabłek).
Córcia byla usatysfakcjonowana, a Tatuś pożarnął połowę na raz;)
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Przedstawiam Wam deser, który zrobiłam, w czasie kiedy mnie nie było. Za oknem jeszcze brzozy a nie świerki... Tatuś marudził o coś słodkiego, wobec tego poszperałam w lodówce i moim zaczarowanym kuferku z tajemnymi ingrediencjami słodkościowymi. Postawiłam na jedno z moich ulubionych połączeń smakowych.
250 ml śmietany kremówki Czekolady rozpuścić w osobnych kąpielach parowych. Śmietanę ubić i rozdzielić na pół. Jedną część połączyć z białą czekoladą i kroplami miętowymi a drugą część połączyć z ciemną czekoladą i posiekanymi listkami mięty.
Nałożyć do pucharków i ozdobić miętą. Kwitnącą miętą:) Akurat sie nada jako zadatek do tegorocznej edycji Kwitnącego talerza, ponieważ zeszłoroczny tom Kwiatowej Książki Kucharskiej osiągnął dopuszczalną wielkość wpisu i nie przyjmuje żadnych nowych linków :(
Tak całkiem do szczęścia brakowało mi kawałeczków czekolady pływających w miętowym musie. Poprawię to na przyszłość:)
sobota, 09 stycznia 2010
Ciacho idealne na imprezę;) Bazujące na idei przekładańca toffi. Przy przekładańcu jest tylko pozornie mało roboty, ale i tak ma tę przewagę, że nie zajmuje piekarnika. 1,5 paczki krakersów Lajkonik Krem budyniowy: 2 budynie przyrządzić w 3 szklankach mleka. Po całkowitym wystudzeniu zmiksować z kostką masła. Masa czekoladowa: 1/2 litra śmietanki kremówki ubić. Stopniowo dodawać roztopioną i wystudzą mleczną czekoladę, ubijając nadal. 1/2 litra śmietanki kremówki ubić. Dodać cukier puder i waniliowy, nadal ubijać. 2 łyżeczki żelatyny rozpuścić w malutkiej ilości mleka, przestudzić i wmiksować w śmietanę. Kłaść kolejne warstwy w dużej blaszce: - herbatniki Przed posypaniem czekoladą można przyłożyć wycięty na prędce szablon;) Ciasto trzeba przygotować dzień wcześniej, żeby dało sie pokroić.
czwartek, 07 stycznia 2010
Szybko się robi, szybko piecze i szybko zjada. Coś idealnego dla niezapowiedzianych gości albo nagły napad apetytu.
Ciasto francuskie pociąć w pasy. Paski posypać cukrem z wanilią, cynamonem, imbirem lub wszystkim razem. W ten sposób za każdym razem, kiedy sięgamy po patyczka czeka nas niespodzianka:) Każdy pasek pozwijać i ułożyć na papierze do pieczenia. Piec w piekarniku nagrzanym do 200°C przez kilka minut. Dobre na ciepło do kawy. Okazało się, że zostawione do rana smakują mi jeszcze bardziej, co jest dość dziwne, bo ciasto francuskie wolę zazwyczaj na świeżo. Przy okazji powstało kilka rachitycznych zwierzaków, albowiem Córcia prosiła o ciacho "z niczym".
A ponieważ znowu jesteśmy wszyscy chorzy, kurujemy się zupą czosnkową;)
środa, 06 stycznia 2010
Danie, za którym nie przepadam, ale wkroczyło do naszego jadłospisu na potrzeby przedszkolne. Moja Królewna nazywa je "ryż z jabukiem" na przekór wszystkim dzieciom, które jedzą "ryż z japkiem".
Ryż ugotować na twardo. Jabłka obrać, zetrzeć, poddusić na oliwie. Dodać cukier z wanilią, cynamon i suszoną żurawinę. A że jestem wyrodną matką i nieprzekonującym wykladowcą, do swojej porcji dodałam lody waniliowe :P
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Rok temu robiłam tort w kształcie choinkowej bańki i w te Święta też sobie obiecywałam, że taki zrobię, tylko poświęcę na to więcej czasu, a nie 10 minut przed wyjściem;) Ale cóż, po prostu nie było kiedy, nie było kiedy... Może za rok uda mi się znaleźć odpowiednią ilość czasu? A na razie została nam terapia zajęciowa przy pomocy marcepanu :D I tak powstały marcepanowe bombeczki o średnicy jakichś 2,5-3 cm.
Obiecywałam sobie, że już koniec za złoceniem. Moja ortoreksja zaczyna się odzywać, że już za dużo... Ale znów uległam namowom Kurdupelki;) Ale to już ostatni raz!
Poza tym jest ogromny postęp i Mała pozwala mi fotografować również i swoje dzieła:)
niedziela, 03 stycznia 2010
Ciasto kokakolowe chyba każdy już zna;) Na ideę tego ciasta moja Córcia wpadła samodzielnie jakieś pół roku temu, kiedy piekłyśmy ciasto brzoskwiniowe: - Co to jest, Mamusiu? Ja nie wiem, skąd się bierze uwielbienie dzieci dla coli. U nas w domu cola raczej rzadko bywa, ilość fosforu mnie przeraża, a smak przypomina wizytę u dentysty. Pierwszy raz Mała zobaczyła colę jak miała 2 lata. Tatuś wszedł do domu z butlą pepesi pod pachą i aż się zaświeciły małe oczęta - Cio to?!:)) Żeby zrobić ciasto kolowe użyłam moich "złotych proporcji" :D 1,5 szklanki mąki Piekłam ok. 25 minut w 180°C w tortownicy 18 cm. W cieście było czuć w drugiej nucie ale wyraźnie smak coli i kwasu ortofosforowego. Im było starsze, tym bardziej mi smakowało;) Ale fanką raczej nie zostanę, wolę zwykłe czekoladowe.
sobota, 02 stycznia 2010
Czyż trzeba czegoś więcej do szczęścia? Zazwyczaj przygotowuję taką pływającą sałatkę owocową na swoje urodziny, ale w tym roku zrobiłam na Sylwestra. Przegotowaną sałatkę można czasem znaleźć pod nazwą: kompot Macedonia – ale po co to gotować??? ananas w syropie Jakbym miała, to wrzuciłabym jeszcze kiwi. Lubię duże kawałki owoców, smakiem i tak wzajemnie przechodzą a przyjemnie wyczuwać różne faktury.
czwartek, 31 grudnia 2009
To przecież zwykły dzień, bez znaczenia. Nie ma przesilenia, peryhelium minęło dwa tygodnie temu, ktoś się rodzi, ktoś umiera. Po prostu zmienia się numerek dnia. A przecież zmienia się każdej północy. Ale mimo to właśnie tej nocy składamy sobie życzenia wszystkiego dobrego. Czy dlatego że ciągle mamy niedobory dobrych myśli, czy może wciąż szukamy dobra w innych? A może zaklinamy swoją przyszłość życząc innym tego, czego sami potrzebujemy? Bo wciąż mamy nadzieję, że JUTRO, ten nowy numerek, przyniesie coś lepszego... Życzę Wam drogie kucharzące blogerki i blogujące kucharki, mamy, siostry, córki, żony, tego co sama mam i tego, czego pragnę: Żeby ten rok był lepszy niż poprzedni. I tysiąca cudownych potraw, które będą dawać Wam przyjemność, dumę, zdrowie i siłę, a których przepisy umieścicie na swoich blogach:)
wtorek, 29 grudnia 2009
Wyjątkowa okazja wymaga wyjątkowego wypieku. Posłużyłam się ciastem takim samym jak tutaj, bo było wyjątkowo pyszne;)
3/4 szklanki mąki Suche składniki zmieszać, dolać płynne i wymieszać. Nałożyć do papilotek i piec ok. 20 minut w 180°C. Po wystudzeniu posmarować polewą z tabliczki gorzkiej czekolady, łyżki cukru pudru i łyżki oliwy, udekorować miękkimi perełkami, co by goście zębów nie połamali. Pomimo iż jedliśmy je jeszcze w adwencie, wyglądem pasują do karnawału.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
W Święta nagle się okazało, że mamy tony kaczego mięsa. Nogi i filety przekraczały możliwości przerobowe naszych żołądków, a wszystko rozmrożone, więc zamrożenie nadmiaru nie wchodziło w rachubę. W efekcie przez trzy dni jedliśmy kaczkę. Tą nagłą obfitość kaczego mięcha opłukałam, osuszyłam i nasoliłam. Podsmażyłam, dolałam rosół i białe wytrawne wino. Dusiłam tylko tyle, żeby mięso nie było surowe. Dzień I - kaczka duszona z pomarańczami Na oliwie podsmażyłam cebulę, pomarańczową część skórki z pomarańczy, włożyłam porcję kaczki, podlałam sokiem pomarańczowym i sosem spod kaczki. Dosypałam ziół (mieszanka włoska), ostrej parpyki i dusiłam do miękkości. Tuż przed końcem dodałam pokrojone pomarańcze. Podałam z zieloną sałatą i oliwkami. W zażyczył sobie ziemniaków, żebym przynajmniej przy okazji świąt nie wmuszała w niego kaszy :P Dzień II - kaczka duszona z wanilią i miodem Oryginalny przepis na kaczkę w sosie waniliowym znalazłam w zeszłorocznym katalogu Almy (bardzo podobny przepis pojawił się tu), ale czegoś mi w tamtym daniu brakowało. Tym razem zrobiłam sos miodowo-waniliowy. Laskę wanilii przekroiłam wzdłuż. Na oliwie podsmażyłam cebulę, włożyłam porcję kaczki, wanilię, dwie łyżki miodu, dosypałam sporo ostrej parpyki i podlałam sosem spod kaczki. Dusiłam do miękkości. Boskie! Dzień III - kaczka duszona z jabłkami Pozostałe kawałki kaczki poddusiłam w sosie. Twarde słodkie jabłka obrałam, pokroiłam i razem z mnóstwem majeranku i szczypta pieprzu wrzuciłam do mięsa. Słodki smak łamał kiszony ogórek;)
niedziela, 27 grudnia 2009
Święta nie mogą się obejść bez ciasta drożdżowego. pół kilograma mąki Wszystkie składniki suche zmieszać, dodać letnie :)mleko, oliwę i zagnieść. Dodawać po troszku tłuszcz i zostawić chwilę w cieple do wyrośnięcia. Dodać żurawinę, wyrobić i przełożyć do formy. Zostawić do wyrośnięcia po ściereczką. Piekłam w 180 stopniach, aż sie zrumieniło, ale nie mam pojęcia jak długo to było;) Wyszło puszyste i smakowite, ale na drugi dzień trzeba było koniecznie jeść z popitką, co jest dość typowe dla ciasta drożdżowego.
sobota, 26 grudnia 2009
Mam nadzieję, że mieliście takie Święta, jakie chcieliście, a może nawet lepsze;) A oto migawki łakoci z naszego Świątecznego stołu i choinki.
środa, 23 grudnia 2009
Gdy się Chrystus rodzi
Aniołki z piernika malowałam złotem spożywczym rozrobionym z wodą i brokatem na sucho. Buźki malowałam wykałaczką. Wybaczcie brak talentu w odzwierciedlaniu ludzkich (anielskich) obliczy. Złocone pierniczki przeznaczyłam na choinkę i na prezenty. Córcia wolała brokat, tylko musiałam otrzepywać pierniczki z ich nadmiaru, bo Mała miała inną wizję artystyczną niezgodną z normami dopuszczalnego spożycia :P
To mój ostatni wpis przed Świętami. Chciałam złożyć Wam wszystkim, którzy mnie odwiedzacie, najcieplejsze życzenia spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Wytchnienia i radości, szalonych zabaw w śniegu i łagodnej zadumy nad kubkiem gorącego kompotu. Oby wokół Waszej choinki tchnęło bożonarodzeniową magią, ciepłem i miłością, a mróz pochodził tylko z okna uchylonego by wpuścić Aniołka z prezentami. Gosia z W i Córcią i nasze aniołki;)
|